W toku rozważań o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy, czyli wyższości homo sapiens nad resztą stworzenia trudno nie zahaczyć o Levinasa i jego teorię twarzy innego. ( przykładowy inny to u niego obcokrajowiec, wdowa i sierota). Twarz innego ma wymiar etyczny, bo od razu powstaje pytanie – zawadza nam ten koleś czy wzbudza empatię. Rodzi się dylemat moralny. Zwierzęta nie mają tego rodzaju problemów przy podejmowaniu decyzji o tym, kogo należy zeżreć a komu służyć. Dylematy moralne miewają wyłącznie ludzie. Dylemat nie jest równoznaczny z decyzją o zaniechaniu zbrodniczego czynu, ale się pojawia. Nie dobro jest więc znakiem człowieka, lecz sam, dotyczący jego wyboru dylemat. Tymczasem nasza „moralność” jest bardzo relatywna. Wynalazła usprawiedliwienie zła, wynalazła takie na przykład zło konieczne, a nawet zło usankcjonowane. Niby jest przykazanie – nie zabijaj, nie rób drugiemu itd., ale masa tutaj odstępstw, które nieraz czynią z zabijania obowiązek, dowód waleczności itp. Naszym pomysłem były święte wojny, cielesne kary wymierzane bez oglądania się na sprawiedliwość bożą oraz cały system zakazów i nakazów mający na celu przetrwanie danej społeczności czy narodu, gdzie różnica pomiędzy dobrem a złem jest na poziomie teorii Kalego o kradzieży krowy. Już samo pojęcie litości zwiastuje jej brak w ogromnej liczbie przypadków. Nie wiem, czy to jest lepsze od zabijania by przeżyć, czyli od motywu, jakim się kierują zwierzęta. Kiedy mam zły dzień, a dzisiaj mam zły, to odmawiam sobie złudzeń, że istnieje jakaś kosmiczna empatia oddzielona od ciała, boski pierwiastek wynoszący nas ponad resztę stworzeń, bo tak samo jak one napadamy i krzywdzimy innych w imię racji adekwatnych do naszego systemu wartości. Tymczasem wszelkie, czynione zło jest zawsze wymierzone w nas samych a winę za to ponosi tak zwana jedność materii. Na okoliczność świąt Bożego Narodzenia empatia w kontekście fizyki teoretycznej to temat w sam raz. Czyste dobro li to jest, czy może czysta matematyka?
Być może empatia wcale nie jest nadprzyrodzonym darem od Boga, który nas w ten sposób wyróżnił pośród reszty stworzenia. Ponoć jesteśmy tylko energią i jako energia stanowimy całość w ramach tego, co się nazywa materią, a co w rzeczywistości razem z całym wszechświatem ma równowartość kostki cukru. A więc będąc jedynie energią wszyscy jesteśmy połączeni, jak gałęzie i liście stanowią drzewo, jak naczynia krwionośne rozbiegające się na wszystkie strony a jednak razem tworzące krwiobieg, jak absolutnie wszystko, co leży, biega, rośnie albo lata. To połączenie jest zakłócone przez ego, jednak wciąż na tyle silne, że energia czyjegoś cierpienia demoluje nam psychikę. Jeśli kogoś boli przekłuty palec, to ból palca zakłóca mu dobre samopoczucie i nie potrafi tego oddzielić, powiedzieć – palec cierpi, ale ja idę się bawić. Stanowiąc całość z wszechświatem, kiedy zadajemy cierpienie innym pośrednio zadajemy je sobie. I odwrotnie, tak zwane dobro wraca. Jezus Chrystus ładnie to ujął mówiąc, że cokolwiek dobrego uczyniliście innym ( spragnionych napoiliście, chorych odwiedziliście, głodnych nakarmili itp) -mnie uczyniliście. Dla mistyka to tak zwana oczywista oczywistość, a jak wiadomo mistycy i fizycy teoretyczni zadziwiająco bywają zgodni w ostatnim czasie.
Kwestia jedności wszystkiego ze wszystkim jest ostatnio na tapecie. Dwa seriale, które właśnie oglądam traktują o połączeniu umysłów. Pierwszy pt „Jedyna” pokazuje potworność przeprowadzonej na ludziach synchronizacji polegającą na usunięciu jednostkowej tożsamości na rzecz wspólnego, pozytywnego myślenia. Odtąd ludzkością będzie sterował piękny program, w którym nie istnieje zło i wszyscy są dla siebie tak mili, jak to potrafi tylko Max sztuczna inteligencja w centrum obsługi klienta sieci Orange. Nie wiem, jak się to wszystko skończy, ale obstawiam, że niedobrze. Drugi podobny serial to koreański Doktor Mózg. Autystyczny naukowiec z zanikiem empatii próbuje rozwiązać zagadkę kryminalną, w którą zostaje wplątany. Żeby zebrać informacje prowadzące do głównego mordercy włamuje się do umysłów ofiar za pomocą systemu elektrod i pakuje sobie do głowy ich wspomnienia. Uroczym akcentem jest tutaj martwy kot (nie ten Schroedingera, kotów w nauce okazuje się być więcej). Martwy kot zanim zrobił się martwy zdążył zobaczyć mordercę. Razem z tym wiele wyjaśniającym wspomnieniem do mózgu naukowca trafia także kilka fajnych kocich sprawności. Ładnie sobie radzi wchodząc na drzewa, lepiej widzi w ciemności, ma szybszy refleks i koncertowo spada na cztery łapy. Ale nie o to w tym wszystkim chodzi, chodzi o sam pomysł połączenia. Idea wydaje się być spójna z zamysłem pana Boga, cokolwiek oznacza Pan Bóg. Czy tego chcemy czy nie – jesteśmy połączeni jako energia, wspólnie ją stanowimy w postaci materii. Na dobrą sprawę nie istnieją granice wyznaczone przez skórę albo odległość. Najnowsze naukowe teorie mówią wprost – nas tak naprawdę nie ma, a to, czym jesteśmy – stanowi całość, wewnątrz której nic się nie dzieje w oderwaniu od całej reszty. Nie trzeba żadnej obcej cywilizacji ani elektrod zamontowanych pomiędzy głowami, żeby istniała zbiorowa podświadomość, pamięć komórkowa i tego rodzaju historie świadczące o spójności każdego z każdym niezależnie nawet od linii czasu. Wracając do koreańskiego naukowca – od kota bierze koci refleks, a od ludzi coś, co go całkowicie odmienia – uczucie dotąd mu nieznane – empatię. Co za tym idzie – potrafi reagować emocjonalnie i wczuć się w czyjeś cierpienie. Potrafi też, mówiąc kolokwialnie – przypierdolić. Wcześniej nie widział powodu, bo nie przeżywał niepowodzeń.
