Afryka Dzika

Malowidła naskalne w Tassili (Algieria)

Dawno temu, w 20 wieku, mój ojciec naukowiec zabrał mnie w podróż po Saharze. Wszędzie wyglądało jak na Saharze, to znaczy było sucho, gorąco i pusto. Nad ogromnymi przestrzeniami kamienistego lądu nawet ptaszki nie latały, a droga zwana brzydko – pistą – była tak prosta, że w obawie przed monotonią grożącą zaśnięciem za kierownicą, porobiono na niej wymyślone zakręty. Podobno jedna baba (bo to zawsze musi być baba) chciała wysiąść z auta kiedy zwolniło ze 150 do 100. Jej się wydawało , że się zatrzymali. Fakt, pejzaż za oknem jest cały czas identyczny i w związku z tym się nie przesuwa. A jak się nie przesuwa, znaczy, że stoimy i można iść w krzaki. Z grubszą potrzebą, albo z pawiem. Jakieś 500 km do najbliższych.

Sowy mają lepiej. Im do załatwienia grubszej potrzeby wystarczą średniej wysokości skałki. Tam także ostro pawiują, a zawartość ich wymiocin to dla naukowca nieprzebrane źródło wiedzy o myszach żyjacych na Saharze. Każde średniej wielkości skałki ojciec starannie przepatrywał z przygotowanym woreczkiem do którego zbierał to, co zrzuciły sowy. Drobne ssaki rozjechane na asfalcie przez nieliczne samochody starannie zeskrobywał nożykiem i chował do lodówki samochodowej pomiędzy kompotami i konserwą tyrolską. Wieczorami mieliśmy biwak, a wokół strzelały łapki na myszy pozastawiane pracowicie przed zmierzchem. Po kolacji kat wysupływał z nich ofiary, patroszył zwłoki a skóry przypinał szpilkami do styropianu. Każdą mysz opisywał po łacinie i przyklejał kartkę z nazwą oraz miejscem i datą śmierci. Mogły się czuć wyróżnione, gdyby jeszcze coś czuły w tym stanie.

Podróżowaliśmy przez Saharę z prędkością nie większą niż 80 na godzinę volksvagenem dziś znanym jako „ogórek”, to takie auteczko w stylu vintage, na które się zajawiają warszawskie snoby. Nasz „barobus” nieustannie sam się psuł i sam się naprawiał, bo nie miał innego wyjścia. Oboje z ojcem byliśmy technicznym zerem. Silnik gasł i potem jednak odpalał, kaszlał i przestawał, coś odpadało, ale ponieważ nie wiedzieliśmy co to jest i czemu służyło – jechaliśmy dalej. Dalej, dalej, na południe, do granicy piaszczystych wydm.

Nienawidziłam Afryki i całej tej wycieczki. Chciałam iść do sklepu i kupić sobie dżinsy. Albo płytę Stones’ów. A tu nic tylko kamienie i piachy. Kamienie jak wyschnięte kalafiory. Skały, a w nich zrzutki sów i łapki na myszy. Zamiast hotelu z kioskiem. I kto by tam nocował? Ludzi nie było nigdzie całymi dniami. Aż raz na pustej drodze zobaczyliśmy chłopa w turbanie z workiem. Rozpaczliwie machał rękami. Zatrzymaliśmy się, wsiadł. Ściskał worek na kolanach i pokazywał, że chce jechać dalej. Bo niby co miałby robić sam w środku Sahary, pośród morza wyschniętych kalafiorów? Ujechaliśmy ze sto kilometrów, potem drugie sto, ojciec pyta czy jeszcze daleko, wyobrażamy sobie oazę z palmą i kobiety obłożone dziećmi. Zakopany skarb. Bijące źródło. Wielki meteoryt, który pierdolnął w piasek. Cokolwiek mogącego stanowić cel podróży chłopa z workiem w turbanie w środku Afryki, a chłop nic. Jechać, jechać – pokazuje. I nagle gwałtownie się podnosi krzycząc stop! Stop!!! Zatrzymaliśmy auto. Wokół ten sam widok. Kamienie, piach, aż po horyzont.. Facet wysiadł, podziękował i pognał, wyraźnie spóźniony, przez morze wyschniętych kalafiorów, w sobie tylko znanym kierunku…

Podejrzewam, że w mieście pełnym galerii handlowych z identycznymi sklepami, ulic z identycznymi samochodami, pośród tłumu identycznie ubranych ludzi, w morzu podobnych do siebie reklam – jesteśmy dla tamtego Beduina równie absurdalni, jak on dla nas wtedy, czterdzieści lat temu, w sercu bezkresnej Afryki.

Ilustracja -Henri Matisse – Dance.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.