Sprzeczność interesów

Guz Szaklany  pękł na czubku, wylewa się z niego krew i strzępy antymaterii. Jest przyrośnięty od spodu ogona i pozbawiony czucia. Zdzieram z niego codziennie warstwę gazy oblepionej zielonkawą skorupą ropy. Twarde to i nie chce się oderwać. Szarpię. Krew sika. Kobyła tymczasem spokojnie wcina otręby. Naciskam guza i gniotę go jak mokry kalafior. Wylatują wnętrzności. Potem go całego myję, myję jej też nogi oblane krwią, zdzieram resztki strupów przyklejonych do sromu i umytą skórę smaruję wazeliną. Nakładam maść z Ameryki, zlewam zaschnięte obszary guza lodowatym octaniseptem, całość zawijam  w czystą gazę, na ogonie wiążę supeł i tak zostawiam do następnego dnia. Robię to od wielu tygodni dzień w dzień. Liczę, że uschnie i odpadnie pod własnym ciężarem. Podobnie myślą lekarze, którzy go widzieli. Na razie jednak guz żyje swoim życiem, Szaklana swoim. Jakiś błąd systemu.

Śnił mi się niejaki MS, nigdy nie lubiłam gościa, był tyleż dobrze urodzony, co zakompleksiony, w zasadzie chyba nikt go nie lubił. Biedak nie żyje od kilku lat. Ale mi się przyśnił, chciał mi sprzedać ziemniaki. Czemu nie miałabym kupić ziemniaków na zimę ?  Tylko gdzie ja te ziemniaki przechowam? Jak to, gdzie – na Warmijskiej! Zapomniałam o moim domu w Gąsawach i o tym, że już dawno, bardzo dawno nie mieszkam na Warmijskiej. Zaraz, jeśli nie na Warmijskiej to może w Białym Zdroju? Co, w Białym Zdroju też już nie mieszkam? Gdzie ja u diabła mieszkam?  Obudziłam się i było jasne, co to za miejsce, ale przed chwilą wcale nie było. Zrozumiałam, że tak się czują ludzie z alzheimerem i innymi chorobami starości. Ich pamięć głęboka jest silniejsza niż świadomość teraźniejszości, ta ostatnia nie ma już odpowiedniej mocy, by się zagnieździć w głowie, zapisać w systemie. Toner się skończył, drukarka stanęła. Nie możesz odtworzyć i zobaczyć obrazu. Możesz w kółko przeglądać stare wydruki. Dziś odetchnęłam z ulgą widząc to, co zobaczyłam – drewniany słupek podtrzymujący strop, okno w szczytowej ścianie, poręcz schodów, sztalugę i cztery psy z wyczekującym spojrzeniem wlepionym w moje powolne ruchy-  sięgnięcie po szlafrok, okulary i kapcie. Wstała!- zawołały psy. Wydrukowało się – pomyślałam ja.

Sny bywają zaiste zaskakujące. Piękne słówko „zaiste”. Zawsze będę pamiętać chwilę, kiedy ojciec się nim zachwycał na imprezie u ciotki. Czytając z zainteresowaniem drugi tom „Mojej Walki” Karl Ove Knausgarda zastanawiam się nad fenomenem pamięci autora. Ja sobie nie przypominam mojej przeszłości z tak niezwykłą, chronologiczną dokładnością. Gdybym musiała wniknąć w szczegóły – zapanowałby chaos. Mam w głowie absurdalne, niedające się wytłumaczyć urywki wspomnień. Nie są poukładane, są porozrzucane. Zapewne złożą się w ostatecznej formie na jakiś przekaz dotyczący mojego istnienia w świadomości globalnej, ale mnie wydają się kompletnie z czapy. Ta chwila na Warmijskiej, kiedy ojciec stał z kieliszkiem w tłumie gości – ta chwila jest na twardym dysku, mam ją dostępną zawsze, kiedy zapragnę. Jak urywek filmu, z dźwiękiem i w kolorze. Ojciec w garniturze, biały kaloryfer za jego plecami, nad kaloryferem portret wuja, z lewej czarny, renesansowy kredens, górne światło zielonej lampy nad stołem, wokół stołu ciemnoszarzy ludzie, wysokie białe drzwi, skrzynia krakowska z Malczewskim nad skrzynią.

– Pyszny tort – mówi moja ogromna siostra przyrodnia zdrapując resztki ciemnej masy z porcelanowego talerzyka zdobionego angielską sceną rodzajową – Opłacało się przyjść. 

-Zaiste – potwierdza ojciec, mrużąc oczy i z sykiem wciągając ślinę.

Po tym syknięciu zostanie przeze mnie rozpoznany w nieskończonym tłumie postaci nie tylko na profesorskiej imprezie u ciotki, także w wieczności, cokolwiek to oznacza. Syknie i już będę wiedziała, że to musi być on. A więc syknął i rzekł – zaiste. A potem dodał – świetne słówko, szkoda, że już wychodzi z użycia. „Zaiste” – idealne w okolicznościach, kiedy chcemy przytaknąć z odrobiną sarkazmu, a właśnie tego rodzaju przyprawa werbalna – sarkazm – była ojca ulubioną. We wszystkim szukał humorystycznego aspektu, cokolwiek to było, nawet śmierć lub ciężka choroba. Potrafił pięknie zakpić z najgorszych okoliczności. Wszechobecny promyczek pogody, uśmieszek Boga – to było to, co w ojcu kochałam najbardziej.

-Tato czemu nie możesz się ze mną spotkać?

-Bo umówiłem się z Sadowskim, a jemu wiecznie coś wypada.

Po chwili dzwoni i oznajmia – Możesz przyjść. Ten Sadowski jest niemożliwy! Wyobraź sobie, matka mu umarła!

Wracając do „Mojej walki” – ja, odwrotnie niż Karl Ove, staram się unikać wspomnień. Zwyczajny strach jest tego powodem, obawa, że życie przeszłością jest domeną staruszków. Staruszkowie wciąż ględzą o dawnych czasach, bo teraźniejszość jest dla nich z założenia stracona. Są mniej materialni, mniej prawdziwi, zajmują coraz mniej miejsca w świecie rzeczywistym. Znają coraz mniej ludzi, wiedzą coraz mniej rzeczy, kupują coraz mniej ubrań, potrzebują mniej przestrzeni, ich światy się kurczą, gęstnieją od wspomnień, ostatecznie zapadają się w sobie jak czarna dziura i siłą niesamowitego przyciągania przeszłości połykają własnego autora. Kiedy zacznę wspominać, wspomnienia będą się mnożyć i dodawać jak rosnący kalafior, jak guz Szaklany. W końcu przeważą i odpadną, jak ten ogromny guz w moich marzeniach.  Zaiste niepokojąca sprzeczność interesów.

Ilustracja – Domenico Ghirlandaio – Starzec i chłopiec. 1490

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.