Jesień – zima 2019
9 listopada 2019.
Mam na pokładzie matkę i ogień mnie trawi czyśćcowy, by ją na koniec życia potraktować zgodnie z tym, co dyktuje wzorzec miar i wag w Sevres pod Paryżem pod hasłem – matka. Tymczasem moja matka całkowicie się wyłamuje każdemu hasłu, ogólnie dostępne wskaźniki wariują, tabele się wyginają a słupki łamią jak zapałki. Moja matka pasuje tylko do samej siebie i do nikogo innego, chociaż zatopiona w serialach z dwudziestego wieku ( te różne Klany i Barwy Szczęścia) miewa napady stereotypów. Wciąż walczą w niej o lepsze sceny z M jak miłość ze scenami z Piwnicy pod Baranami. Pierwszy raz od lat dała się zbadać lekarzom i wyszedł rak. Nie taki bardzo złośliwy, ale jednak. Wyszło też, że ma od 20 lat nieczynną nerkę. Dostała dren, ale na drugi dzień dren usunięto. Wypuścili ją, twierdząc, że nie da się leczyć raka z powodu nerki ani nerki z powodu raka, ale humor jej zepsuli.
Zadzwoniła, że powinnam ją odebrać ze szpitala, bo tak zawsze robią dobre córki, (seriale) a kiedy mówię, że to 350 km w dwie strony i nie mogę tak o – wsiąść w auto i przyjechać na dwie godziny- tupie nogami, strzela słuchawką i wyzywa mnie od skończonych egoistek. Przyjadę i zabiorę cię do siebie – mówię więc po raz kolejny, wtedy to ma sens. Na „zabiorę cię do siebie” od razu przytomnieje… No wiesz, nie bardzo. Zajęta jestem. Mam jeszcze dwie wystawy i pracownię do posprzątania i Baśki imieniny i plener zimowy nad morzem. Nie mogę u ciebie siedzieć jak grzyb. No bo co ja tam będę robić w tym lesie? (Piwnica pod Baranami)
Skończyła 90 lat i niedawno z żalem odłożyła prawo jazdy, zrobiła je w czasach kiedy na świecie nie było jeszcze samochodów. Prawie. Jej był jednym z pierwszych. Nazywał się Ford Anglia i na pewno był jedyny w Krakowie. Ostatnim był fiat uno, koszmarnie uciorany, śmierdział jak popielniczka, bo matka lubiła palić za kierownicą. Przejeżdżała przez cztery skrzyżowania w kapeluszu i z papierosem wymuszając pierwszeństwo, kierowcy otwierali okna i pukali jej w czoło a ona spowita dymem mamrotała- no już dobrze, dobrze, stało wam się, rzeczywiście.
Na jej widok zawsze marzyłam o burżuazyjnym pochodzeniu i rodzicach lekarzach. Maryla Rodowicz też usłyszała od córki, żeby więcej nie przychodziła na zebrania do szkoły. Marzenie o normalnej matce jest w człowieku silne.
11.11.2019
Moja forma literacka to gniot. Gniot i tyle. Cały dzień leje, chce mi się spać, powinnam malować obraz, może chociaż tyle po mnie zostanie. Kolejny dzień i kolejny a ja nie mogę podejść do sztalugi. Za oknem taka obłędna jesień, ona się zdarza tylko RAZ do roku! Potem znowu trzeba czekać pierdolony rok, z upałami, hucpą wakacyjną, wiecznie otwartymi drzwiami na pole. Teraz zamknięcie się w domu nareszcie jest umotywowane okolicznościami. Psów też jakby mniej, i spokojniejsze, nawet szczeniaki bardziej zamulone niż poprzednie świry.
Miałam z matką rozmowę o śmierci, zdecydowanie duch we mnie wstąpił i przemówił, bo mnie by tak nie słuchała. Strasznie chciała się obrazić albo zagrać w te swoje serialowe gierki, byle wytworzyć konflikt i przejąć stery, ale że to Duch był a nie ja – wyrodna córka egoistka – pokornie wysłuchała. Kazałam jej się zastanowić nad śmiercią, chociaż jej życiowa postawa w zasadzie odpowiada wszystkim buddyjskim i ajurwedyjskim poradom – żyj chwilą. Nikt nie żyje chwilą bardziej niż ona, tylko że to jest chwila urojona. Moja matka cała się składa z urojeń a urojeniem nie odpowiesz śmierci, bo śmierci możesz odpowiedzieć tylko prawdą. A prawda jest taka, że nie ma śmierci.
Z drugiej strony 90 letniej babci z rakiem i o jednej nerce poważnie prawić co się myśli o Bogu, życiu i duchowości licząc na zrozumienie – to niezły czad. A ona najwyraźniej sporo zrozumiała.
