
Niedziela dzisiaj, jak z tymi bułkami. Przypomina mi się słynna Maćka anegdota o bułkach w niedzielę. Aktorzy uwielbiają opowiadać zabawne historie, zawsze im mało występów. Trzeba jednak przyznać, że umierająca towarzyskość w pojęciu takim, jak z niej drwił Gombrowicz – w oczach dzisiejszych inteligentów urosła do rangi chronionego zabytku. Chrońmy więc aktorów i ich anegdoty, bardzo mi tego czasem brakuje. Towarzyskość, która – według Witolda – niebezpiecznie zastępuje Polakom inteligencję – też już odchodzi w przeszłość. Zamiast złotych myśli mamy złote adidasy. Towarzyskość na Instagramie? Towarzyskość na stadionie? Towarzyskość w galerii handlowej? W domu, gdzie każdy patrzy w swój ekran? Nie rozmawiamy, tracimy więc zdolność błyszczenia w towarzystwie, błyszczą tylko nieszczęsne buty.
Też sobie takie kiedyś kupiłam, ale są za ciasne, mogłam to przewidzieć.
Anegdota o bułkach zawsze do mnie wraca w niedzielę. Dawno, dawno temu, w czasach głębokiej komuny aktorzy mieli przerwę w zdjęciach i postanowili zjeść zupę w jedynej czynnej restauracji w małym miasteczku. Dobrze pamiętam takie miejsca z różnych przystanków w podróżach po Polsce. Tak podobne, że połączyły się w jeden, zalatujący wieprzowiną zimny lokal, w którym człowiek przebywa z tylko i wyłącznie ze względu na pusty żołądek. Ciepłe, nieobeschnięte po umyciu talerze z napisem Orbis albo GS. Z grubego fajansu, z zielonym albo niebieskim paskiem. Biały, lekko zużyty obrusik, pośrodku sól, pieprz i oliwa w obmacanym, metalowym pojemniczku a obok pojedynczy, ledwie żywy kwiatek wystający z wazonu w kolorze kupy. Wykrochmalone serwetki, jakby wycięte z tektury. To w wersji elegantszej. W bardziej swojskiej – papierowe, w serwetniku koloru wazonu. Zawsze wylatywały wszystkie, kiedy chciało się wyciągnąć jedną. Lastrico na podłodze albo wykładzina w tłuste plamy. Szatnia z kontuarem i kaszlącym szatniarzem, zwykle nieogrzewana. (Państwo na jeden numerek? Nie, na kawę). Popielniczki na długich nogach, chwiejne i wypełnione niedopałkami. Ciężkie, brzydkie krzesła, odgłosy strzelania garami zza okienka lub drzwi wahadłowych, za każdym razem trącanych nogą lub łokciem przez kelnerów, wynoszących tace. Kapuściane podmuchy wpadające do sali restauracyjnej. Zmieszane opary polskich zup ze smażeniną i dymem z gotowanych ziemniaków. Zestawy surówek, podmokniętych i na brzegach zafarbowanych ćwikłą. W takiej oto scenerii, w deszczową niedzielę paru skacowanych aktorów zajęło stolik w pustej knajpie, bo nikogo innego nie było. Kelner przyniósł kartę zawierającą dwie do wyboru źle wróżące zupy i bigos. Wybrali bigos z pieczywem. I rzeczywiście, po chwili taca z bigosem zadymiła w wahadłowych drzwiach. Podano go w głębokich talerzach z napisem GS. Wszyscy sięgnęli po bułki, ale bułki były tak twarde, że nie dawały się przełamać, a co dopiero ugryźć. Przywołali z powrotem kelnera. Te bułki są stare. A w karcie jest napisane- bigos ze świeżym pieczywem, to kiedy ono było świeże? – zapytał najodważniejszy człowiek w ekipie. Kelner bez słowa sięgnął po bułkę, podszedł do gościa, postukał mu bułką w czoło i rzekł – Niedziela dzisiaj!
