Pod wiatą pomiędzy złożonymi leżakami i półką na narzędzia śpi moja Sufi wiecznym snem, śpi w swoim futrzanym legowisku przykryta czystym ręcznikiem. Z nieba lecą strumienie łez, to już nie jest ulewa, to pompa.
Wiele widziałam śmierci, umierały przy mnie psy i konie, jestem panią Charonową, ale śmierć Sufi była wyjątkowa i godna jej imienia. Każda śmierć przydaje odchodzącemu stworzeniu swoistego majestatu i nie dlatego, że tak każe obyczaj. Obyczaj jest wtórny wobec faktu nagłego i nieoczekiwanego rozdzielenia materii i energii, dotąd stanowiących nierozerwalną całość. To scena, którą można porównać z odłączeniem prądu w milionowym mieście albo z zatrzymaniem kuli ziemskiej. Wracamy do początku, do fazy Wielkiego Ducha, a przed Wielkim Duchem się klęka. Akt uwolnienia owego ducha od ciała i ciała od wszelkich zmagań objawił mi się dzięki zwierzętom, które przy mnie odchodziły i stanowił za każdym razem wielkie, metafizyczne przeżycie. To doskonała odwrotność narodzin, tak podobna w swoim emocjonalnym ładunku, że wręcz ma się wrażenie filmu puszczonego do tyłu.
Maleńka Sufi, która w ciągu jednej nocy, a ta noc nie chciała się skończyć –stoczyła heroiczną walkę o oddech i ten oddech utraciła nad ranem – miała w sobie tak niewiarygodną MOC istnienia, że w żaden sposób nie potrafię pojąć, jak ją mogła pomieścić w sześciokilogramowym ciałku.
Była zwierzątkiem i walczyła jak każde zwierzątko, w odosobnieniu, cierpliwie, z przekonaniem, że tak trzeba. Wychodziła co chwilę do ogrodu, bo tam jej było łatwiej oddychać, siedziała nieruchomo na trawniku i wyglądała, jakby patrzyła w niebo, z którego padał deszcz, ale to zapewne miało na celu lepszą wentylację. Wołałam ją, więc wracała z nadzieją, że teraz będzie już mogła zasnąć, tymczasem godziny mijały a ona dyszała coraz mocniej, oddychała coraz ciężej, zapadała w krótkie drzemki z głową zwisającą z fotela, żeby udrożnić płuca, w których wzbierał płyn. Serce pracowało na pełnych obrotach, to serce, które miała chore. Ono się po prostu tłukło! Nie chciałam jej podnosić, żeby nie zakłócać przepływu krwi i powietrza, powtarzałam sobie, że jej organizm wie lepiej, bo organizm jest mądry. Dostała wszystkie leki, które miały pomóc, nie miałam już żadnych argumentów prócz czekania na nowy dzień i nową pomoc. Ale w końcu i ja zaczęłam rozumieć, że nie dotrwamy do rana.
Położyłam się i wtedy do mnie przyszła. Chciała się pożegnać, chciała być blisko, więc ją ostrożnie wzięłam do siebie. Leżała tuż przy mojej głowie, próbowała zasnąć, ale oddech nie dawał za wygraną, oddech szaleńczo szybki i bardzo chrapliwy. I nagle zapadła cisza, przedziwna cisza, a ona się zsunęła z kanapy na dywan. Wzięłam ją na ręce jak dziecko i powiedziałam – już po wszystkim Sufi. Już koniec, już dobrze, dałaś radę. Wtedy słodko się przeciągnęła, jak piesek obudzony z leniwej drzemki, prostowała łapki, wyginała lekko grzbiet, to był stuprocentowy relaks, świetne uczucie po śnie w dobrym świecie, to była śmierć. Dobra śmierć, bo każda śmierć bez wyjątku jest dobra. Jest niewiarygodnym wybawieniem.