I zjadło mi pół tekstu, bo znowu nie kliknęłam zapisz
Dzisiaj 15 listopada 2019
Starość w wydaniu mojej matki jest równie cudaczna jak dzieciństwo w wydaniu Brada Pitta w filmie z Cate Blanchett – tytuł sobie przypomnę, ale mój stary twardy dysk nie jest tak szybki jak mój nowy komp. Moja matka bez komputera jest pozbawiona mózgu zastępczego. Wszyscy już mają komputery a w nich całość wiedzy zdobytej przez ludzkość od początku jej istnienia – począwszy od hasła w krzyżówce a skończywszy na teorii strun. Rozwiązywałyśmy ostatnio krzyżówkę w teletygodniu, który ona kupuje. I tam co chwila jakieś trudne słowa stworzone na użytek twórców szarad, kiedy nic im nie pasuje do reszty haseł. Ale jest na to rada! Należy wpisać określenie w google i dopisać – krzyżówka. Słowo pojawia się natychmiast. Czy nie jest to zapasowy mózg? Żyjesz, dopóki klikasz. To także dowód na to, jak beznadziejnie głupia jest wiedza bez refleksji. Taka wiedza sprawdza się tylko w rozwiązywaniu rebusów i jolek.
Nie jesteśmy swoim mózgiem, bo nie jesteśmy komputerem. Mózg można zastąpić, człowieka nie. Można więc zastąpić ciało, kiedy się zużyje, na pewno tak jest. W czyim ciele jest teraz Maciek? Czy ja jestem w swoim?? Ile razy już tu byłam? Kim jestem naprawdę? Mam nieodparte wrażenie, że ktoś, kto umarł, wie już to wszystko. Generalnie śmierć jest konieczna, by się wszystkiego nareszcie dowiedzieć. A mówi się, że po śmierci nic już nie wiesz. Boże, ludzie są tacy głupi.
Zapowiada się kolejny straszliwy dzień, kiedy od rana do wieczora trwa jednakowa pora…
16 listopada 2019
Śnił mi się mój tata, oznajmił mi, że się wyprowadzamy. Do wyboru był uroczy, drewniany domek do kapitalnego remontu albo mieszkanie w mieście. Błagałam go, żeby to nie było mieszkanie w mieście. Niestety się uparł. Pojechałam je zobaczyć, mieściło się w dużym, przeszklonym gmachu telewizji. Wokół wyrastała dziwaczna metropolia, setki kolorowych domów wznoszących się uliczkami w górę. Co to za miasto? Zapytałam. To Łódź. Jak to możliwe, przecież Łódź jest paskudna. To Arka, taka dzielnica w Łodzi – powiedział ojciec, nie słyszałaś o Arce? Zbudowana na wzór Montparnasse… I poczułam, że bardzo chcę tu zamieszkać. A ojciec się zabrał do gotowania obiadu, jakbym siebie widziała. Czy on żyje we mnie?
Moje problemy z matką nie dotyczą czegoś, co można by zmienić. Dotyczą jej nieświadomości, pesymizmu, czy starzy ludzie potrafią już tylko narzekać? Patrzę na nią jak na mojego ślepego psa. Cały czas szczeka, bo to jedyny dowód – w jego pojęciu – że inni go zauważają. Nie mogą go widzieć – w jego pojęciu – więc muszą go słyszeć. Ona jest straszliwie związana ze swoim ciałem. Na starość, zamiast się od niego uwalniać, kurczowo się go trzyma, nie chciałabym tak. Na siłę, po trupach, nawet po własnym trupie – chce żyć tak jak żyła, niczego nie zmieniając. Jest poważnie wkurwiona, że nie śmiga jak dawniej. Dlaczego tak mało jest uśmiechniętych staruszków? Przecież nic nie musi robić, siedzi tutaj, czyta kroniki rodzinne obrażona na cały świat, który ją uczynił niesprawną. Bzdura! Jak na 90 lat niesprawna wcale nie jest. Pogarsza się jej słuch i to też ją na każdym kroku wkurza. Wkurza, wkurza, wkurza. Od rana wszystko ją wkurza, jak mojego ślepotka Yankesa. I że jest stara, i że nie słyszy i że jest niesprawna, i że ją boli – tu ją boli, tam ją boli. Wczoraj kark, dzisiaj ucho, jutro kolano. Od rana do wieczora trwa jednakowa pora.
No cóż, pora także na spacer z psami i pora zacząć dzień. Dziś kolejne zdjęcia psów, pomaluję obraz. Postaram się nie zgłupieć do reszty, jak ona. To, co czyta dotyczy wyłącznie faktów. Głupich, nic nie znaczących faktów z życia gwiazd i polityków. Nic duchowego, a jej duch w tym czasie szarpie się w drzwiach do wieczności.
Znowu późny wieczór. Nic nie piszę, pustka. Ale śniły mi się porcelanowe filiżanki, nowe, błyszczące, jak moje uratowane psie istnienia. Coś kiedyś bełkotałam o filiżance we śnie, posklejanej, starej. Te były jak ze sklepu, ale nigdzie nie widziałam tak pięknych filiżanek. Biało- niebieskie, malowane w psy i konie. Znakomita grafika, absolutnie współczesna. Prosty kształt i cienka porcelana. Czysta elegancja. Nie wydajemy psów prostakom.
