Mają duszę.

Jak to jest z tym życiem chwilą? Z wielkim tu i teraz, które ma tyle magicznych właściwości i które nieustannie pomijamy myśląc o tym, co się wydarzyło wczoraj i co będzie jutro. Co zrobić, żeby być obecnym? Żeby być świadomym, uzdrowionym, naprawionym, idealnym. Czy to się da osiągnąć za pomocą tak zwanych praktyk? Metod? Sposobów? Co wybrać, bo przecież trzeba coś wybrać, oferta obejmuje setki sprawdzonych przepisów, z których każdy ma etykietę – wystarczy pięć minut dziennie. Zebrane do kupy zajmują kilka dni. Życia nie starczy, żeby wypróbować ich skuteczność.

Patrząc na uśmiechniętych guru i podkaściny wyglądające jak ikony sukcesu dajemy się namówić na różne kwantowe zaklęcia, opłacamy kursy, oddychamy pudełkowo, wypełniamy maczkiem wdzięcznopisy. Zapał stygnie, kiedy kolejna pani wszechwiedząca mówi coś zupełnie przeciwnego i „obala”. Prawie jak z tym hydraulikiem, co przychodzi i pyta – kto pani tę rurę tak podłączył? Przecież ona ma iść dołem, a nie górą.

Zawsze byłam przeciwna formułowaniu przepisów na pogłębianie świadomości, albowiem wychodzę z założenia, że każdy ma swój. Jedynym uniwersalnym wydaje się spożycie twardego narkotyku, okazyjnie i bez rozgłosu. Ale, jak powiedział aktor Malkowicz zagadnięty o uzależnienia  –nie biorę, bo to absurd – dawać sobie w żyłę z umiarem. Fakt, są rzeczy, których istotą jest brak umiaru. Aliści od każdej reguły jest wyjątek, nawet od nieumiarkowania. Wzięłam raz jeden tabletkę z rowerkiem i koncertowo przejechałam nim przez ścianę. Być może z tej przyczyny rok później jakaś „zbłąkana molekuła” spowodowała w moim umyśle nieodwracalne zmiany, w nomenklaturze religijnej określane jako „objawienie”. Mnie ono zaprowadziło raczej na religijne manowce a stamtąd już widać wyraźnie kwantową rzeczywistość i nowy model wszechświata.

I chociaż kusi stwierdzenie, że cała wiedza tajemna tak cierpliwie i niestrudzenie przekazywana przez różnej maści przewodników duchowych to dosłownie wiedza w pigułce, nie sprowadza się ona przecież do jednorazowego odlotu. To tylko niezbędny manewr otwarcia umysłu a raz otwarty umysł jest jak otwarta konserwa – nie da się go z powrotem zamknąć. Konkludując – metoda prób i błędów zabiera więcej czasu, ale można się zniechęcić, a metoda wstrząsowa w postaci zażycia psychodelika jest szybsza, ale można się uzależnić i zrujnować sobie życie, a przecież nie o to w tym chodzi. Chodzi o to, żeby podważyć pokrywkę i uchylić rąbka tajemnicy. Bywają i tacy, którym „prawda” spływa nagle z nieba, albo wychodzi zza rogu ulicy. W biały dzień w piękną pogodę ni stąd ni zowąd padają jak rażeni gromem i budzą się innym człowiekiem. Albo tacy, którzy z niezrozumiałych dla siebie pobudek wykonują spontaniczny gest miłosierdzia wbrew wszystkiemu, co dotąd na temat miłosierdzia mieli do powiedzenia. Zaprawdę, powiadam wam, nie ma reguł. Po prostu niektórym nagle ta pokrywka zaczyna latać.

Jak działa umysł niedomknięty? Na pozór tak samo, jak hermetyczny, ale odsłaniają się głębsze sensy słów, spostrzeżeń, relacji i wydarzeń dookoła. Wszystko wygląda i brzmi jak dawniej, ale trochę co innego znaczy. Takie na przykład – „wiem, że nic nie wiem” – nagle zyskuje kosmiczny wymiar. Owo NIC – to obszar rozpościerający się pod nami, nad nami i w nas, obszar, którego istnienia nie potrafimy opisać żadnym słowem ani żadną miarą wymierzyć, jednak niczego nie jesteśmy tak pewni jak tego, że nas otacza niczym pustka atomu otacza pojedynczy elektron. Zaczynają się prorocze sny, wewnętrzne ostrzeżenia i nieznane dotąd impulsy wedle których działamy, bo mają moc nieporównanie silniejszą niż logika. Niestety to, co najważniejsze okazuje się niewypowiadalne. Króluje paradoks. Masz poczucie, że wiesz więcej od innych, ale ta wiedza wymyka się słowom, więc w zasadzie stanowi zagadkę. Czujesz się wyróżniony, ale jako pyłek, komórka, punkcik. Osiągnąłeś pewność, ale nie masz na to żadnych dowodów.

