18 sierpnia 2018
Wrócił lęk przed sprawą o długi. Taki sam miałam przed sprawą o spadek. Taki sam miałam lata temu przed komornikiem. Jak każde dziecko komuny boję się urzędów, sądów, papierów, pism, kar, egzekucji, windykacji. Bycie petentem jest synonimem piekła.
A przecież nic złego nie zrobiłam. Zbankrutowałam, ale jeszcze nie poległam. Kolejny raz zostałam bez grosza. Kolejny raz chcą mnie rozszarpać. Nie czuję nienawiści, po prostu nic nie czuję. Jestem jak szeryf Nottingham w chwili, kiedy po raz enty zwycięski i dobry Robin Hood wyskakuje jak diabeł z pudełka, żeby mu udaremnić seks z Marion. Jestem znużona.
20 sierpnia 2018.
Uwielbiam filmy, w których bohaterowie podnoszą z ruiny jakieś stare domy i życie znów zakwita na dawnych zgliszczach. Z lubością patrzę na aktorów z grabiami, kosą i miotłą. Na pasące się owce i konie, na dojrzewające zboża i owoce. Na te awantury, kiedy on wyjeżdża konno a ona się bierze do roboty. Od razu mam ochotę na jedno i drugie. Miałam taki dom, mam kolejny. Mniejszy. Następny będzie jeszcze mniejszy a ostatni osiągnie rozmiar psiej budy.
21.sierpnia 2019
Natura jest hojna i rozrzutna. W tym roku można to zobaczyć na przykładzie urodzaju. Wszędzie dookoła setki tysięcy dojrzałych, niezebranych jabłek. Jabłonie nie są w stanie udźwignąć ciężaru własnych owoców. Łamią się gałęzie, całe drzewa upadają na ziemię. Każde z tych jabłek jest smaczne, kruche, słodkie, soczyste i czerwone. Razem są tylko stosem śmiecia wabiącego owady. Każdy pies w schronisku jest inteligentny, zjawiskowy, pełen emocji, pomysłów na życie i zabawę. Jeden lubi wodę, drugi piłki, trzeci truskawki. Razem są tylko szarym, brudnym, śmierdzącym stadem identycznych kundli. Uwaga jest jak światło – wybiera pojedynczy element i odkrywa, że jest wyjątkowy, dobry, wspaniały. Uwaga jest równoznaczna z ocaleniem. Każde odkrycie dokonane dzięki uwadze tworzy odrębną wartość. Pojedyncze owoce, zwierzęta, domy, książki, obrazy. A my istniejemy tylko dzięki łaskawej uwadze Stwórcy.
Pytanie kim jest Stwórca i czy rzeczywiście widzi wszystkich? Jeśli widzi wszystkich, wracamy do punktu wyjścia. Więc jednak nie widzi.
Na początku był chaos. Aż dobry Bóg podniósł z ziemi jabłko. Dobre jest – powiedział. Najwyraźniej dzieło stworzenia pozostawił niedokończone, o czym świadczą leżące na ziemi stosy jabłek niezebranych.
22 sierpnia 2018
Czasem w lustrze z przerażeniem widzę moją zwiotczałą skórę, mój brzuch pocięty, brzydki, odrażający z opadającą fałdą utworzoną z poprzecznie zszytych mięśni, piersi wyciągnięte przez dzieci, Venus z Villendorf. Życie jest poza ciałem, skoro jedno piękne i opalone nagle umiera a drugie brzydkie i zdeformowane wciąż żyje. Życie skacze z kwiatka na kwiatek, albo raczej z kwiatka na ziemniaka kostropatego. Na oset. Na lwa. Na mysz i kreta. Życie nie boi się śmierci.
Upał. Upał w połączeniu z menopauzą jest nie do zniesienia. Wybuchy gorąca przy temperaturze 30 stopni. Jakie to perfidne ze strony natury. Spływam śmierdzącym potem w pachwinach, w zakamarkach ciała, pod nosem, na szyi, pod łopatkami. Rozbieram się, wachluję, obsiadają mnie muchy, włączam rozdygotany wiatraczek i już za chwilę trzęsę się z zimna… Okrywam się ciepłym szlafrokiem, zamarzam biegnąc po niego do łazienki. Jak ty musiałeś nienawidzić kobiet, ty sztruksowy pedale, że nas tak wymyśliłeś – na wieczną mękę.