30.11.19
Dziś mało nie poleciałam z Wenecji. Pozwoliłam pojeździć „wolontariuszkom”. Wpuść do stajni młode szympansice i zaraz jeden koń chory, drugi wkurwiony. Wicek strasznie się spocił pod siodłem. Kazałam im zsiadać, wzięły Wenecję. Nie mogłam patrzeć na ten żałosny cyrk i też kazałam zsiadać. Siodło jej założyły prawie na głowę, ale już mi się nie chciało przesuwać, wdrapałam się na nią, żeby wszystkiego źle nie zapamiętała. Niestety zapamiętała. Przy zagalopowaniu fajtnęła zadem. Wylądowałam na szyi, bo prawie na niej siedziałam w tym przesuniętym siodle. Zdołałam jakoś wrócić na swoje miejsce i całe szczęście, bo gdybym spadła byłoby po mnie. Kolejny tydzień zjebanego kręgosłupa. Nie potrafię ludzi ustawić, potrafię tylko ustawić konie. Razem z jedną z tych panien przyjechał narzeczony niemowa. Miał gołe kostki i adidasy, ciągle nie mogę się pozbyć skojarzenia z biedą, która nie pozwala na zakup skarpetek. Gołonóg odpalił następnie swoje terenowe auto i odjechał z pannami, a ja zostałam z moją arystokratyczną wizją i sprzątaniem gówien.
Nic nie piszę. Odmienne stany świadomości nie są twórcze, bo gaszą niepokoje. Wiesz wszystko, to co się będziesz wypruwać. Sztuka pisania jest ściśle połączona z nieumiejętnością życia. Z nocą ducha. Przy malowaniu nie mam podobnych dylematów. Jedyny problem to czas. Nie mam kiedy malować, ale niepokojów żadnych. Umiem to robić do cholery.
5 grudnia 2019.
Martwy koń to zmarnowane piękno. A piękno chciałoby się zjeść. Nie mamy innego sposobu na skonsumowanie piękna jak je zeżreć albo posiąść. Odpada zoofilia pozostaje kotlet. Straszną rzeczą dla duszy musi być kara wcielenia. Jest taka ilość rzeczy niewyrażalnych w pakowaniu na zimną, metalową przyczepę martwego konia… ten ogon, on miał najpiękniejszy ogon świata, to zmarnowana materia! Tak zadbanego, lśniącego konia mi zabrałeś ty gnoju, stwórco. Nie mam słów na ciebie. Jesteś beznadziejny, usłysz to, wcale się ciebie nie boję. Jesteś totalnie beznadziejny.
To właśnie zamierzałam ci dzisiaj powiedzieć.
Niektórych rzeczy nie rozumiem, nie rozumiem martwego piękna. Albo kurwa jedno albo drugie. Piękno to absolut taki jak miłość i wolność. Piękno musi być żywe. Pozwalasz na to, żeby marnować piękno formy. Ty diabeł jesteś, nie Bóg. Materia może umierać, kiedy jest zgniła, pokraczna i śmierdzi. Ale Wicek był czysty, pachniał i miał najpiękniejszy ogon świata. Ten ogon schował się ostatni… Zapakowali go na stos trupów. Jak Ty na to możesz pozwalać??
2 grudnia. Wstrząsnęła mną ta końska śmierć, końska dawka śmierci. Ta góra wzdętego mięsa, która była delikatnym, wrażliwym koniem, a czasem głupim, upartym, zagrażającym moim starym kościom, stawom i zawiasom. Przed śmiercią jeszcze mną rzucił jak szmacianą lalką. Cała jestem posiniaczona. Teraz jakoś go strasznie kocham, ale wkurzał mnie, nie doceniałam jego istnienia. Nie doceniam żadnego istnienia, a potem jestem załamana. Teraz w ogóle wszystkich kocham z opóźnieniem.
7 grudnia.
Wróciłam z Krakowa, ledwo żyję, jest 12 w nocy. W galerii handlowej jest bezlitosne światło, okazało się, że mam mnóstwo plam na kurtce. Ludzie mają dużo więcej pieniędzy niż czasu, to straszne. Nie mogą się cieszyć tym, co zarobili tylko zarabiają na to, co mają, zarabiają na swój życiowy standard. To chore!
A tutaj las, konie chrupią siano, nie chcę zrezygnować z koni. Wicek umarł i poczułam, jak bardzo był wpisany w moje życie. Bez koni daleko nie zajadę. Po powrocie mam wrażenie, że przeskakuję z jednej rzeczywistości na drugą jak po kamieniach w potoku.
Cała ta obecna cywilizacja polega wyłącznie na przygotowaniach. Męka przygotowań. Najpierw straszliwie pracujesz, potem biegasz, kupujesz, zamawiasz, dostajesz, odpakowujesz, ustawiasz, sprzątasz i zasypiasz. Nie nacieszywszy się ani nowym aparatem, ani sprzętem ani fotelem. Niczym. Cywilizacja, w której nikt nie ma czasu się cieszyć, w której wszyscy gotują a potem nie mają kiedy zjeść. Cywilizacja wyprana z ducha, czy aby na pewno świadomość ogólna się podniosła? Czy tylko odzwyczailiśmy się od widoku martwych zwierząt, publicznych egzekucji i dręczenia dzieci.
