
Skończyłam. Rozstrzelali go. Rozstrzelali Boya. Nie ma nawet swojego grobu. Ach, te męskie rozrywki – polityka, wojna, eksterminacja.
Zawsze, kiedy czytam, że kogoś nagle wzięli z domu i rozstrzelali, kogoś takiego jak Boy, zresztą bez różnicy, czuję w powietrzu testosteron.
A przecież były piękne lata trzydzieste, wszystkim się zdawało, że oto nareszcie doczekali wolnego świata, że tak już zostanie… Można sięgnąć po książkę, iść do teatru, podyskutować o sztuce, powłóczyć się po knajpach.. Jeszcze na to wszystko Kraków. Kraków w stu procentach analogowy. Jakbym czytała o własnej rodzinie – nie tej przez krew, lecz przez ducha. Krakowskiego, inteligenckiego, liberalnego.
A jednak wykazywałam znaczne niedobory wiedzy, w tych puzzlach brakowało istotnych elementów. Oczywiście w domu nieustannie cytowano „Słówka”. Z podziwu godną ignorancją czytałam francuskich autorów nie zwróciwszy uwagi na przekład. Pamiętam moje zdumienie, kiedy odkryłam, że to ON przetłumaczył Prousta!” Wesele” znam niemal na pamięć, jest przedmiotem mojej nieustannej inspiracji i wciąż tego samego zachwytu, ale że ta panna z niebieską wstążką to przyszła pani Boyowa? Ależ krakowski grajdoł . Słynne „Macierzyństwo” Wyspiańskiego to też ona – Zofia Żeleńska , zwana Fusiem, w której mistrz Wyspiański skrycie i bez sukcesu się podkochiwał. Wielu rzeczy się dowiaduję, na przykład tego, że „radczyni z Krakowa” to Antonina Domańska – autorka „Historii Żółtej Ciżemki”. Nie mogła Wyspiańskiemu darować tej sztywnej matrony…
A więc Boy szaleńczo zakochany w Dagny Przybyszewskiej, Boy dobry i kochany mąż, przyjaciel swojej żony, którą sprzątnął sprzed nosa Rydlowi, Boy związany z Ireną Krzywicką, boleśnie odtrącony przez pewną słynną aktorkę z Warszawy, krytykujący Witkacego, który u niego w domu pomieszkiwał, ot-cały ten krakowski przekładaniec za kulisami spisu lektur.
Albo smaczek w rodzaju – „pijane dziecię we mgle” – ciągle słyszę to określenie. Okazuje się, że pierwowzorem był Boy, tak podsumował swój powrót ulicami Krakowa w stanie zamroczenia po bardzo młodzieńczej i bardzo nieudanej libacji. Ten niechlubny wyskok, jak widać, przetrwał wieki.
I jeszcze taki szczegół – aktorka, z którą romansował, była żoną pewnego dyplomaty. Jego syn z drugiego małżeństwa, znany artysta – przez całą wojnę mieszkał w naszym dawnym, krakowskim domu i zajmował MÓJ POKÓJ. I znowu nie są to więzy krwi, lecz czasu i miejsca tak.
Oprócz Prousta po polsku Boyowi zawdzięczamy przekłady Balzaca, Moliera, Moteigne’a, Rabelais, Boy wymyślił Zielony Balonik, napisał całe tomy genialnych recenzji teatralnych, Słówka, felietony, kiedy zdążył to wszystko zrobić? Na dobitkę pół życia przepracował jako lekarz kolejowy. Zaiste można go nazwać tytanem pracy, pisał i tłumaczył nieprzerwanie, także w czasie pierwszej wojny światowej, kiedy pełnił służbę jako wojskowy lekarz po stronie austriackiej. Klasyczny chichot historii. . Walczący z wrogą Francją czołowy polski frankofil z angielskim pseudonimem.
Wojna, przymus walczenia jest dla dojrzałego i inteligentnego mężczyzny straszliwym, tragicznym kataklizmem. Wyrywa go z dnia na dzień, z godziny na godzinę niemal z warsztatu jego pracy, ze sfery jego życia, myśli, ukochań, aby zniweczyć w nim mózg, wolę, sąd, aby go zmienić w przyrząd do zabijania i bronienia się, aby żądać odeń wszystkich przymiotów dzikiego, które „normalne” życie, cywilizacja, od całych generacji w nim „tępiły”.
Nie we wszystkich, jak widać, wytępiły. Przymioty „dzikiego” wróciły do łask na polskim Olimpie. Panoszy się owa najprymitywniejsza „męskość” tam, gdzie intelektu i wrażliwości nie wystarcza.
Wstyd przyznać, ale i to mi umknęło, że Piekło Kobiet to pomysł Boya. Komplet rewolucyjnych felietonów, które rozpaczliwie nie straciły na aktualności.
Opowieść o Boyu sprawiła, że się w mojej głowie połączyły epoki, poczułam gdzie przynależę, skąd u mnie takie a nie inne postrzeganie rzeczywistości, kolejny raz się przekonałam, że nie istnieje duchowa samotność, w świecie ducha nie pożegnań, jak ktoś mądry kiedyś powiedział.
Więc choćby z powodu tych „odkryć” przybliżających mi jeszcze bardziej (chociaż myślałam, że bardziej się nie da) ów Kraków w najlepszym, przedwojennym wydaniu – jestem Henowi wdzięczna za „Boya”.
