Dziennik, a trochę sennik 2020 cd.

2 kwietnia 2020.

Piszę w głowie, moje myśli są formułowane, a nie pomyślane. Kiedy to wyda jakiś owoc, owoc żywota mojego.  Jaki, prócz dwójki moich genialnych dzieci oraz kilkuset uratowanych psich istnień – jaki jest owoc żywota mojego?

Dzień dzisiaj taki, że cały na straty. Najpierw się do mnie jak rzep przyczepiła baba z Krakowa. Są takie baby, typ bab, których nie znoszę. Baby, które się uważają za świetne, zajebiste – z cyklu „oni myślą, że są fajni”. Specyficzny rodzaj szastających się, wszechwiedzących, głupio-mądrych bab. Cechuje je brak poczucia humoru, ale one uważają się za bystre i wygadane. Ich face -booki pełne są identycznych jak one, równie świetnych koleżanek, wszystkie sobie wzajemnie basują i smarują takie niby zabawne komplementy.

 „Ty jesteś bardzo inteligentna, tak?” – pytał takich panienek mój były narzeczony intelektualista. W sumie był okropny, ale to zagranie miał zabawne.

03.04.2020

 Międzynarodowy Dzień Porażki.

Pies wrócił z nieudanej adopcji po kilku godzinach, wystałam się pod sklepem, bo wprowadzili jakiś debilny nakaz czekania, straciłam mnóstwo czasu, piździło zimnym wiatrem, koszmar. Umoczyłam po prostu. Nic się nie udało. 24 godziny po nic. Złej energii się najadłam przez głupią babę i drugą, jeszcze głupszą. Istnieje górna granica poznania, ale dolna głupoty jest bezmierna.

04.04.2020

Dziś pomalowałam, upiekłam sernik, szczeniak wyszedł z parvowirozy, zapłaciłam kilka faktur, kupiłam blender i zamierzam pić koktajle. Moja sześćdziesiątka zaczyna się odzywać w postaci zmęczenia, bólu krzyża i ogólnie coraz krótszego terminu przydatności do użycia – wieczorem jestem zupełnie przeterminowana. Taki coctail to bomba witaminowa, od razu mnie postawi na nogi. Pij, to cię postawi na nogi – mówił mój były narzeczony intelektualista, nalewając wódkę kumplowi, który właśnie wpadł pod stół. To było kolejne zabawne zagranie.

09.04.2020

No to mamy swojego własnego koronawirusa, wszystkie szczeniaki chore. Tymczasem świat wymaga ode mnie zasłaniania twarzy.. Gdzie ja to już widziałam? W Oranie? Ależ tak, tam ostatni raz chodziłam zasłonięta szalikiem. Ojciec wtedy wspominał, że, jakby nie patrzeć, przynajmniej na siebie nie kichają i mniej chorują. Pamiętam miejsce, w którym siedzieliśmy, kawiarnia pełna mężczyzn i ja, jedyna kobieta, ostrzyżona na zapałkę, żebym wyglądała jak chłopiec. Sama sobie to zrobiłam, żeby uniknąć wszelkich zaczepek. Wyglądałam gorzej niż źle. Kiedy wyszłam z łazienki pozostawiwszy na podłodze moją dotychczasową fryzurę zalałam się łzami. O co płaczesz? – dopytywał się z troską ślepy naukowiec. No jakże, obcięłam włosy do samej skóry, przypatrz się mojej głowie! Kochanie – odrzekł, ja nie widzę kompletnie żadnej różnicy.

To jest właśnie cena intelektu.

10 kwietnia, pamiętny 10 kwietnia 2010. Miesiąc przed śmiercią. Przeżywaliśmy Smoleńsk. Miałam mieć wernisaż w Kielcach. Moje wernisaże często przyciągały jakieś światowe tragedie, na przykład w czasie wernisażu w Hucie strzelali do papieża. W obu przypadkach nie ukrywałam wkurwienia. Po tym kieleckim, który się nie odbył, Maćkowi został miesiąc życia. Gdzie jest teraz? Ciągle nie wiem, co się z nim dalej stało.