Tadeusz Ostaszewski to był znakomity rzeźbiarz dopóki sobie nie wybudował pracowni marzeń. Tam już tylko umierał. Czy istnieje granica spełnienia której nie wolno przekroczyć, jeśli się chce być twórczym, a twórczym znaczy żywym, po prostu.
Chciałabym dzisiaj zrobić sobie dzień przerwy od życia i pożyć.
Znowu mi zjadło kilka stron tekstu, to nie do wytrzymania! Jeszcze raz mi zjesz kilka stron- a przestanę w ciebie wierzyć. Przestanę wierzyć w cokolwiek. Wszystko zniosę prócz mojego zjedzonego tekstu. Taki niby jesteś duchowy do porzygu a tekst zeżerasz. Lubisz jednak konsumować, jak my, tutaj – mięsożerne mięso, które masz w pogardzie Ty i Twoi wyznawcy. Jeszcze chwila i przystanę do bandy Emila Ciorana.
I nic, nic już dzisiaj nie napiszę. Objadłam się, napaliłam w piecach i włączam filmy na Netfliksie. Życie. Tak tutaj teraz wygląda życie. Gdzie indziej pewnie wygląda inaczej.
Ach, zapis mojej duszy, jakie to pretensjonalne, a zęby mnie bolą i bez tego.
Portret kobiety w złotej ramie, w starym salonie, kobiety w golfie. W znaczeniu – swetr z golfem. Swetra z golfem się nie nosiło w antyku. A wszystko, co ma prawie 100 lat jest siłą rzeczy antykiem. Jeśli golf jest antykiem, oznacza to dla mnie, że pora umierać, że sama jestem antykiem. Nowoczesność jaką pamiętam – pralka, lodówka, prąd, telewizor, auto i golf – to obecnie czysty antyk. Dziś nowoczesność to dotykowy ekran, 3D i zasięg w telefonie na pastwisku za chałupą.
Byłam dzieckiem nowoczesności, pewna, że nic na mnie nie dybie z ciemnego kąta, bo robię pstryk i świecę światło. Bo przychodzi moja nowoczesna matka w golfie i słucham Beatlesów. Dwudziesty wiek to było moje wielkie TERAZ. Ja wciąż żyję a dwudziesty wiek to antyk. Dla obecnych piętnastolatków zapewne jawi się jako straszny. No nie był ci on zabawny, jak spojrzeć za siebie.
Pamiętam dzień, w którym ojciec kupił adapter. Ojciec umarł już 12 lat temu i miał 80 lat. Czyli adapter miałby niewiele mniej, a taki był cholernie nowoczesny. Mój ojciec też był cholernie nowoczesny. Pamiętam płytę jakiegoś amerykańskiego duetu, tak zwany longplay, na okładce tegoż longpleya była śliczna amerykańska para. Oboje w golfach. Z przodu stali na tej okładce przodem a z tyłu tyłem i trzymali się za ręce. Golfy były czerwone. Nie pamiętam co to był za duet, zapewne już nie żyją albo przypominają mumie, mają 98 lat na przykład. Wtedy byli wiecznie młodzi. Nowoczesność to była Ameryka, a jej kwintesencję stanowił czerwony golf, krótka fryzura albo wysoko upięty koński ogon. Różne są teraz wariacje mody, projektantom powoli kończą się pomysły, w zasadzie wciąż grzebią w starych żurnalach i odgrzewają stare kotlety, ale ten golf w prostej formie jakoś nie chce powrócić. Wąskie spodnie i prosty golf są zbyt proste a teraz prostota jest passe!! „Wyglądasz jak narciarka z 19 wieku, ale w sumie dobrze” – rzekła niegdyś na mój widok Magda B – aktorka. Ubieram się prosto, stąd zapewne skojarzenie. Natomiast fakt, że narciarka może być z 19 wieku mnie zastanowił, bo przecież narty to też była w moim dzieciństwie absolutna nowoczesność.
20 grudnia 2019
Można powoli powiedzieć, że ten rok się skończył. Nic się już tutaj nie wydarzy, czy aby na pewno??? No nie wiem, bo Pan Bóg ma gdzieś daty. Wiele rzeczy cyfryzacja usprawnia, ale dla osoby w moim wieku – czyli starej po prostu – usprawnienia są przekleństwem. To wiek, kiedy wolisz już niczego nie usprawniać, byle dać rady temu, co jest. Ale wczoraj miło mnie zaskoczył mój telefon z nawigacją. Jazda na tzw google jest prosta i nawet mówią ci, że stoisz w korku, kiedy stoisz w korku. Mówią to do słuchawki, którą mam zamontowaną, gasną i milkną kiedy odbieram połączenie, zapalają się z powrotem jak skończę gadać.
