SHANTARAM

Oto „czytelniczy Święty Grall” – tak skomentował „Shantaram” jeden z naszych nadwornych inteligentów – Marcin Meller. Książkę dostałam od Zośki, mojej córki, z nakazem przeczytania.

Dawno temu w Kościelisku, kiedy nie było na świecie nikogo, kto by miał przy sobie telefon komórkowy, nie było także prądu w naszym góralskim domu. Było za to mnóstwo książek, które tworzyły jedyny w swoim rodzaju, święty zestaw lektur tego miejsca. Wieczorne czytanie przy świecach albo lampie naftowej generowało tak niesamowite skupienie nad tekstem, że człowiek po prostu wchodził w niego jak Janeczka i Michaś z „Mary Poppins” weszli pewnego razu do obrazka na dnie talerza. I to byłby klimat odpowiedni do przeczytania „Shantaram”. Ale wtedy na świecie nie było ani telefonów komórkowych, ani „Shantaram”. Stracona okazja.

Przeczytałam kilkadziesiąt lat po tym, jak w Kościelisku pojawił się prąd. Książka niechlujna stylistycznie i kwiecista nieznośnie, ale się broni. Broni się zaciekle, bo to opowieść o dramacie człowieczeństwa, a powyższy dramat zakłada najróżniejsze barwy, niekoniecznie szlachetne i w dobrym stylu. To ten rodzaj lektury, której przeczytanie daje poczucie wtajemniczenia. Plus. Nie zgadzam się z poglądem, że cały świat można sprowadzić do różnorodności Bombaju. Minus. Nie każdy powinien tam pojechać, nie każdy chciałby, nie każdy musi. Zośka by chciała, ja nie chcę. Dzięki „Shantaram” wiem na pewno, że nie chcę pojechać do Indii.  Jednak „Shantaram” to przede wszystkim biblia prawdziwych facetów. Każdy prawdziwy facet tak sobie wyobraża bycie facetem. Autobiograficzna opowieść zbiegłego, australijskiego więźnia stanowi kompendium wiedzy o męskiej duszy i zawiera w sobie przepis na męskość doskonałą. Plus. Po lekturze tej książki okazało się, że jestem kobietą. Minus – nie lubię takich testów. Na szczęście mieszkam daleko od piekła, w którym jest gorąco. Natomiast żyję w piekle, w którym jest zimno. I tu i tam jest wiele okazji do czynienia dobra, a czyniąc je, zyskuje się wrogów. Nie da się zadowolić wszystkich, co zapewne jest także największym problemem Pana Boga. I takie właśnie mądrości odkrywasz czytając „Shantaram”. Dla mnie minus. Ale dla wielu plus.

Było już o tym, jak „Shantaram” czytają mężczyźni, a teraz jak czyta kobieta, którą się okazałam. Odkrycia kobiet dotyczą najczęściej wiedzy o mężczyznach. A ta książka jej dostarcza. Plus. Mężczyźni mogą być uczuciowi, nieśmiali, nieporadni, przestraszeni, nie tracąc niczego ze swojej męskości. (A ja myślałam, że tracąc). Męskość polega na prawdziwej wojnie, torturach w więzieniu, krwawych porachunkach gangsterskich i wracaniu za każdym razem do tej samej, tajemniczej kobiety, która przez 800 stron nie jest w stanie wydusić z siebie wyznania miłości. Na dodatek okazuje się współautorem całej skomplikowanej sieci intryg, w którą nasz bohater zostaje nieświadomie wplątany i życie za to naraża. Skąd my to znamy? Ano z wojny trojańskiej, a stamtąd, przez Robin Hooda, Trylogię i Wichrowe Wzgórza już prosta droga do Kościeliska. Plus! Pewnie, że plus. Zaiste trudno dyskutować z Sienkiewiczem, Homerem i Kevinem Costnerem.

Koniec końców, wszystkie poruszające historie są o tym samym. O niezwykłym bohaterstwie, którym nasze życie, w naszym pojęciu – nie jest. O przygodach, które nam się nie zdarzają. O miłości, za którą trzeba umierać. Właśnie napisałam, że ta książka jest poruszająca. Bo jest, jest bardzo poruszająca. Plus, pewnie, że plus.

Różnica pomiędzy „Shantaram” Robertsa a „Bladym Ogniem” Nabokowa jest taka, jak między Dziewiątą Bethovena  a Wariacjami Goldbergowskimi Bacha. Jak różnica pomiędzy miłością a matematyką. Łączyć te przeciwieństwa potrafi tylko Bóg, który jest jednym i drugim. Ludzkim dziełom jedynie bliżej lub dalej do wybranego szczytu. „Shantaram” to niewątpliwie romantyczna literatura, a taka mnie nie pociąga. Romantyczną literaturę należy głęboko przeżywać a dobrą wystarczy w milczeniu smakować. Smakowanie dobrej literatury nie musi mieć związku z jej treścią, bo sama forma powala. I już nie ma żadnego znaczenia, czy historia jest ciekawa, czy nie. Wielka sztuka nie wymaga wielkiego tematu. Ale sztuka romantyczna wymaga, koniecznie wymaga. Romantyczna literatura ma początek, środek i długo oczekiwany finał. Początek i środek koncertowo zmierzają do finału. Jak w dziewiątej symfonii. Dlatego „Wariacji” słuchają nieliczni wariaci a „Dziewiąta” ruszy każdego.

Książki, które mnie nakręcają twórczo są zwykle śmiertelnie nudne, ale każdy ich fragment jest skończonym dziełem. „Shantaram” wciąga jak narkotyk, bo obiecuje odkrycie tajemnic i rzeczywiście, na sam koniec je odkrywa. Niefortunne powtórzenia, kiczowate porównania i naiwne mądrości łatwo wybaczyć wobec spektakularnego zakończenia, które sowicie wynagradza wytrwałych. Plus. Niewątpliwy fenomen tej książki stanowi fakt, że jest autobiografią. Że ktoś to wszystko przeżył i … przeżył. Niech więc sobie pisze po swojemu, ma prawo, skoro nadal żyje . Plus! Dwa plusy!

Moja teściowa zawsze mówiła – jak chcesz coś ocenić policz sobie plusy i minusy. Jak będzie więcej plusów – jest dobre.

„Co za pożytek z książki, w której nie ma ani ilustracji ani konwersacji?” – pomyślała Alicja. Oczywiście Alicja w Krainie Czarów. Alicja jest doskonała i jest matematyką. Ale docenia barwne opowieści z dialogami. Skoro ona potrafi, ja też mogę. Niech więc będzie – „Shantaram” – zaprzeczenie moich upodobań – jest dobrą książką. Policzyłam plusy.

A kiedy mi zostało ostatnie 20 stron wyłączyli prąd. Zapaliłam świece i dokończyłam czytanie, jak Pan Bóg przykazał – bez prądu. Wtedy wróciło Kościelisko, ciężki, drewniany stół, wiatr halny za oknem, drżący płomień, oświetlający rzędy liter i wielki finał „Shantaram”.

Reprodukcja na górze – Konrad Krzyżanowski -„Przy świecach „olej na płótnie

Comments are closed.