Sporo jest słynnych historii wielkich bitew. Moja będzie dotyczyła odwiecznej walki człowieka z koniem, jak niegdyś określał nasz przyjaciel olimpijczyk codzienne zmagania swojej żony, zawodniczki ujeżdżenia, od świtu do nocy trenującej swoje niewiarygodnie piękne sportowe ogiery. Każdy jeździec wie, o czym mowa, ja też wiem doskonale. Moja walka dotyczyła tym razem – zdawałoby się prozaicznej czynności wyprowadzenia na pastwisko Wenecji przy jednoczesnym pozostawieniu Espanii na trawniku przed stajnią. Koń jest zwierzęciem stadnym a swoje przyzwyczajenia zmienia bardzo niechętnie, nie poddaje się bez walki, a obie moje kobyły są walczne. Otóż i pokazały, co potrafią uczyniwszy sprawę rozdzielenia – polem bitwy, od której wyniku zależeć będzie życie – moje, ich i całego stada z 15 psami. Operacja była prawie tak skomplikowana jak rozdzielenie Niemiec, Korei albo bliźniaczek syjamskich z Janikowa. Upór stworzenia ważącego ponad pół tony to nie jest coś, co się łamie pociągnięciem za sznurek. Łąka zwana pastwiskiem jest oddalona od stajni o jeden kilometr. 33 letnia Espania wracała z niej już rok temu ledwie żywa ze zmęczenia. Ostatnio stanęła w połowie drogi i oznajmiła, że nie pójdzie ani kroku dalej. Muszę ją zanieść do domu. Błagałam , żeby OSTATNI raz wróciła o własnych siłach. Zgodziła się nareszcie a ja do dzisiaj się zastanawiam co by było gdyby… Przed domem jest masa zielonej trawy i Espania może się tam wypasać cały sezon, ale bez Wenecji. Bo Wenecja nienawidzi psów. Psów ciągnących ją za ogon, szczekających i biegających we wszystkich kierunkach. Robią wszystko, żeby je kopnąć! Dlatego Wenecja musi zrozumieć, że tego lata będzie chodziła na łąkę sama.
Dzień Pierwszy .
Zostawiam Espanię w ogrodzie, ona owszem, skubie trawę, ale na widok znikającej za płotem Weni kwiczy, jakby ją ogier łaskotał. W tym czasie Weni szarpiąc uwiąz, tańcząc i srając z nerwów podąża za mną w całkowitym chaosie. Kiedy ostatecznie dotarło do niej, że jest sama, zarżała, aż się niebiosa rozstąpiły, wspięła się i wyrwawszy mi rękę ze stawu pogalopowała na łąkę Todźki. Piafowała tam chwilę wywijając turkusowym uwiązem, jak gimnastyczka szarfą, ale żadna trawa, nawet zakazana, nie była w stanie zastąpić Espanii. Ziemia drżała, krzaki odskakiwały w popłochu, kiedy zniknęła za zakrętem i było wiadomo, że przegrałam. Ale ja tak łatwo nie odpuszczam, o nie. Żeby mi tu głupi koń dyktował, co mam robić. Założyłam kobyle ogłowie i ruszyłyśmy z powrotem w kierunku łąki, ale na razie nie do samego celu. Niechętnie, ale coraz śmielej obczajała trawkę po drugiej stronie płotu, a Espania przestała kwiczeć, bo jednak od czasu do czasu się widziały. Oddalałyśmy się stopniowo, aż ją straciła z oczu. Trawa była bardzo smaczna, no i te mlecze żółciutkie… Ostrożnie zmieniłam ogłowie na kantar i tak, powolutku, wciągnęła się w skubanie. Po godzinie wróciłyśmy do stajni stępa.
Drugi dzień był lepszy, doszłyśmy do miejsca, gdzie się zaczyna mała łąka, pasła się łapczywie od czasu do czasu tylko podnosząc łeb i przerywając żucie. Wytrącałam ją z tej czujności mówiąc coś, albo zmieniając kierunek. Tym razem wróciłyśmy po dwóch godzinach.
Trzeciego dnia doszła nareszcie na pastwisko. Chwilę biegała z rozwianą grzywą, ale nie rżała. Siedziałam w trawie strącając kleszcze a ona się pasła. Obok mnie leżała Pustynia, kocham tę suczkę. Jest mądra, wierna i ma swoje życie. Obrazek jak z wakacji. Nie ma nic piękniejszego nad widok pasącego się konia, te wszystkie żyjątka w trawie, lekki wiatr, ściana lasu, zapach wszechobecnej zieleni. Siedziałam z nią godzinę, co chwilę podnosiła łeb sprawdzając, czy jestem. Byłam.
Dzień czwarty. Kupiłam składane krzesełko i zabrałam ze sobą cały samochód sprzętu. Dwa telefony, słuchawki, książkę, okulary do czytania, krem do opalania i wodę. Wakacje to wakacje, nie miałam ich od trzydziestu lat. Postawiłam auto przy pastwisku i poszłam po Weni. Grzecznie dotarła ze mną na łąkę. Wypakowałam z auta mój ekwipunek i rozsiadłam się z telefonami jako pasterz jednego konia. Są poeci jednego wiersza, aktorzy jednego filmu i pasterze jednego konia. Okazałam się tym ostatnim.

Na profilowym również tego samego autora obraz zatytułowany „Konie poniosły”.