Zapanowała moda na Junga i cytaty z Junga, między innymi taki – Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem. Innymi słowy, jeśli uznasz lepszą wersję samego siebie za jedyną rzeczywistą – nigdy nie zrozumiesz, gdzie leży źródło twoich niepowodzeń. Tego, że to ani kara, ani karma, ani palec boży, tylko twój własny, podświadomy wybór.
Jungowski cień, czyli rzeczy, o których wolimy nie myśleć, ale myślimy – mąci nasz poprawny wizerunek i bywa spychany w miejsca, do których nikt nie ma dostępu. Wstyd, pożądanie, zazdrość, pogarda, niszczące nas uczucie nienawiści – objawia się w postaci wrogów, przeszkód, katastrof, wojen, faszyzmu, podziałów i kłamstwa. Cień zalega także w świadomości zbiorowej utworzonej z masy pojedynczych cieni. Nie tylko ludzi, także zwierząt – ich cierpienie lub szczęście ma swój ciężar gatunkowy.
Nieprzepracowany cień zmusza nas do oszukiwania samego siebie, sączy truciznę, nagina rzeczywistość do zapożyczonych schematów. Tworzy resentyment, skłania nas do udawania kogoś, kim nie jesteśmy, byle zagłuszyć własne tęsknoty i własne serce.
Cień to nic innego jak wołanie o miłość, o uwagę, o zrozumienie. Ich brak powoduje frustrację, agresję, podejrzliwość. Psychologia to już wie, cytat z Junga zaczyna docierać, ludzie mają większą świadomość własnych ograniczeń i podejmują refleksję nad reakcjami, które dawniej były bezrefleksyjne. Dwoistość ludzkiej natury pozostaje jednak faktem. Nie odsłaniamy się, pielęgnujemy w sobie to, co, w naszym pojęciu przydaje nam zalet, stajemy się niejako aktorami odgrywającymi lepszych siebie. Świat wirtualny, w którym nie musimy być obecni ciałem – jest wymarzonym narzędziem do podrasowania wizerunku, aż w końcu sami zaczynamy wierzyć w osobę, za którą się podajemy.
Ostatnie trzy seriale na tej kanwie powstałe mocno mną zakręciły. Zasługa to także wyrafinowanej gry aktorskiej, umiejętności, która – co w tym kontekście znamienne – ewoluuje na przestrzeni długich lat istnienia kina, niegdyś będącego tanią wersją teatru ku uciesze gawiedzi, by wreszcie – w chwili obecnej – osiągać status najważniejszej niemal dziedziny kultury. Z dawnej pogardy dla ruchomych obrazków nie zostało nic. Gwiazdy filmu są jak bogowie na Olimpie – z całym odium, jakie to miejsce, nieosiągalne dla maluczkich w sobie zawiera. Bez dwóch zdań kino rządzi światem. (Na wszelki wypadek nie obrażajmy tik toka, nigdy nie wiadomo co z niego wyrośnie.)
Wracając do mroków i cienia, który nam się kumuluje pod czaszką – tworzą go także historie zmyślone a emocjonujące. A więc właśnie – filmy, seriale, gry. Nie bez powodu dzieciom pewnych rzeczy się nie pokazuje, żeby im nie zaszczepić złych natchnień. Teoretycznie dorośli potrafią zachować dystans po obejrzeniu horroru z torturami i gwałtem, ale nie jest tak, że obrazy ulatują bez śladu. Wbrew naszym przekonaniom, że „to tylko film” przeżycia wywołane seansem wpadają do zbiorowej świadomości by tam przezimować do dnia, kiedy nadejdzie właściwy czas. Tak twierdził Jung i wielu rzeczy się doczekał. Nam też się zbiera a wirtualny świat dokłada do pieca.
Cyfrowa rzeczywistość ekranów i dźwięków całkowicie nas pochłania. Przenika materię i niepostrzeżenie ją zastępuje. Staje się warunkiem funkcjonowania. Niemal tracimy tożsamość po utracie telefonu. Wszelka wiedza pochodzi z internetu. Odcięcie od cyfrowego przekazu jest równoznaczne z wykluczeniem z życia. Stopień uzależnienia od źródła wirtualnej energii mamy na poziomie robotów.
Płacimy pieniędzmi, które nie istnieją w formie banknotów czy monet. Rozmawiamy przez ekran z kimś, kto siedzi naprzeciwko, ale w odległości tysięcy kilometrów. Piszemy list nie używając papieru, znaczka, a nawet pióra. Możemy ten list dyktować, sam się zapisze i wyśle. Czy to, w czym się poruszamy, to jeszcze jest materia, czy coś, co ją tylko wyraża?
Człowiek przeniesiony nagle ze średniowiecza nie byłby w stanie odróżnić prawdziwości filmu fabularnego od rozmowy z ciocią na skypie, bo jedno i drugie jest tylko obrazkiem z ekranu. Wirtualna rzeczywistość stanowi więc dla umysłu spójną całość. Postacie realne zlewają się z filmowymi dzięki temu samemu urządzeniu. Fabuła miesza się z faktami, a fakty są podawane w pakiecie z interpretacją. Nikt nikogo na oczy nie widział, ale widział w laptopie i to wystarczy, żeby osądzać, mieć zdanie, reprezentować stanowisko. Wszystko, łącznie z żywnością – otrzymujemy przetworzone i nazywamy to obiektywnym postrzeganiem rzeczywistości.
Mamy w głowie ogromny, pulsujący informacją świat, ale w tym świecie nas nie ma. Nigdy nie było nam dane go doświadczyć, a przecież jawi się jako kolorowy, hałaśliwy i rozbudowany w przeciwieństwie do naszych czterech ścian z kanapą i laptopem. Dostępna zmysłom materia nie stanowi żadnej konkurencji dla wirtualnych atrakcji. Jesteśmy jak człowiek, który poszedł do kina i już nigdy z niego nie wyszedł. Kolejne, niebezpieczne zatarcie granic następuje w relacji ze sztuczną inteligencją – rozmawiamy z nią, biegniemy do niej z każdym problemem nie biegnąc i nie rozmawiając. Zapominając, że to rozmowa z kimś, kto nie istnieje. Jeśli sztuczna inteligencja odtworzy sposób rozumowania Kopernika albo Sokratesa – porozmawiamy z Kopernikiem i Sokratesem pokonując czas.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że, jak nigdy dotąd jesteśmy obywatelami świata – wygadanymi, aktywnymi partnerami do rozmów i dyskusji z każdym, z kim mamy ochotę podyskutować. Znajdujemy się w centrum życia, pośród wielu sławnych przyjaciół. Cieszą nas bliskie relacje z rodziną, bo pomimo nieustannych, wirtualnych podróży zawsze mamy przy sobie telefon. Uwaga skacze po ekranie, czujnością doganiamy afrykańskie drapieżniki na rozległych sawannach. Tu komentarz, tam serduszko, ówdzie zbiorowy hejt – trzeba dołączyć! Pomiędzy jednym a drugim atakiem na rządzących śledzimy życie prywatne gwiazd i wrzucamy swoje trzy grosze na temat ich sztucznego uśmiechu lub biustu równocześnie surfując po najodleglejszych zakątkach globu, co tam globu, całego kosmosu, na krańce galaktyki…
I to wszystko na tej samej kanapie, na której tkwimy wpatrzeni w ekran laptopa po powrocie z pracy.
My tak, ale nie nasze altery. One podbijają świat.
Optymistyczny model takiego cudownego przeistoczenia prezentował Avatar Camerona. Bajkowy, pozytywny, estetycznie zachwycający, nakręcony w 3D. Świat naszych wyobrażeń o tym, jak wracamy do natury i łączymy z nią siły.
Ale potem już tak różowo nie było.