Jeśli czas jest większą całością i zagina się czasoprzestrzeń tworząc mosty pomiędzy epokami może się urodzę sto lat wcześniej? Czy wtedy zmienię bieg historii samym swoim istnieniem? Efekt motyla o wadze 55 kg? Spał taki – ogromny, kolorowy, złożony równo na pół pomiędzy czarnymi ciuchami. Kiedy wyjęłam z szafy spodnie – nagle się obudził. Rozłożył skrzydła i wyfrunął pozostawiając mnie samą sto lat później.
W dawnych epokach, które mnie tak urzekają strojem, estetyką, kolorem, nienaruszoną naturą rzeczy- odnajduję piękno, ale i grozę. Bezpieczeństwo to współczesność. Akurat – powiedział Pan Bóg i wskazał na broń atomową. Dopóki piasek jest w stanie wchłonąć krew – dopóty czasy są do ogarnięcia. Zegar tyka, co może wkurwiać, ale żyjemy, dopóki się wskazówka nie stopi.
Ostatni tydzień sierpnia, koniec pierdolonego lata.
Moja książka utknęła w martwym punkcie, przyjeżdża matka z ręką po operacji, okazało się, że szczęśliwa to ja już byłam.
Straszne, jak bardzo czasami czuję się pusta w środku, wypruta z pomysłów, zablokowana, zła, samolubna, pierdolnięta. Pewnym pocieszeniem okazała się lektura życiorysu Van Gogha. I znów pojawia się pytanie – co z tego wszystkiego – z tego, co się stało z jego malarstwem po tragicznej śmierci – miał on sam – Vincent. Co z tym pośmiertnym sukcesem, jaka to nagroda za posrane, poszarpane, umęczone życie?
Jakiekolwiek kontakty z ludźmi są dla mnie torturą.
Oglądam seriale amerykańskie, między innymi The Affair. O miłości w wydaniu poniżej pasa. Całe życie goni się za emocjami związanymi z seksem. Bo seks najszybciej się nudzi i trzeba go rozpalać od nowa. Morderstwa, wypadki, zbrodnie, choroby, zdrady i wszelkiego rodzaju nieszczęścia skutecznie podsycają płomień wewnętrzny. Kocham cię- to najczęściej powtarzane zdanie, kiedy wszyscy nawzajem straszliwie się krzywdzą.
11 września 2018
Jestem złodziejem czasu. Boksy sprzątam jak maszyna. Dostałam mięśni, zamiast mięśniaków, jak kobiety w moim wieku. Mam siłę słonia. To chyba było jednak zaplanowane przez opatrzność, te dwanaście taczek gnoju z rana. Plus schody, bo przeniosłam się ze wszystkim na górę, żeby się trochę odgrodzić od matki, chociaż teraz ona już jest nieszkodliwym dzieckiem. Lew i wąż z niej wyparował. Na wszelki wypadek jednak ona zostaje na dole, a ja na górze, jak Paweł i Gaweł.
14 września 2018
Mama prawie nie je, większość dnia przesypia, ma zwidy, niedosłyszy, wszystko jej się miesza we łbie, ale w niedzielę jedzie do Krakowa i zamierza „normalnie funkcjonować”. Rodzina nie do zdarcia.
Śnił mi się Maciek, Maciek w czarno białym telewizorze. Był stary, nie zdążył się tak zestarzeć w rzeczywistości. Wysoki, ale przygięty przez chorobę, twarz bardzo zmieniona, siwa broda. Mówił chrapliwie, poważnie, zapewne mądrze, ale nie wnikałam w słowa. Czyli jednak żyje – pomyślałam i znowu postanowiłam go odnaleźć, kiedy będę w Warszawie. Dalej żyje, nieliczni o tym wiedzą, nie widujemy się już, bo między nami skończone, nas śmierć rozdzieliła, ale przecież ja wiem, że nie ma śmierci! To uczucie, że nie ma śmierci jest niezwykle silne i uporczywie powraca w snach. Jak w ogóle mogłam pomyśleć, że umarł!
W tym samym czarno – białym śnie zobaczyłam zegar ze wskazówkami, które świeciły na zielono.