Ludzkie emocje mają rozmaite stopnie nasilenia, mniej nas rusza ludobójstwo na innym kontynencie a bardziej wypadek samochodowy najbliższych sąsiadów. Silniej reagujemy będąc w bezpośrednim kontakcie z cudzym nieszczęściem, słabiej przez pośredników, jednak jakie by nie były, emocje wpływają na energię. Wszystko, co przeżywamy mieści się w poruszeniach wewnątrz materii, bo nie ma żadnej gwiazdy ani mikroba, które nie byłyby zbudowane z tej samej, energetycznej tkanki. W tym kontekście odczuwanie czyjegoś bólu wydaje się raczej następstwem określonego mechanizmu niż nadprzyrodzoną zdolnością ludzkiego gatunku. W dodatku nie mamy absolutnie żadnej pewności co do tego, że zwierzęta nie potrafią współczuć. Poczynając od heroicznej obrony właściciela a kończąc na odczytywaniu jego nastrojów. Nie jest moim zamierzeniem deprecjonować ludzką empatię, ale wykazać, że cała sprzeczność pomiędzy ego i duszą nie wychodzi ponad prawa, jakimi rządzi się wszechświat. Powoli je odkrywamy, dają się one zapisać w postaci równań obejmujących więcej niż trzy wymiary. Nie potrafimy sobie ich wyobrazić, ale matematycznie są poprawne. Tak zwane człowieczeństwo jest więc rodzajem wzoru, nie do końca jeszcze odkrytego, ale do tego to wszystko wielkimi krokami zmierza. Moce naszego oddziaływania na materię pewnego pięknego dnia zostaną sprawdzone i policzone, a pomiar emocji będzie można robić telefonem po zainstalowaniu odpowiedniej aplikacji. Przychodzimy na ten świat ze zdolnością do współodczuwania czy nam się to podoba czy nie. Empatia nie jest naszą zasługą, jest wpisana w kondycję ludzką, a jeśli jej komuś bardzo brakuje, to nie z założenia, tylko z zakłóceń będących dziełem ego. Silne i wybujałe potrafi wyprodukować absolutnego władcę, któremu współczucie koliduje z terrorem, więc je całkowicie wypiera. Im więcej popełnia niegodziwości tym lepsze ma o sobie mniemanie. Zastanawiające, że dylemat moralny dopada raczej ludzi z gruntu poczciwych i prawych.
Wygląda na to, że ego jest tworem czysto zewnętrznym, programem pobieranym do głowy. Składa się w całości z przekonań otoczenia, w którym dorastamy i żyjemy. Przyswajamy sobie określony program i nazywamy go tożsamością. Za to mityczny Bóg, absolut, źródło – jakkolwiek go nazwać- jest w nas, o ile w ogóle nie jest nami po prostu. Nie ma go wysoko w niebie, nie ma sensu wznosić oczu ku górze. Mistycy twierdzili, że Bóg na dobrą sprawę jest jedynym, co naprawdę istnieje. I rzeczywiście – w kwestii materii i energii – jeśli któraś z nich jest złudzeniem, to właśnie materia.
Czy więc istnieje prawdziwa empatia, ewentualnie czysty altruizm oderwany od natury i wymykający się obliczeniom? Jeśli dałoby się tę pojedynczą wartość wydzielić z systemu, odłączyć od ciała – to stanie się ona Świętym Graalem, nadprzyrodzonym pierwiastkiem, o który chodzi i który decydowałby o naszym boskim pochodzeniu. Jednak materia jest tak sprzężona z ego, że musiałaby w tym celu, razem z ego – ulec zniszczeniu. Nad kupką popiołu, w którą się zamieni mogłoby wtedy zatriumfować czyste dobro. Równie doskonałe co bezużyteczne. Czy nie tak wygląda śmierć?
W święta miłosierdzia warto podumać nad tym, że, być może, jedynym co po nas zostaje, jako „ziarno oddzielone od plew” jest właśnie czyste dobro.