Sen o ślubie, ale koniec końców nie wiem z kim ten cały ślub. Śnił mi się także mój przesympatyczny pierwszy teść. Siał postrach, ale ludzie spoza rodziny go uwielbiali, ja byłam spoza rodziny. Niedawno umarł. Cieszyłam się na ślub, na to, że będę już miała odhaczone. Czułam się tak dobrze, tak bezpiecznie, tak ziemsko. I nagle na ścianie zobaczyłam portret Godfreya, a więc to miał być on? Pan młody? Te uczucia takie podobne. Po jakimś czasie nie ma już żadnego znaczenia, z kim się zostaje. Gdzie w tym wszystkim jest Maciek? No cóż, niewątpliwie niezły bałagan się szykuje po drugiej stronie tęczy. A teraz przynajmniej zostałam sama. Sama sobie się nie pomylę.

Tymczasem dożyłam niezwykłej wprost zmiany życia na naszym globie. Mam wyjebane na epidemię, ale patrzę z zachwytem na opustoszałą planetę. Ludzi po prostu wymiotło. Z ulic, z pociągów, samolotów i autostrad. Ze sklepów, knajp, klubów, rynków, hoteli, okrętów, kin, stadionów, widowni. Wszystko widać jak na dłoni, można się przyjrzeć całej cywilizacji jakby była makietą w muzeum. Taka okazja już się nie trafi.

Każdy ma swoją pandemię. Melodia bardzo chora, nie wiem, czy dotrwa do jutra. Następna kroplówka rano, teraz musi przeżyć dwanaście godzin, żeby przeżyć w ogóle. Ale jeśli mam być tym, kim wydaje mi się, że jestem – muszę się pogodzić z każdym zakończeniem.

Ilość złych doświadczeń czyni ze mnie koniec końców życiową kalekę, właśnie kalekę, nie znawcę. Uczenie się na błędach nie jest żadną nauką. Trzeba się uczyć, jak je usunąć z pamięci, jak je rozmontować. W drugą stronę też to działa, należy zachować spokój. Nie napalać się, nie ułatwiać życiu niczego, życie sobie poradzi.

Muszę wiedzieć, że nie opanuję wszystkiego, bo jeśli ja opanuję wszystko – wszystko opanuje mnie. Nie wtrącając się w moje życie dam jemu i sobie możliwości, które ożywią skostniałe sposoby działania. Tylko wtedy życie można nazwać życiem.

15 kwietnia 2020.

Melodia przeżyła, już wiem, że wyzdrowieje. Za to zginęła Greta. Nie może być nudno. Boże, nie każ mi rozliczać zaginięcia jednej wyzdrowieniem drugiej, bo umrę ze śmiechu.  

Wróciła rzecz jasna. Zmaterializowała się nagle po przerwie w transmisji danych. Greta tak ma.

Nie tylko Melodia wyzdrowiała. Wszystkie szczeniaki też. Czym sobie zasłużyliśmy? Niczym, po prostu Pan Bóg teraz wycelował w ludzi.  Co jest kurwa! – zakrzyknął i zrzucił niewidzialną bombę. Żeby było wiadomo, że to ten – przepowiedziany przez wszystkie święte księgi ponury kosiarz – oznaczył go koroną. I skończyły się jarmarki. Won do domu! Siad płaski. Ogarnijcie się, to prawie jak -przebudźcie się, była kiedyś taka gazetka. Kiedyś było dużo gazetek. Podziemnych i właśnie tych o przebudzeniu. Ale nikt się tak szybko nie przebudził jak ludzkość z korona -wirusem.

22 kwietnia 2020

Nie piszę nic, nie rysuję nic, żyję jak robot. Nie jestem robotem? Ależ jestem. Co więcej – godzę się nim być. Życie się powtarza, codziennie się powtarza. Dni się zlewają. Podobne do siebie, przyjemne, dobre, nikt ich za mnie nie przeżyje. Od czasu do czasu padam i śpię. Ale za chwilę już wstaję i podejmuję czynności przewidziane harmonogramem.. Karmienie,zmywanie, zaległe umowy, nowe zbiórki, maile czekające na odpowiedź. Maile są super, najgorzej jest uruchomić messengera, jest jak grad pocisków. Odpowiadam,odpowiadam, odpowiadam a na koniec i tak pozostawiam bez odpowiedzi. Spierdalam w szybkich podskokach nie oglądając się za siebie.

Rano myślę – co dzisiaj mamy? I za cholerę nie wiem co mamy. Jak to co, to samo co wczoraj. Nie ma znaczenia czy to wtorek, czy piątek, czy kwiecień, czy maj, czy 20, czy 21.