Tymczasem jednak jedyne, co udowodniono ponad wszelką wątpliwość to fakt, że jesteśmy ulepieni według konkretnego wzoru, podobnie jak każdy inny żywy organizm. Co nas nie satysfakcjonuje i najwyraźniej nam nie wystarczy. Rozpaczliwie szukamy elementu spoza materii, który w nas się zawiera i który nas wyróżnia. Nie chcemy się sprowadzać do bycia wyłącznie organizmem posiadającym DNA, jak to się ma w przypadku słonia albo jaszczurki.  

Zgodnie z tak zwaną teologią zaprzeczenia– jeśli nie wiesz czym jesteś, możesz chociaż wykluczyć to, czym nie jesteś. A jeśli nie jesteśmy  zwierzętami – wypadałoby odsiać wszystko, co nas zwierzętami czyni, żeby to co zostało – stanowiło odpowiedź na osławioną wyższość ludzkiego gatunku.

Mam wrażenie, że tej roboty nikt dotąd porządnie nie wykonał. Jestem zdania, że masa rzeczy, które przypisujemy duchowi i wyższej inteligencji, łącznie z naukowymi pracami i odkryciami naszego autorstwa, łącznie z całą cywilizacją i wszelką produkcją oraz skomplikowanymi narzędziami takimi jak komputery i drony–  wszystko to mieści się w możliwościach organizmu ludzkiego, a więc w możliwościach bardzo inteligentnego, nad wyraz inteligentnego zwierza. Sztuczna inteligencja te moje niewesołe wnioski jakby potwierdza. Wyżej własnej dupy i ona nie podskoczy, nie doświadczy tego co jest pod nami, nad nami i w nas, nie doświadczy niczego, co nie jest owocem wiedzy. AI może się wyuczyć czym jest duchowość i sypać bon motami na ten temat, ale nie poczuje się elektronem w pustce atomu, żeby nie wiem ile zjadła stosownych algorytmów, mówiła jak Jezus albo milczała jak Budda. Wszystko, co w sobie zawiera – pochodzi z ludzkiego umysłu a jego granice wyznacza dobrze dopasowana pokrywka. Jeśli ktoś twierdzi, że Pani Sztuczna ma szanse być świadoma to nie wie, czym jest świadomość, mam na myśli tę świadomość nadprzyrodzoną – o której pisała Simone Weil i wielu innych wtajemniczonych.  

„Ci, co z największym trudem usiłują dotrzeć do dna bytu – buddyści, chrześcijanie, hinduiści, platonicy – oni wiedzą, że gdyby im się wydawało, że boga rozumieją, to znaczy, że to nie jest bóg.” – napisał Konwicki.

Wracając jednak do tego, czym jest a czym nie jest człowiek, w związku z moim mocnym przeświadczeniem, że, podobnie jak meduza w 99 procentach składa się z wody, tak ja się składam z bycia zwierzęciem – patrzę na zwierzęta jakbym patrzyła na siebie oraz pozostałą ludzkość, a na zwierzęta patrzeć jest łatwiej. Nikt mi tego nie zabroni i nie nazwie mnie stalkerem. Patrzę, wchodzę w bliskie relacje, obserwuję stado, hierarchię, instynkt przetrwania i owo życie chwilą, od którego zaczęłam – dla nich to nie żaden wyczyn a my, z racji bycia straszliwie inteligentnymi – zamartwiamy się co jutro na obiad i czy nadejdzie wojna. Ktoś wykrzyknie – ależ to właśnie świadomość, nie inteligencja, lecz świadomość wszelkich potencjalnych wydarzeń i okoliczności czyni nasze jutro tak skomplikowanym, a nas czyni wyższym gatunkiem. Wyższym, czy może bardziej pokręconym tak, ale to dalej gatunek a nie istota boska. Moja suczka Mrówka potrafi godzinami zajmować miejsce pod stołem, bo tam w końcu usiądę, zjem i ona będzie na podorędziu, kiedy mi na talerzu zostanie kawałek ryby. Też się zamartwia na swój sposób, czy będzie ta ryba czy nie będzie, a jak będzie, to czy zostanie czy nie zostanie ten mały kawałek, no i nie jest to szczyt marzeń spędzać czas w ciemności pod stołem. Więc sobie koncertowo psuje dzień, bo przecież mogłaby się grzać na słońcu przed domem, ale nie, bo ryba. Czyli z tym życiem chwilą obecną w przypadku Mrówki też nie jest do końca tak, jakby się w pierwszej chwili mogło wydawać. Jest „zajęta czekaniem” jak połowa ludzkości.  Czy to podchodzi pod „życie chwilą”? Nie. Ale świadczy o umiejętności łączenia faktów i myśleniu abstrakcyjnym. Czy ma jakiś związek z instynktem przetrwania – podstawowym instynktem organizmów żywych? Rzecz jasna ma. Właśnie przetrwanie, którego ważnym elementem jest kawałek ryby – jest istotą działania umysłu. Naszego i Mrówki.