” Najlepsze, co mogę zrobić dla siebie w swoim wieku, to modlić się o szybką i zdrową śmierć. Umrzeć zdrowym.” – przeczytałam w wiadomościach Interii pod zdjęciem Jana Englerta. To także moje słowa, ale nie miałam nigdy okazji ich wygłosić. Sprytni dziennikarze, choć to za dobre określenie na nich – tę właśnie wypowiedź uznali za stosowne rozpowszechnić jako reklamę wywiadu- rzeki pt ” Bez oklasków”. O swoim nieoperacyjnym tętniaku Englert wyraża się z właściwym sobie dystansem i poczuciem humoru. Oficer rozrywkowy na statku, jak go Maciek nazywał, darząc jednocześnie szacunkiem i sporym respektem, bo przecież był jego szefem i dyrektorem teatru, nie tylko starszym kolegą z planu. W otchłani mojej pamięci, która formę otchłani przybrała niepostrzeżenie – pamiętam go, młodego gościa, mógł mieć wtedy trzydzieści kilka lat, czule obejmującego swoją ówczesną dziewczynę, też aktorkę, w kolejce do kasy biletowej na Dworcu Centralnym. Wokół kamienne twarze podróżnych, mglista Warszawa, głęboka komuna i jej walorowy obraz jak ze starego telewizora. Baby w okienkach prawie jak wyrocznie, bo przecież nigdy nie było wiadomo czy ten bilet będzie, czy nie. A oni tacy namiętni, tacy nieobecni, tacy swobodni. Wtopieni w szarość, ale i w siebie nawzajem. Coś w tym było rozpaczliwego i ulotnego, jakby wiedzieli, że trzeba zaszaleć, bo za chwilę czas minie, a świat dookoła nie jest wart tego, żeby się nim przejmować. Patrzyłam zafascynowana ich szczęściem w takich okolicznościach przyrody, a twarz kasjerki wyrażała całkowitą obojętność. Kupili dwa bilety na ekspres do Krakowa i ciasno objęci popędzili na peron.
Przedstawiono mi go jakieś 30 lat później, w Sopocie. Mieliśmy wspólny stolik w hotelowej restauracji podczas festiwalu o nazwie „Dwa Teatry”. Siedziała z nami rozgadana pani Holoubek, taka sama na scenie, jak i poza nią. Rozmowa toczyła się, a jakże – o biletach na ekspres i spaniu w przedziale. Pani Magda szczebiotała coś o niebezpieczeństwie kradzieży, kogo jak i z czego okradli w pociągu, a pan dyrektor nic nie mówił, bo chyba miał kaca. Na koniec, zapytany o zdanie w kwestii ryzyka utraty portfela kosztem drzemki rzekł krótko – „mają opierdolić, to opierdolą”. Wstał, skłonił się i opuścił salę restauracyjną.
Spotkaliśmy się też na uroczej imprezie po gościnnych występach w Teatrze Starym, w mieszkaniu Beaty F, którą uwielbiam i przy której nigdy, przenigdy nie czułam się kimś obcym, kimś spoza branży, w ogóle wtedy na tej imprezie było całkowicie krakowsko, chociaż dookoła miałam „wagon gwiazd” – jak Maciek określał zespół Narodowego. Englert wszedł nieco spóźniony, sięgnął po szklankę i zakrzyknął – Fuda, lej!
Kolejny raz miałam okazję uścisnąć mu dłoń w gabinecie dyrektora, niedługo po pogrzebie Maćka. Wręczył mi kopertę z pieniędzmi należnymi wdowie. „Dziwne – ten człowiek nie miał wrogów „– usłyszałam na pożegnanie.
Rok później odwiedziłam jego mieszkanie jako autor i dostawca portretu żony. Przyjęła mnie bardzo serdecznie, zapłaciła i obiecała przekazać ukłony. To tyle. W sumie tyle, co nic. Jeszcze może ze dwa razy mi się śnił przy okazji snów o spektaklach, snów o premierach, snów o planach filmowych i o życiu, w które powoli przestaję wierzyć, że mogło być po części moje.
Wracając do podróży pociągami przez Polskę – zdarzyło się Maćkowi podróżować nocą na plan zdjęciowy, a podczas owej podróży zasnął biedak głębokim snem. Po jakimś czasie pociąg się zatrzymał z tym charakterystycznym piskiem, zgrzytem i sapaniem, jakie towarzyszy hamowaniu. Głowa wypada z zasłonki z napisem PKP prosto na stoliczek przy oknie, albo ześlizguje się w dół po podszewce płaszcza, którym jest owinięta, bo podróżny niczym się nie różni od strusia. Od razu chowa twarz w ubraniu i od tej chwili czuje się niewidoczny. Maciek postąpił podobnie, spał wtulony w swoją czarną kurtkę z Cottonfieldu – szczyt marzeń na tamte czasy. Nagle poczuł szarpnięcie i wyrwany z ukrycia zmrużył oczy, podrażnione zimnym, peronowym światłem. Gdzie jesteśmy, co to za stacja? – zapytał siedzącego naprzeciwko kolegi po fachu. Kędzierzyn, Koźle – usłyszał w odpowiedzi.
I takie wspomnienia na Dzień Zaduszny.