Zgubiłam szare okulary. Oto różnica między wczoraj a dziś. Dziś nie ma okularów, wczoraj były. Wytęż wzrok i znajdź szczegół, którym się różni wczoraj od dziś. Bez okularów nie znajdę. A jeśli nawet znajdę bez okularów – różnica zniknie.

25 kwietnia 2020

Czwarty dzień od zaginięcia okularów. Poza tym żadnej różnicy. Zawsze chciałam tak żyć, monotonia jest podstawowym warunkiem egzystencji mnicha. Wstaje o świcie i pogrążony w modlitwie karmi coś – na przykład szczeniaki w siodlarni. Modląc się poprzez samo to, że się poddaje – mnich, czyli ja – sprząta kupy, wynosi popiół, zapala w piecu. Na tym się kończy mnisi żywot. Wystarczy spojrzeć w telefon a tam aż kipi od wiadomości. Klasztor zamienia się w korporację.

26 kwietnia 2020.

Dzisiaj oddaję ostatniego szczeniaka, może uda mi się wyczyścić konie. Prawie nic nie piszę, nie potrafię się skupić. Muszę zacząć czytać. Właśnie dziś zaczęłam. To jeszcze nie jest ta starość, o której myślałam kiedyś, dawno temu, wkręcona w życie po kokardę. Moje ciało ładnie się obkurcza, jestem drobna, coraz drobniejsza. Nie mam wola pod brodą, nie mam obwisłych policzków po botoksie, nawet nie wiem do końca co to jest ten botoks. Jakiś glut? Rodzaj waty, a może pakułów? Mam brzydki, pocięty brzuch po trzech operacjach, których plastycznymi nazwać niestety nie można, ale nie dam się wypchać jak niedźwiedź z Pięciu Stawów, który mnie zawsze straszył w Zakładzie Zoologii Systematycznej i Doświadczalnej, kiedy chodziłam sikać do muzeum. Wyłaniał się zza zakrętu brązowy i zesztywniały. Mój brzuch, moje blizny, moje dzieci. Czuję, jak mnie żłobi wiek. Zwiotczałam, jestem coraz bardziej bezwładna, paradoksalnie to właśnie pozwala mi teraz na prawidłową jazdę. Mój kręgosłup już się nie broni przed końskim grzbietem, jestem jak ciasto, a taki właśnie ma być jeździec. Przy samym wsiadaniu czuję ulgę, że oto nareszcie usiadłam. Identyczną, jak opadanie w fotel. Najważniejsze, że już nic nie muszę. Koń mnie kołysze jakbym była dzieckiem niesionym przez ojca „na barana”. Podobne to było uczucie. Bardzo wysoko, bardzo bezpiecznie, całkowicie luźno.

Czy kiedykolwiek moja przemożna chęć pisania wyda owoce? Jest dziewiąta, siedzę na górze w fotelu a przede mną widok cudny. Fuks i Henna przytuleni śpią na łóżku naprzeciwko. Każde moje poruszenie – odgarnięcie włosów, sięgnięcie po kubek z kawą – sprawia, że otwierają oczy. Każde szczeknięcie na dole i już podnoszą głowy. Gdybym wstała sięgając po telefon, żeby im cyknąć fotkę – wstałyby ze mną. Te moje dajmoniony, mam ich siedemnaście. Potem one idą gdzieś dalej w życie, poddają się komuś innemu, oby był z nimi tak silnie złączony. Teraz są manifestacją mojej duszy. Częścią mojego ekosystemu. Żyję z nimi w doskonałej symbiozie.

Nic dziwnego, że moje intelektualne sfery życia zelżały pod czaszką. Prostota, przejrzystość, otwartość – oto cechy psów. Nie kłamią, niczego nie udają, nie kombinują, nie zadają pytań. Są złączone z naturą, dopasowane do jej doskonałości. To jest właściwa droga do Stwórcy – prosta, szeroka, oczywista. Człowiek próbuje się jakoś spionować, żyć ową teraźniejszą chwilą, wywalić z siebie trujące złogi wspomnień, złych doświadczeń, uniknąć przewidywań i kalkulacji, by zachować pierwotną czujność. Im takie rzeczy do głowy by nawet nie przyszły. Biegną przed siebie, cóż z tego, że biegną ku śmierci, wszyscy tam pędzimy od dnia narodzin, ale one wypełniają z radością swój czas, ich szczęście to smaki, zapachy, tropy, sen, woda, słońce, polowanie, sprawiedliwość, wolność i ruch. Stworzenia Boże w czystej formie. Ich obecność sprawia, że stałam się babą z wiadrem, babą z grabiami, babą jagą. A jednocześnie cały ten dom jest bliżej nieba niż cokolwiek innego na świecie.

