Życie jest jak taśma magnetofonowa, nie wiecie dzieci co to takiego? Ja wiem, bo przeżyłam taśmy magnetofonowe, nie każdy ma szczęście w jednym kawałku doczekać cyfrowej rzeczywistości, niektórzy skończyli na taśmach. Jednakowoż śmiem twierdzić, że cała materia, w przeciwieństwie do ducha i informacji – wciąż pozostaje analogowa. Otóż owa taśma miała to do siebie, że zawsze zwalniała na początku a przyśpieszała pod koniec stanowiąc dowód na bardzo duże machloje czasu. Te machloje od dawna rozpracowują fizycy teoretyczni, ale ja wam mówię – drogie, coraz droższe dzieci – że wystarczy sobie przypomnieć taśmy magnetofonowe, żeby zrozumieć, dlaczego poranki są długie, a wieczoru nigdy nie wystarcza, dlaczego dzieciństwo trwa wieki a na starość czas pędzi jak wściekła krowa, dlaczego po dwudziestym każdego miesiąca jest koniec miesiąca i tylko od pierwszego do dziesiątego miesiąc trwa w pełni. Dlaczego do środy tydzień jest długi a od czwartku już się zamyka. Mamy osiemnasty września i po wrześniu. Dwudziesty grudnia i rok minął. Zaraz siedemdziesiątka i po życiu. Końcówka taśmy. Na nic już nie ma czasu, więc należy sobie odpuścić większość obowiązków, bo i tak nie nadążamy. Zostają same przyjemności.
Potem następuje tak zwane życie po życiu. Prawdopodobnie jest to nowa, gruba taśma z bardzo długim początkiem. Z nowym dzieciństwem, które nie może się doczekać na dorosłość, nowym styczniem – początkiem roku i każdym przedpołudniem, które nie chce się skończyć, aż nareszcie przyjdzie pora obiadu. Ależ nam się dłuży, kiedy zaczynamy pierwszą klasę, pierwszy rok studiów, pierwszy miesiąc ciąży, pierwszą godzinę porodu. Na dworcu wybieramy krótką kolejkę po bilety, nawet jeśli ta długa posuwa się o wiele szybciej. Jesteśmy zachłanni na przyszłość i nieodporni na stagnację. Myśl o długim czekaniu powoduje uczucie nieznośnego zniecierpliwienia. Próbujemy coś przyśpieszyć, ale taśma jest gruba, wszystko dopiero nabiera rozpędu.
I nagle, pewnego dnia coś się zmienia. Czterdziestka to jak uderzenie obuchem. Po pięćdziesiątce już widać koniec, a początek się zamazuje. Sześćdziesiątka jest jeszcze większym zaskoczeniem. To w ogóle możliwe?? Z trudem utrzymujemy tempo. Biegniemy dwa razy szybciej, żeby nie zostać w tyle, jak Czerwona Królowa z Alicji. Wyrzucamy balast, robimy przerwy, przepuszczamy okazje, żeby się zmieścić w czasie. A czasu ubywa. Przestrzeń się zamyka, tygodnie przelatują przed oczami jak pejzaż w oknie pociągu. Mkniemy do stacji, tej samej, która kiedyś nie chciała się skończyć. Zmęczeni podróżą opieramy głowę o fotel i mówimy z satysfakcją – teraz to się rozpędził, przyjedzie punktualnie.