Ale istnieją powody bardziej rozległe, widoczne w makroskali. Życie Żeleńskiego, tak dramatycznie zakończone i tak szaleńczo pracowite, że kusi oklepane nieco stwierdzenie, jakoby gdzieś w duszy przewidział ograniczoność dni – to nie był wyłącznie dorobek literacki, to była energia wewnętrznej wolności przenikająca zbiorową świadomość poza czasem, poza biegiem historii, niezależna od wszelkiej obowiązującej oceny. I może przeminąć epoka a ten rodzaj wolnego myślenia, opierającego się aktualnym normom, poglądom i kryzysom – przetrwa i pomoże przetrwać jemu podobnym.
Patrzę na to z perspektywy historii, która się przetoczyła i myślę, że też akurat teraz ta a nie inna książka wpadła mi w ręce. Wpadła mi w ręce jak zimny okład na podniesioną temperaturę dookoła. Na to, co wisi w powietrzu, na zmasowany atak lęku, który podsyca chore ambicje, na stłoczone stada, które jakiś kolejny kabotyn prowadzi w przepaść i zastanawiam się, czego jeszcze nam trzeba, jakiej totalnej zagłady, żeby przyszło opamiętanie? Otwarte przeciw zamkniętemu. Ufność przeciwko podejrzliwości. Konserwa przeciwko liberałom. Nadzieja kontra frustracja. Systemy, kościoły, hierarchie, granice, ortodoksje a pośród nich świadkowie epoki. Póki co, niezauważeni.
Takie duchy, jak Boy odchodzą bez fanfar, ale przecież powracają, wynurzają się z niebytu by nas wesprzeć w zmasowanym ataku narodowców, katolickich, ciasnych ram, prezydenta kibola w limuzynie za sto milionów głoszącego zbawienie uciśnionych, całej tej wojny na górze, która w istocie jest wojną na dole, bo na górze nie ma żadnej wojny i nigdy nie było.
Głęboka, wrażliwa świadomość takich jednostek jak pan doktor Żeleński z Krakowa – przechowana w kosmicznej chmurze – kwantowej a nie cyfrowej – nagle ożywa i sprawia, że sięgam teraz, w tej Polsce wciąż ciemnej i zapieczonej – po Boya wywrotowca.
Jak to możliwe, że taka postać pojawiła się w tamtych czasach? Zapewne nieprzypadkowo, bo te czasy – międzywojenne, jakby nie patrzeć – były wyjątkowe. Nie przetrwały, nie utrzymały się, ale wolność miała swoje pięć minut. Wolność, jak to mówili „wybuchła” i przez chwilę nie dało się jej powstrzymać, mimo usilnych starań. Ruszyły kabarety, teatry, krytyka kulturalna na najwyższym poziomie, byli poeci, pisarze, skandaliści – był Witkacy i Przybyszewski, powietrze drgało od wymiany myśli. Kraków kontra Warszawa, ależ emocjonująca rywalizacja środowisk, spektakli, wydarzeń. Kobiety pisały sztuki, pary się rozwodziły i schodziły, istniała miłość połączona z przyjaźnią we wszystkich odmianach i konfiguracjach. Boy tłumaczył Prousta.
Ale to był, jakby nie patrzeć -obraz elity. A Polska to nie jest elita, Polska to kraj ciasnej mentalności, tego koszmarnego, pokutującego przez wieki napuszonego zaścianka umysłów wypranych przez niewolę. Idylla kulturalna nie mogła przetrwać w burzliwych politycznie czasach. Zaczęły się prawicowe demonstracje, antysemityzm, prześladowania, flirty z autokratycznymi sąsiadami, a wszystko z Polską na sztandarach, ta Polska na śniadanie, obiad i kolację w gardle już zaczęła stawać jak ość. Już sobie nią wycierano wszystkie gęby. Przyszła historia z miotłą i zmiotła wszystko z powierzchni ziemi, tych mądrych i tych głupich do jednego doła. Mam dziwne odczucie powtórki z rozrywki. Pamiętam czas po „wybuchu Solidarności”, powszechną euforię i wysyp twórczych działań wszędzie dookoła. Nareszcie! Owo wielkie „nareszcie”, które uwalniało nagromadzone przez lata PRL, niewykorzystane, artystyczne ładunki. I chciałoby się krzyknąć – nie ma już takich ludzi! Nieprawda. Są. Ale teraz przestają być ważni, bo znowu najważniejsza jest Polska. Prawdziwi Polacy, tylko to się liczy.
Już nie słychać głosu artystów, słychać już tylko wojskowe buty obrońców narodu. Więc sobie piszę, co mi ślina na język przyniesie.
Kiedy wszystko diabli wzięli i wojna ogarnęła Europę Boy się poddał. Rozdzielony z rodziną mieszkał u przyjaciół w polskim jeszcze Lwowie. W lodowatym gmachu lwowskiego uniwersytetu wykładał literaturę francuską. Kończył tłumaczenie „W poszukiwaniu straconego czasu”. Nie chciał skorzystać z możliwości ucieczki do Paryża, potem do Stanów. Był zrezygnowany. Podświadomie czuł, że to koniec. Witkacy też to wiedział. Artyści wiedzą więcej.
Swojego czasu prześladowała mnie myśl, aby rozwinąć agitację dla założenia Wielkiej Ligi Odełgania Polski. Ale obejrzałem się nago w lustrze, zmierzyłem wzrokiem me wątłe ramiona i opuściłem je smutno z westchnieniem – nie dasz rady.
Cała nadzieja w tym, co się nie śniło filozofom. W niewzruszonej, wciąż zasilanej poza wszelką kontrolą i pojmowaniem chmurze kwantowej nad nami.