Dzisiaj zabrali śmieci. Dawniej takie ilości śmieci mogły się zebrać po remoncie albo przeprowadzce. Każda pierdoła jest zapakowana z niesamowitym rozmachem, jakby to był prezent dla króla. Te opakowania natychmiast kończą w kubłach, nikt dzisiaj nie zbiera ani słoików z kolorową nakrętką, ani kolorowych reklamówek. Coś tam próbują ludzi namówić na kupowanie wielorazowych toreb z płótna, ale kto, wypadając z domu jakby się paliło, będzie pamiętał o płóciennym worku??
Czy starzy ludzie są po to, żeby wyłapywać absurdy nowoczesności? Każde stare pokolenie jest po to. Każda nowoczesność jest jednym wielkim absurdem. Jest ściemą, że oto usprawniliśmy nasze życie a w istocie mamy kolejny poroniony pomysł na tracenie czasu i szarpanie nerwów. I co było złego w lampach naftowych, szarej godzinie, maśle trzymanym w zimnej wodzie, czy bardziej ludzie byli zatyrani czy mniej? Odpowiedź jest prosta, tak samo, tylko w innych dekoracjach. Cieszyłam się na tę moją starość, tymczasem się okazuje, że nigdy przedtem nie byłam bardziej zajęta. Odpoczynek w grobie wydaje mi sensowną perspektywą.
Wszystkiego jest za dużo, w moim przypadku o wiele za dużo jest bezdomnych psów. Za dużo jest życia, z którym nie ma co zrobić, czy karp albo świnia wolą istnieć smutnym istnieniem, czy woleliby się nie urodzić? Ojciec mówił, że karpie powinny się cieszyć, że nie wymrą, jako gatunek, ponieważ są dobre na wigilię. Klasyczne stanowisko biologa, który wie wszystko o karpiu, ale nigdy go nie zapytał o zdanie.
Ach, zakupy świąteczne, nie robiłam ich w kapitalistycznej Polsce, bo jak tylko Polska stała się kapitalistyczna wylądowałam na głuchej wsi. Jedynym przejawem kapitalizmu był w owym czasie mój kochanek biznesmen.
W nocy śniła mi się powódź, klasyczne podtopienie. Cały dom pływał w zimnej wodzie, tak czystej, że dopiero chlupot ją zdradzał. Rozpaczliwie probowałam zadzwonić do Tomka. Wołałam go głośno przez sen, jak zawsze miałam problem z odnalezieniem numeru w telefonie, istnienie mojego męża Tomka było strasznie ważne w tej chwili. To, że mogłam do niego zadzwonić i on musiałby się tym wszystkim zamartwiać, wydawało się jedynym wyjściem. Pomyślałam głupio, że nie jestem sama. A przecież zawsze byłam sama! Zawsze wiedziałam, że jeśli sama sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże. Chociaż Tomek rzeczywiście potrafił naprawić kran, może dlatego sobie ubzdurałam, że mnie uratuje z powodzi.
22 grudnia 2019
Od lat nie urządzałam świąt a tu nagle masz babo placek. Jakoś mnie to kręci, stąd wniosek, że mnie Bóg zupełnie nie opuścił, bo nie kazałby mi świąt robić z bólem w dupie. Jakaś marniutka pojedyncza wizja na ten temat się pojawiła – czajnik elektryczny w świąteczne wzorki. Te wzorki to była wycinanka, a wycinanka to dziurki a dziurki to nic innego jak mikro tunele czasoprzestrzenne, którymi do mnie dotrą sygnały z czwartego wymiaru. Boski żarcik na otarcie łez. Huhu – ha, zima zła, głównie też dlatego, że jej nie ma. Nawet zimy już nie ma w moim życiu, jest zwyczajność. Każdy mistyk tak kończy, obawiam się, że każdy. Poznasz mistyka, po tym, że utyka. Czytam listy Matki Teresy i wiem, co przeżywała. Jakże ja to wiem. Ją też rozbawił i porzucił. Kiedyś się z nim chodziło pod rękę, za rękę, ręka w rękę – z przeświadczeniem, że tak będzie zawsze. Że łatwo być wybrańcem i płynąć metr nad ziemią. Strachu przed śmiercią żadnego, kosmos w głowie, światło w oczach, wielka jedność, której jesteśmy odłamkiem, ale jakże istotnym. Absolut jak perski dywan pod stopami a nad głową aureola prawdy. Tak kurwa było, zanim się nie skończyło pięć stóp pod ziemią. U mnie lot się obniżał, obniżał niepostrzeżenie, perfidnie, żebym straciła czujność. Aż ją straciłam zupełnie, wciągnięta przez życie, które jeszcze niedawno nie miało żadnego znaczenia. Żadnego! Może Chrystus też poleciał w dół, może gwałtowniej, może go ukrzyżowali w całkowitej nocy ducha, nie wiem co bardziej bolało, podłe to podwójnie. Wołał – czemuś mnie opuścił, bo go opuścił, bez dwóch zdań. Gdzie wtedy był? Znalazł sobie nową zabawkę? Nowy kwiatek? Świętego takiego czy owakiego, Franciszka, Tereskę, Faustynkę, Piotrka, Pawełka? I też ich zaraz opuścił, bez skrupułów. Zostawił samotnych, ogłupiałych, po jakichś klasztorach, misjach dobroczynnych, tonących w księgach i wątpliwościach, usiłujących po omacku spełniać jego wolę z nagłym powrotem wyrzutów sumienia, których miało już nigdy nie być. Boć to przecież miłość, a miłość ich nie zna. Pełno po świecie biedaków raz nadgryzionych, raz ukąszonych, raz wtajemniczonych, niemogących już ani wrócić do normalnego życia, ani pozostać w nim. W Nim. Kim jesteś – mną czy sobą? Kim jesteś, czym jesteś, gdzie kurwa jesteś??? Wróć, Lessie. Święta są, krusz moje serce, łam moje przekonania, top żelazo, pal mnie, przerabiaj, tylko mnie nie zostawiaj.