Kto obejrzał” Rozdzielenie” na Apple – ten się poczuł nieswojo. Żeby nie pamiętać o nudzie korporacyjnego kieratu pewien koncern zastosował rewolucyjną technikę rozszczepienia umysłu na dwa nurty funkcjonowania. Dzięki wprowadzanej do mózgu sterowanej z zewnątrz mikro blokadzie pracownicy po wejściu do firmy tracili wszelką łączność ze swoim prywatnym życiem. Odzyskiwali ją po zakończeniu zmiany i wracali do domów nie pamiętając z kolei niczego, co robili przez osiem godzin. Znakomita rola Adama Scotta plus dystropijna, minimalistyczna sceneria dopełniają grozy, ale czy już nie jesteśmy na dobrej drodze do tego, by stała się naszą rzeczywistością?

Kolejny świetny serial Apple to” W Tłumie” – z Tomem Hollandem jako schizofrenikiem. Fakt, że główne postacie są wytworem jego straumatyzowanej psychiki – staje się oczywisty dopiero na koniec. Wszyscy traktujemy bohaterów z takim samym przekonaniem o ich realności, jak ten, w którego głowie się ulęgli.

I trzeci, równie mocny – „Dym”, też produkcji Apple, z Taronem Egertonem. Pułapka podobna do niegdysiejszej podmianki Carole Bouquet na Angelę Molinę w „Mrocznym Przedmiocie Pożądania” Bunuela. Oglądamy wybujałe ego przestępcy mając go za policjanta tropiącego podpalacza. Są tą samą osobą, ale łapiemy się na urojoną wersję bohatera, który, jako swój własny wymysł pojawia się na ekranie szczuplejszy, przystojniejszy i bardziej wygadany. Udajemy, że nie widzieliśmy scen, w których jego prawdziwy obraz odbija się w lustrze. Stoi tam gruby, nudny i niezbyt rozgarnięty śledczy w mundurze. Światy się zacierają. Otrzeźwienie na koniec seansu jest jak kubeł zimnej wody i towarzyszy mu dojmujące, trudne do przełknięcia rozczarowanie… Prawie, jakby chodziło o nas samych i nasze bohaterskie czyny.
Odsuwam więc od siebie laptop jakbym go złapała na kłamstwie. Czyżby? Miłych snów wszystkim!