Witaj smutku.

Równocześnie z biografią Montaigne a – Józef Hen – Ja , Michał z Montaigne, czytam samego mistrza – Montaigne Próby, w tłumaczeniu Boya. Masa stron, gruba księga, a ja jestem dopiero przy pierwszej, o smutku. Lektura tego filozoficznego tekstu, pisanego w czasach nieustannych wojen i rzezi jest jak uderzenie mieczem, z którego jeszcze kapie krew. Próbując sprostać sytuacji zwyciężonych pisze Montaigne, że człowiek, kiedy go rozpacz przerośnie – stoi spokojnie, nie zanosi się szlochem, nie załamuje rąk. Pokonany wódz, któremu z pola bitwy przynoszą martwego syna twarz ma nieruchomą, oczy suche. Ale kiedy jeszcze na dodatek ujrzy podobnie posiekanego mieczami wiernego sługę – wybucha płaczem. Bo są cierpienia, którym płacz ujmuje wielkości. Płacz służy temu, co człowiek znieść może – ma na to określone odruchy, wyznaczone reakcje. Ale smutek, który niszczy sens życia i nie ma dla niego stosownej skali – taki smutek jest większy niż my sami. Rozum go nie mieści, rozum zostaje zniesiony i rozbity, rozpada się i cichnie. Serce całe się zamienia w smutek.  Żyjemy dalej z zamarłym sercem i milczącą głową.

Równocześnie z lekturą Montaigne dobry serial z Winslet – Mare z Easttown – wielka z niej jest aktorka. I tam także sprawa rozpaczy po stracie dziecka. Niemej rozpaczy. Pani detektyw próbuje normalnie pracować, nie rozmawia o swoim bólu. Nie przeżywa żałoby. Boi się, że ją to zabije, że ją zmiecie – dokładnie tak, jak w Próbach. Ja też w jakiś sposób nie przeżyłam swojej żałoby po Maćku, żeby się nie rozlecieć. Na pogrzebie stałam wyprostowana jak struna. Przez wiele miesięcy – zajęta sprawami organizacyjnymi, remontem, jakimś cholernym festiwalem filmów pod Zieloną Górą – nie uroniłam nawet łezki. Nie pojechałam ani razu na jego grób. Płacę za sprzątanie i za znicze. Nie żyję obstawiona zdjęciami. Polskich filmów nie oglądam, za dużo znajomych twarzy, łącznie z nim samym. Stworzyłam sobie barierę wspomnień, żeby mnie nie dopadł żal. Za to strasznie szlochałam po Truśce, po Holly… Wylałam morze łez, kiedy odchodziły moje psy. W zasadzie do dzisiaj się nie mogę pozbierać. Rozpacz po umarłych psach stworzyła ujście dla tamtego, zamkniętego wodospadu.

Wracając do Montaigne i jego Prób – niewiele się zmienia w ludzkiej naturze, a i czasy nadal są okrutne. Okrutne inaczej, a kto wie, czy nie bardziej. Rozpacz nie daje się oszukać mitem współczesności, technologii, cyfryzacji i kolorowej, ruchomej reklamy życia. Miłość nadal zwycięża śmierć, ale żeby miłość zwyciężyła śmierć, potrzebna jest i miłość i śmierć. Doświadczenie miłości jest niepełne bez doświadczenia śmierci. Nie chodzi o to, że dobrze jest stracić najbliższego człowieka, ale o to samo co zawsze pytanie – co z Bogiem, jeśli nas nie chroni od chorób, nieszczęść i strat?

Są dwie drogi rozumowania. Albo to kit i Boga nie ma, nie ma tej Miłości, która nas ocala, możesz wyrzucić do kosza modlitwy, jak wilk wyniki badań po seksie z Czerwonym Kapturkiem, albo dokładnie odwrotnie – masz świadomość, o ile nie pewność, że życie się tutaj nie kończy. Że życie w ogóle nigdy się nie kończy. Że wieczność – to życie po prostu. I być może na tym polega najlepszy sposób tak zwanego przepracowania żałoby. Na tej świadomości, o której do znudzenia prawią duchowi nauczyciele, o wyborze pomiędzy sobą a rozpaczą. Ogołocenie, jakie otrzymujemy w pakiecie po stracie „wszystkiego” , jedyna w swoim rodzaju śmierć za życia może się okazać darem.

Montaigne nie byłby sobą, gdyby w swoim rozdziale o smutku nie przytoczył także historii papieża, który na wieść o zwycięstwie katolików w jakiejś decydującej, wyznaniowej bitwie tak się ucieszył, że umarł z radości. Pytanie brzmi – co jest lepsze – uczynić swoje życie bardziej świadomym odrodziwszy się innym człowiekiem po stracie, czy pewnego pięknego dnia ni stąd ni zowąd skonać ze śmiechu.