26.12.19
I już po świętach, co za szczęście. Fajnie było nic nie pamiętam, tylko bieg. Szalony bieg z garami. Mimo to jakoś się tam spełniłam jako matka sratka, i babcia srapcia. Jeden jest plus takiej bieganiny, że potem wracając do tego co się codziennie robi – masz wrażenie, że odpoczywasz. No więc teraz odpoczywam w okolicznościach, które jeszcze niedawno uznałabym za szczyt zapracowania.
Przypominam sobie codziennie czasy mojego porozumienia z opatrznością. Nie zawsze trwa amok. Potem każdy dzień jest właśnie tą nową codziennością, tym nowym życiem. Jestem więc sama w swojej pustelni, wypełniam misję miłości, na szczęście nie w stosunku do ludzi, tylko do zwierząt. Codziennie rano wstając do kieratu powinnam o tym pomyśleć – oto kolejny dzień zbliża mnie do przejścia na drugą stronę, do finału, o którym wtedy marzyłam. Chodziłam po Krakowie jak błędna i chciałam umrzeć, życie przestało być jakimkolwiek wyzwaniem, jakąkolwiek tajemnicą. Wtedy miałam wrażenie, że wiem wszystko. Że nie jest mi potrzebna już żadna książka, żadna lekcja, żadna wiedza. To uczucie się rozpłynęło, jak miłosne zaćmienie. Teraz patrzę na świat i jednak coś mnie dotyka, coś przejmuje, coś niepokoi. Mam tę twardą ziemię pod stopami.
Na tamtym etapie nie potrafiłam nic napisać, niczego przeżyć. Świat był odległą kulką, przezroczystą i przejrzystą, nic do oclenia – jak to mówią na lotniskach. Żadnej walizki ze sobą. Żadnego ciężaru ani żadnej emocji. To mi zostało, mało czym się przejmuję, złoszczę się co najwyżej krótko i głośno. Jestem zdecydowanie mniej podatna na emocje niż przedtem. Jestem innym człowiekiem. Ale oglądam filmy, czytam książki, piszę teksty, coś tam przeżywam, weszłam z powrotem w ciało. Weszłam z powrotem w ciało. Ale nie mam żadnych marzeń. Kompletnie żadnych marzeń.
27 grudnia 2019.
Wczoraj w nocy sięgnęłam po Alana Wattsa, świra, psychodelika od meskaliny. Opis jego wizji jest rzecz jasna pokrewny z odkryciami mistyka i każdy, kto za sobą ma tego typu przeżycia – będzie kiwał głową i uśmiechnie się pod nosem myśląc – skądś to znam. Ale mózg Wattsa otwarł się za pomocą chemii a moja dusza dzięki tak zwanej łasce. Organizm miałam czysty a wizje tak samo realne, jak Watts. Prawda uderza jak ściana wody. W nic już nie musisz wierzyć, bo wiara nie jest do niczego potrzebna, jeśli ma się pewność. Dowody na istnienie Boga są tak oczywiste, że w końcu dochodzisz do wniosku, że to jedyne pewne istnienie. A nawet – że nic poza Nim na dobrą sprawę nie istnieje. Rzeczywistość jest złudą, co najwyżej jego symbolem, jego cieniem.
28 grudnia. Allan Watts – przeczytałam do końca. Pamiętam, jak to ze mną było. Świat się odwrócił do góry nogami. Uderzenie absolutu, piękno śmierci. Dalsze życie nie ma żadnego sensu, ale nie dlatego, że spadasz w dół, tylko dlatego, że wzlatujesz. Nic tu po mnie. Niczego więcej nie osiągnę, czas, który pozostał to pusty przebieg. Ale materia niepostrzeżenie przenika do nowej rzeczywistości. Muzyka cichnie, potem dochodzą inne dźwięki, ludzie wstają, strzelają krzesłami. Wreszcie sam wstajesz z krzesła.