27.04.20

 Nareszcie wyczyściłam Szaklanę. Istnienie w mojej stajni Szaklany jest całkowicie nieopłacalne. Dodatkowo nie mogę na nią wsiadać, bo nikt nigdy na nią nie wsiadał, służyła do rodzenia. Jej grzbiet jest zapadnięty od noszenia brzucha, wygląda z daleka jak ogromna, siodłata gęś . Ściągnęłam zgrzebłem  sporą warstwę martwego włosa z ziemią, bo tarzała się namiętnie przez ostatni tydzień wzbijając tumany czarnego kurzu. Grzywę miała splątaną, ogon brudny i posklejany, na tylnych nogach ciemne ślady rui, którą odbywała tutaj kwicząc i rżąc nieustannie w nadziei na zapłodnienie. Zero wstydu. Teraz Szaklana stała na dwóch uwiązach a ja sczesywałam z niej brud podróży i suszy. Padok jest czarny i wyschnięty jak kopalniana hałda. Nareszcie spod warstwy kurzu wyjrzała biała szata. Ależ piękna klacz! Wyczyściłam jej kopyta i wysmarowałam tłuszczem, grzywę przycięłam równiutko jak Vidal Sasoon. Wyglądała zjawiskowo. Ja gorzej, jak smarowóz. Na ziemi tony sierści zmieszanej z kurzem i zeschniętym gnojem z kopyt. Laleczka. Odprowadziłam ją do boksu i pomknęłam ogarniać wszystko co było naprawdę ważne -rachunki, zbiórki, posty, maile. Ale wieczorem, zasypiając – po raz pierwszy od wielu dni poczułam, że zrobiłam coś naprawdę dobrego i pożytecznego. Zastanawiające odkrycie.

28.kwietnia 2020

Brak zimy w tym roku. Jakby ktoś wyrwał kartki z kalendarza. Odczuwam ten brak, jak żołnierz pozbawiony wojny. Człowiek się sprawdza w starciu z zimą, wiosna nie powinna przychodzić bez walki. Tekturowy świat – oto, do czego prowadzi brak śniegu. Na śniegu tektura wilgnie, dlatego domy muszą być zbudowane z czegoś mocniejszego. Teraz nie muszą.

Jarzmo wolności nas dopada. Czy człowiek to uniesie? Znikają wszelkie koleiny, których należało się trzymać, żeby nas nie zniosło na pobocze. Bez zimy, bez roztopów, bez błotnistych, rozjeżdżonych dróg stukamy po asfalcie wypolerowanym butem. Ziemia jest płaska. Źle się z tym czuję.  Moja tęsknota za śniegiem to już prawie dolegliwość. Choruję na to. Trzymam w pamięci całość wrażeń, które tworzą smak i zapach prawdziwego życia. Śnieżne czapy na sosnach, zimny śnieg wpadający do butów przez szczeliny niedociśniętych sznurówek, wilgotność kosmatej rękawiczki włożonej do ust, by zagrzać palce. Płatki śniegu na rzęsach jak ogromne, białe talerze. Zmarzlina w nosie. Tępy odgłos kroków, które robią pierwszy ślad przed domem. Szarpanina z drzwiami, które nie puszczają, bo zasypało. Lodowaty podmuch prosto w twarz, kiedy się nareszcie uda je otworzyć. Słońce, które nie grzeje, ale potrafi oślepiać. Kąty okien zawiane białym puchem. Lepkie kule lodowe na psiej sierści po powrocie ze spaceru. Skarpety nad piecem i czerwone stopy odzyskujące czucie. Upadanie w zaspy. Nareszcie mlaskająca odwilż, wszechobecne błocko i ta ilość wody w powietrzu, w drzewach, w butach, życie, które tę wodę tak zachłannie pije, by móc się nareszcie zazielenić. Woda dudni w potokach i rowach, spływa drogami, śnieg robi się czarny. Odkrywam żwir i popiół za furtką. Za tym brudem wiosennym, odwilżą, powrotem z wojny – tak bardzo tęsknię dobry Boże.