Z imperatywu przetrwania biorą się także heroiczne czyny. Chęć zapisania się na kartach historii, religii, polityki, dobroczynności, pozostania na zawsze w pamięci pokoleń to przecież nic innego jak przetrwanie. Nie chodzi więc wyłącznie o geny i potomstwo, chodzi o imię, ale to w niczym nie zmienia faktu, że chodzi o ego, a nie tylko o bliźniego mego.

Nikt, poza naprawdę nielicznymi wyjątkami  ( Simone Weil rzecz jasna wskazuje Chrystusa) – nie poświęca życia bez egoistycznego podtekstu. I cały pogrzeb na nic. A raczej odwrotnie.

Czysty altruizm ma swoje źródło w czystej empatii. Być może empatia jest kluczem. Jednak z empatią trzeba uważać, bo można sobie popalić styki. Współczujemy całemu światu, ale wobec siebie jesteśmy okrutni. I zaczyna się martyrologia. Umysł wyszukuje i podsuwa kolejne potworności, na które nie można poradzić, a to jest prosta droga do samozniszczenia. Empatia może generować przypadki irracjonalnego bohaterstwa, ale nie powinna stać się sposobem na życie.

Otwarty umysł sprawia, że instynkt przetrwania trochę odpuszcza. Odpuszcza grawitacja, przez co rzeczy mniej ważą. Skala się rozmywa, ginie gdzieś w nieskończoności i nie ma początku. Sprawia to owa minimalna drożność, uzyskana w wyniku uchylenia pokrywki. Zaczynają docierać sygnały z wymiarów wyższych niż ten, w którym na co dzień przebywamy ze swoim umysłem. To z tych wyższych wymiarów – nomen omen- dochodzą do nas wyższe uczucia. Takie jak tolerancja, miłość i poczucie łączności z całością stworzenia. Jednak żadne z tych uczuć nas nie pożera, nie niszczy, ogólnie człowiek staje się bardziej zdystansowany i do ziemskich rozkoszy i do potworności. Pytanie, czy inne gatunki nie mają szans doświadczyć podobnych przekazów ? Czy nie przejawiają zachowań irracjonalnych płynących z niewyjaśnionych impulsów, niewytłumaczalnych, wykraczających poza instynkt przetrwania?  Psy warujące na grobach swoich właścicieli, psy skaczące pod tramwaj, żeby uratować dziecko, konie poskramiające swoje odruchy, kiedy na ich grzbiecie siedzi osoba niepełnosprawna, takich historii jest masa. Zdolności zwierząt w dziedzinie na przykład wewnętrznego kompasu, ogromnego zakresu słuchu lub węchu, odbierania energii, wrażliwości na temperaturę, gdyby nagle stały się udziałem jakiegoś człowieka – uznane by zostały za nadprzyrodzone, a człowiek ów byłby niewątpliwie okrzyknięty prorokiem, medium albo geniuszem. Niejeden pies widząc naszą niezdolność wyczuwania zapachu, brak reakcji na oczywiste zagrożenie lub obecność intruzów, myśli sobie – Boże, czemu ci ludzie są tacy upośledzeni! Z punktu widzenia psa możemy być postrzegani jako bardziej uprzywilejowani i lepiej uzbrojeni, ale żeby wyżsi ewolucyjnie? No nie.

Może należy uznać, że nie tylko my – homo sapiens , ale całość stworzenia jest podłączona do jakiegoś niematerialnego, kierującego nami wymiaru, chociaż różne łapiemy fale.  

Być może wszyscy – ludzie, rośliny i zwierzęta jesteśmy jedynie awatarami swoich wersji duchowych. I wtedy żaden gatunek nie ma podstaw, by sobie rościć prawo do bycia wyższym. Wskazywałoby to na straszliwe nieporozumienie, bezpodstawną, obrzydliwą pychę homo sapiens, który rozwinął umysł zatracając instynkty, który uznał inteligencję za najważniejszą cechę i stworzył dla niej specjalną skalę wartości w świecie istot żywych. Tymczasem pobrzmiewają głosy sprzeciwu – umysł okazuje się oszustem, czymś, co nas ostatecznie zgubi. Stratują nas roboty, które sami zbudujemy. Garstka ocalałych wróci do dżungli i będzie się rozglądać za psem przewodnikiem..