Jej ciepło będzie już tylko ciepłem sprzed chwili. Ciało zostało mi na rękach, jest martwe, ale nad nim już szybuje życie, czyste, uwolnione życie, właśnie byłam świadkiem rozdzielenia. Oddech ustał, jednak czuję pod palcami, że serce dopiero kończy pracę i spokojnie zbiera się do odejścia, jak właściciel firmy, który po wyjściu pracowników kręci się jeszcze chwilę po biurze, zasuwa krzesła, sprawdza, czy wszystko wyłączone, zamyka bramę. Ciało Sufi jest odprężone i bezwładne, zawsze ją ogarniał bezwład w moich ramionach, zastanawiałam się, gdzie ona w ogóle ma kości. Głowa opadła na bok i serce przestało bić. Siedziałyśmy w ciemności zakłóconej tylko zieloną kontrolką stacji odkurzacza i nie wiem, ile czasu minęło, zanim ją zaniosłam na legowisko.
Obnażenie, jakiego dokonuje śmierć dotyczy zarówno tego, kto umiera jak i tego, kto przy nim czuwa. To niezwykła relacja – dotknięcie absolutu, niewiarygodnie silne, fizyczne odczucie przebywania w nicości, która jest początkiem i końcem wszystkiego, w potencjalnym polu energii, gdzie każda rzecz ma swoje źródło i napęd.
Kolejny raz mnie dopada myśl o całkowitej tymczasowości materii. Tutaj nic nie jest na zawsze – poczynając od domu, sprzętów, zdobytych udogodnień i napotkanych przeszkód, majątku i długów, przyjaciół, rodziny i zwierząt a kończąc na własnym ciele. Tymczasowość – to słowo klucz. Że też w ogóle decydujemy się na cokolwiek wiedząc, że materia wciąż się przekształca, bo entropia demoluje naszą rzeczywistość, w której wszystko nieuchronnie zmierza ku zmianie, a zmiana wymaga zniszczenia. Przebywamy w świecie, który nieustannie umiera i nazywamy to życiem.
Paradoks polega także na tym, że śmierć odbiera znaczenie naszym sukcesom i osiągnięciom a przydaje wielkości drobnym gestom, maleńkim rzeczom, pożegnalnemu ruchowi łapki, pianie, która poleciała z noska, nagłej bezwładności głowy, ciepła, które chciałoby się zachować. Miałam ochotę z nią siedzieć całą wieczność. A dzisiaj bolą mnie zęby i szum deszczu za oknem trwa od wielu godzin taki sam, monotonny, czas się zatrzymał dla niej, a więc i dla mnie.
Śmierć i uczestniczenie w niej jest przeżyciem tak intymnym, że mogę go porównać tylko z miłosnym obcowaniem. Po takim doświadczeniu człowiek chodzi po świecie i ma poczucie, że dotknął jedynej w swoim rodzaju tajemnicy bliskości. Silne, bardzo silne połączenie miałam z moją umierającą Sufi. Ona się nie schowała, jak większość zwierząt, które szukają kryjówek, uciekają do lasu, odchodzą niezauważone, w najciemniejszych kątkach, ona przed samym końcem przyszła i chciała być ze mną. To był akt całkowitego zawierzenia, obnażenia, oddania. Porównywalny właśnie z aktem miłosnym, sprawił, że się poczułam wywyższona, wybrana i ważna. Robiłam zakupy i myślałam, co wy tam wiecie ludzie – ludzie w kolejce do kasy, ludzie wybierający pomidory ze skrzynki, ludzie mający się za poważnych, co wy wiecie o intymności? Tak myślą nastolatki po pierwszym razie.
Wolontariusze i pielęgniarki w zakładach opieki mówią to samo, że obcowanie z umierającym jest szaleńczo intymnym przeżyciem i jednocześnie niezwykle silnym i wyrywającym nas poza granice rzeczywistości. Jest śmierć i tylko to się liczy. Śmierć pozwala natychmiast zrozumieć, czym jest miłość i przywraca rzeczom właściwe miejsce a życiu przywraca zasięg. Można powiedzieć, że dopiero w obliczu śmierci zaczynamy rozumieć, że śmierci nie ma.