Pamiętam moje przerażenie podczas wakacji we Włoszech, jedynych w moim życiu wakacji w południowym kraju. Wyschnięta, spalona kraina. Nie chcę, by to do nas doszło. Bez zimy nigdy nie umrę, nie powstanę wiosną z martwych, zostanę tekturowym człowiekiem w butach o suchej podeszwie.  29.kwietnia 2020

Ostatnie dwadzieścia minut i start! Bieg czerwonej królowej. Miał być deszcz, a wyszło jak zwykle. Upał, kurz, niebieskie niebo, które jest tak rażąco nagie, tak blisko, tak kompletnie nas nie osłania. Wychodzę przed chatę prosto w ten bezmierny kosmos.

Boże, wymyśl coś szybko, zasłoń nas choćby własnym prześcieradłem, na pewno jest duże.

30 kwietnia 2020.

Odchodzi ostatnie pokolenie brudnych, krakowskich inteligentów. Niedosprzątane domy pełne książek jak kryjówki ginącego gatunku skrzatów. Już żadnych skrzatów na Boga! Mamy ledowe oświetlenie a skrzaty w nim ślepną. Więc lepiej niech dożyją w swoich ciemnych norkach pełnych obrazów i książek, zadymione, trochę niedomyte, ubrane w to samo, co zawsze  nieokreślone ubranie, jakby ich młodość nie minęła.

Starość to jedno wielkie zaskoczenie. Człowiek nie może uwierzyć we własną twarz ani w twarze innych. Stara Jane Fonda, stary Olbrychski, starzy wszyscy ci, którzy zawsze byli młodzi. Pilch nad grobem, Stuhr nad grobem, 56 letni Brad Pitt, pomarszczony Redford. Wczorajsza młodzież. Nasi nauczyciele z podstawówki mieliby dzisiaj po 100 lat. Odeszli wielcy mistrzowie, wymiotło wszystkich. Nasi rodzice są pradziadkami albo ich nie ma, zupełnie zniknęli. Nasze zdjęcia z młodości jak z lamusa. Nasze daty urodzenia sprzed wieku. Rok 2000 był 20 lat temu, miałam wtedy 42 lata i myślałam, że to dużo. Moi piękni narzeczeni odlecieli w kosmos.  Moje dzieci po trzydziestce. Stało się. Dokonało się. Coś, czego nie byłam w stanie sobie wyobrazić – nagle jest. Starość. Moja i wielu innych. Co nas tak nagle zmieniło, zniekształciło, zmięło? Jakim sposobem? Nikt tej chwili nie złapał na gorącym uczynku. Nikt nie dostrzegł, kiedy kwiatek w wazonie zmienił się w zeschły, gnijący kikut. Nie opadł nagle podczas kolacji, wszyscy przecież siedzieliśmy przy stole. Więc w nocy? Co to musiała być za noc okropna, noc nieodwracalna. Życia nie dotkniesz. Czasu nie zobaczysz. Tylko pojedyncze klisze z wielkiego hologramu wszechświata. Jestem równocześnie młoda i stara, oba stany współistnieją, czuję to w duszy, bo duszę mam jedną. Nic w mojej duszy nie przeminęło, starość jest faktem, bo nagle ją zauważyłam. Trzeba było nie patrzeć! Za chwilę w ogóle nie będzie na co patrzeć, bo przeminę. W lustrze się nie odbiję, ale duszę zachowam w całości. Po śmierci przestanę być stara. Kadry się połączą i nareszcie się dowiem, kim jestem.

Czy ktoś następny, ktoś po mnie będzie tak związany emocjonalnie i duchowo z psem, który myśli, że jest mój, że już tutaj zostanie? Tymczasem to jest naprawdę głęboka więź, bo nie ma w niej słów, a słowa kłamią. Więź bez słów jest idealna i dlatego trudna do przerwania. A jednak muszę ją przerwać i zaufać obcemu człowiekowi, który nagle przyjeżdża po psa i zabiera go do siebie. Na nic się zdają wizyty kontrolne, ankiety, całe to sito, przez które przypuszczamy biednych ludzi, zanim się łaskawie zgodzimy na adopcję. Na nic się zdają, bo przecież ostatecznie muszę im zaufać właśnie jak pies. Psu idzie to zdecydowanie lepiej, niż mnie. Ogólnie zwała, nikomu nie życzę takiego spełnienia marzeń. 

To już zdaje się Jezus uczył, żebyśmy w innych widzieli braci i żebyśmy wierzyli nie tylko we własne możliwości, lecz także cudze, innymi słowy – żebyśmy potrafili docenić bliźniego, jak siebie samego. Jezus uczył, teraz psy mnie uczą, a ja dalej tępa.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.