Wiedząc wszystko docierasz do punktu, w który znowu nie wiesz nic. Spełnienie bez przyszłości jest równoznaczne ze śmiercią. Koniec musi zawierać początek. Wieczność to życie, odradzanie się, nieustanne rozpoczynanie i tworzenie. Niewinność łatwo może się okazać okrutna, wiedza – zwodnicza. Kontakt z Bogiem jest oślepiający. Znikasz po prostu. Jesteś nim, a tutaj to oznacza bycie martwym, zostają zwłoki. Po LSD budzisz się w swoich zwłokach. Po objawieniu masz nowe, lżejsze ciało. To jest ta różnica. A podobne jest to, że tęsknisz strasznie za tym, co ci się przytrafiło. Nic już nie jest takie samo, z tym że po dragach świat wydaje się gorszy, a po objawieniu lepszy. Jednak lepszy, choć nie tak zachwycający i oczywisty, jak w krótkiej chwili zjednoczenia z własną jaźnią.
31 grudnia 2019.
W nocy straszny łomot, trzask, zawaliło się drzewo na drogę. Dobrze, że nie na mój płot. Ponury koniec roku, czy rok może się źle skończyć? Jeśli nie może, to powinni przesunąć daty. Sylwester w lutym. Gałęzie jęczą, trzeszczą, tłuką w dach kojca, mama nie może się podnieść z łóżka. Zawsze te połamane gałęzie, potrzaskane okna, nagłe podmuchy – oznaczają śmierć. To ona tak tańczy. Pamiętam śmierć ojca, śmierć Maćka, ich dusze wyraźnie się wyrywały na wolność. A oni coraz bardziej nieobecni tutaj, w tym ciasnym układzie materii. Wiatr ją próbuje trochę rozrzucić, poderwać. A przy okazji coś posprzątać. Coś lub kogoś, czyjeś zużyte ciało, jak starą kapotę. Co będę przeżywać za 20- 30 lat? Czy tak jak matka będę myśleć tylko o tym, żeby wrócić do codziennego dreptania? Czy nie podejmę żadnej refleksji, będę wypierać myśl o śmierci… Jej umysł nie wie co począć z faktem, że mógłby zostać oddany do utylizacji. Jej świadomość nie ma z nią kontaktu i daremnie prosi o głos. Znaki wysyła do mnie. Śniła mi się dzisiaj czarnowłosa, bez wieku, ale na pewno nie stara, taka, jak ją jeszcze kochałam, zanim mnie nie zajechała do spodu.
Obawiam się, że trzeba będzie Nowy Rok mocno potrząsnąć, żeby wstał i nadszedł. Nie z powodu kaca, lecz pogody. Według tradycyjnego kalendarza pierwszy dzień roku to chwila, kiedy świat zamarza, w zaspach brodzą pijane Mikołaje, kulą się do siebie zziębnięte anioły, a sympatyczne diabły stoją w kolejce po grzaniec. Na szczęście roztańczone płatki śniegu, oślepiające białe pola, trzaskający mróz i dzwoneczki sań – tworzą jedyną w swoim rodzaju terapię i już Nowy Rok mniej boli. Niestety ostatnio boli bardziej. Wiatr targa gałęziami, zamiast puchatej śnieżynki stoi w progu rozczochrana jesień. A im bardziej pada, siąpi i chlupie, tym głośniej wszyscy krzyczą „ hu ha ha.” Kupują czapki z misiem, swetry w renifery i futrzane rękawiczki. Przygotowania są z roku na rok coraz bardziej absurdalne. Prawie jak do wojny.
A przecież nie na darmo sędziwy Bóg o twarzy Dziadka Mroza zsyła na nas mokrą szarugę. Powiada- nie ma zimy, czy nikt nie zauważył?? Nie ma zimy, nie ma gwiazdki, nie ma śniegu, bo już dawno nie ma żadnych świąt! Jest tylko nakręcanie koniunktury. Choinka jest sztuczna, światełka są z castoramy, szopka z Lidla, gwiazdy ze stoiska z petardami, Matka Boska z komiksu a życzenia z facebooka. Zabieram wam zimę, kupcie sobie śnieg na allegro.
Deszcz tłucze o szyby, jakby padał poziomo. Targane huraganem okno nagle się otwarło, do pokoju wpadł lodowy podmuch. Jedyną prawdziwą postacią z noworocznej szopki wydaje się śmierć.
Pracujemy jak szaleni, ale po co? Teoretycznie po to, żeby potem już nic nie robić. A przecież nie trzeba nic robić, żeby nic nie robić!
1 stycznia 2020, co to za rok bez żadnej jedynki???? Może dobry. Jedynka to śmierć. Ale śmierć potrafi przychodzić na ratunek umierającym.
Mama coraz bardziej odleciana. Cały dzień śpi, wtłoczyłam ją siłą pod prysznic, jęczała, że nie chce się myć, jak dziecko, zupełnie jak dziecko.
