Święty Walenty

Raz w życiu obchodziłam Walentynki.  Stało się to za sprawą Maćka, on jako jedyny dał mi, czy raczej rzucił wkurwiony walentynkową kartkę, po którą rano, wściekły pognał do kiosku w Kościelisku. Poprzedniego dnia musiał wydobyć węgiel z potwornie niewygodnej piwniczki w sieni, a w sieni było może ze 2 stopnie. Pamiętam go w szarym swetrze ( od 12 lat niewypranym szarym swetrze Maćka Kozłowskiego złożonym w szafie), jak z kamienną twarzą fedrował w czeluściach węglowych skał usiłując wydłubać czarne kamyki za pomocą śliskiej, wąskiej łopatki. Wrzucał je do wiaderka, a ono wydawało grzechoczące odgłosy świadczące o tym, że wciąż jest puste. Zostaw, ja to zrobię – powiedziałam w końcu, bo Maciek był chory i tego rodzaju wysiłek mógł mu zaszkodzić. Zamknij drzwi, zimno leci – warknął. Następnego dnia rano jeszcze mu nie przeszło, więc walentynkową kartkę potraktował jak kolejne nieszczęście, które mu się przydarzyło w związku ze mną. Kupił ją w kiosku koło WDW, przemierzywszy dwa kilometry na dół i z powrotem w kopnym śniegu.  Nie pamiętam co było napisane na serduszku, jakiś banał. Ofiarodawca nawet się nie podpisał. Zgubiłam gdzieś tę kartkę. Możliwe, że się jeszcze poniewiera na półce alkowie, bo w Kościelisku nic nie ginie od 70 lat. Pamiętam za to nasze miny przy wręczaniu kartki. On ponury i milczący, ja zupełnie nieświadoma powodu, dla którego nagle rzucił mi ją na stół. Nie obchodzę ani imienin, ani urodzin, z ledwością i od wielkiego dzwonu święta Bożego Narodzenia, więc jak mogłam wiedzieć, że istnieją Walentynki? Co to jest?  – zapytałam szczerze zdziwiona. Jak to co, kurwa. Walentynki! Nie wiedziałaś? To po co ja zapierdalałem jak idiota do kiosku? Ojej.. nie wiedziałam… No to żeś się dowiedziała.

Dzięki czemu mogę raz na zawsze uznać Walentynki za zaliczone.  I wystarczy.

Ilustracja Swięty Walenty patron epileptyków, histeryków i opętanych – Lucas Cranach – tempera na desce ok 1502

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.