Moje życie? To chyba jest to, co w pierwszej kolejności muszę „uwolnić”, czy też „odpuścić”, jak chce pan Hawkins. Ale przecież ja je już dawno złożyłam na ołtarzu opatrzności. Już się nie wtrącam prawie w swoje życie. Oddałam Bogu siebie, Maćka, dzieci, wszystkich. Psów tylko nie potrafię mu oddać, ale to się na mnie trochę mści. Chcę pomóc każdemu, nie ufam, że On to za mnie zrobi. I jestem zajechana, zarypana, nie mam życia. Więc to życie, którego nie mam chwilowo – weź sobie proszę. Możesz mi go już nie oddawać. Składam Ci je niniejszym w darze, choć to może być nietrafiony prezent. Po co komu wariatka z 50 psami? wBierz moje traumy, złości, zazdrość, miskę goryczy i różne po kątach pochowane grzeszki. Wicka już wziąłeś. Weź więc cały mój żal po nim. Sprzątnij go jak sprzątają trupa z podwórka. Bierz moje resztki ego, zdążyło się znowu nieśmiało ukorzenić, wyrwij tego chwasta i poszatkuj do kosmicznej zupy. Pal mnie jak kiedyś i przetapiaj na swoje czyste kruszce. Na srebrną łyżkę mnie przetop. Chcę tego. Zapiekłam się, zacietrzewiłam, zgorzkniałam, nie jestem już pełna zachwytu. Nie wierzę w ludzi ani w ludzkość. Gardzę wsiokami i polaczkami. Skamieniałam, zastygłam, zbetoniałam jak zrzędząca Baba Jaga. Miażdż moje serce, o to Cię w tym roku proszę bardzo zdecydowanie i po trzeźwemu.
Jest dwunasta w nocy, czas na nocny bełkot, inaczej zwany modlitwą. Dobrze, że cały dzień muszę coś robić, ruszać się, coś nosić, biegać, zamiatać, przemieszczać się po całym moim wielkim terenie plus dwa spacery, jeszcze na konia wsiadłam dzisiaj. Jazda na Wenecji jest poezją, mam Ci za co dziękować, dobry Boże. Mam cudownego konia do jazdy i nie ma zimy. Teraz coś śniegiem sypie, ale to taki śnieg jak łyżka mąki. Jest styczeń a ujeżdżalnia wciąż miękka. Mam rajskie życie tak naprawdę.
5 stycznia 2020 , jeszcze trzej królowie – polski wymysł na kolejne wolne od pracy – i czas wraca do normalnego biegu. Piękny film o Szekspirze, ten Branagh to jest geniusz, ale teraz też ta technika jest tak niemożliwie doskonała, zdjęcia przyprawiają o obłęd, żyjemy w epoce, w której film osiąga szczytową formę i jest chyba najważniejszą gałęzią kultury. Biedna literatura a malarstwo to już w ogóle …koniec ogona. Matka bliska śmierci obejrzała ten film od dechy do dechy. Fascynuje mnie jej dziwny stan. Stan obniżonej do minimum funkcji organizmu i podwyższonej wrażliwości na świat. Co będzie jak mi tu umrze? Nic, po prostu nic. Ludzie umierają w tym wieku, życzyłabym jej takiej śmierci pod telewizorem, przy filmie o Szekspirze.
Jestem tu zamknięta na zawsze jak w klasztorze, spełniły się moje marzenia. Jestem tu szczęśliwa, ale nikt na moim miejscu szczęśliwy by nie był. To pustelnia przecież. Nie byłam na chrzcie wnuczki, bo nie mogłam matki zostawiać, ale gdybym się uparła to bym pojechała. Jednakże jestem chronicznie uczulona na rodzinne spędy i zbiegowiska. Równocześnie, co mnie samą niezmiernie dziwi -noszę w sobie ochotę na jakieś tradycyjne proszone obiady. Na zupę w wazie i sernik z kawą w porcelanowych filiżankach. Klimaty jak z Fanny i Aleksander. Kupiłam całą masę starych naczyń, przeglądam talerzyki ze złoconym brzeżkiem, cukierniczki, dzbanuszki. Wigilię w przyszłym roku zrobię jeszcze piękniejszą. Zupełnie zwariowałam. Ale trzeba wyhamować ten rozpędzony pociąg szaleństwa. Trzeba zwolnić. Podnieść do ust starą filiżankę, usłyszeć jej brzęknięcie o spodeczek, zatrzymać wzrok. Posiedzieć przy stole nad talerzykiem, skosztować ciasta. To właśnie są rekwizyty stojącego czasu. Nie można tak pędzić, jakby Boga nie było ani opatrzności. Jakby wszystko zależało od ludzi. Niewiele od nich zależy, prawie nic.
6 stycznia. Trzej królowie monarchowie i co jeszcze? Gusła, bajki, dogmaty. A tyle jest książek napisanych przez ludzi, którzy wiedzą więcej. Żeby nie powiedzieć – ludzi, którzy wiedzą wszystko. Też jestem takim człowiekiem. Jest to jednak wiedza bezużyteczna, niedająca się przekazać bliźniemu, chociaż równocześnie wiedza oparta na Prawdzie.