Potem wszystko zniknęło, stanęłam przed ścianą, śniło mi się, że biję w ścianę, uderzam w nią pięściami wołając sama do siebie- tak! Wal w ścianę, wal mocno w ścianę! I w ścianie znalazłam biały kran.
25.09.2018
Wyjątkowo paskudny rok, pogoda też była paskudna, chociaż większość ludzi uznałaby ją za piękną. Możliwe, że największe sukcesy w życiu mam już za sobą. Życie mnie depcze i obrabia bym nareszcie przestała utożsamiać sukces z pieniędzmi, uwolniła się z żądzy posiadania, a duszę uwolniła z materii. Może dlatego po warszawskiej imprezie fundacyjnej poczułam absolutny i ostateczny sprzeciw wobec kolejnej próby zdobycia popularności, nie jako artysta tym razem, ale filantrop. Mało nie zwymiotowałam uwodząc skądinąd sympatycznych, pojedynczych celebrytów przywleczonych tutaj siłą za sprawą niezmordowanego Krzyśka. Lał deszcz, wokół pełno było „słoików” z dziećmi i buldożków w różowych szelkach. Porażka. W takiej chwili nie chcę, żeby o nas usłyszeli. Żeby o nas usłyszał ktokolwiek. Nie chcę już Warszawki. Kiedyś chciałam. Kiedy byłam z Maćkiem – trochę chciałam. Pokazano mi ciastko i zabrano. Usiłowałam jakoś to ciastko odzyskać lub choćby pozyskać na rzecz fundacji. A to za pomocą wystaw, a to festiwalu filmów, a to fundacyjnych imprez. Ale teraz naprawdę mam dosyć. Może dlatego, że waga dramatów, z którymi mam do czynienia jest tak nieadekwatna do blichtru. A i tak nigdy nie jest się wystarczająco docenionym i oświetlonym, nigdy wystarczająco zrozumianym. Osobliwe uzależnienie. To już wolę normalne, tradycyjne narkotyki.
W moich snach dominuje biel i krew. Krople krwi na szyi białego konia.
Doświadczanie głębszych stanów świadomości prowadzi do swoistego zobojętnienia. Odkąd świat stanął na głowie przestałam marzyć, przestałam się wszystkim przejmować, w tradycyjnym rozumieniu przestałam kochać i nienawidzić. Żadne wielkie wydarzenie nie było wielkie a moją reakcją był brak reakcji. Nie miałam ani przyjaciół, ani wrogów. Prawie nie rozmawiałam z ludźmi. Mogłam wyglądać na obłąkaną, dlatego właśnie unikałam wszelkich kontaktów. Dzieci patrzyły na siebie porozumiewawczo – matce znowu coś dziwnego chodzi po głowie. Ze swojej strony miałam wrażenie wręcz odwrotne. Obłąkani byli wszyscy dookoła. Przypominali poparzone ćmy latające wokół lampy, która zamiast oświetlać drogę – przypala im skrzydła. Klasyczna sytuacja wariata, któremu się wydaje, że jest jedynym normalnym, chociaż nie potrafi tego w żaden sposób udowodnić.
Potem życie się skomplikowało. Chciałam być dobra dla każdego bez wyjątku, każdej prośbie usiłowałam zadośćuczynić. Każdemu psu ratowałam życie. Teraz mam proces o długi w hotelach, które tak bardzo kochają psy, ale niewypłacalność wdowy po celebrycie ich rozwścieczyła. Sprawy sądowe są czymś absolutnie sprzecznym z moją naturą, bo rozumiem doskonale drugą stronę, rozumiem swoich „wrogów”. Nie chcę się kłócić, rozpaczliwie unikam kłótni. Natychmiast przerywam rozmowę, a ludzie myślą, że się wściekłam. Przeciwnie. Kłótnia ma dla mnie zerową wartość, jest straszliwym marnotrawstwem energii, dlatego odkładam słuchawkę. Jednak w stosunku do zwierząt nie ma prawa, którego bym nie złamała, nie ma ryzyka finansowego, którego bym nie podjęła. Osobliwa brawura, zważywszy reguły rządzące światem.
Uderzam w ścianę. Znajduję biały kran. Poddaję się, kompletnie się poddaję. Następny sen to białe filtry. Ja się zawsze wolę poddać niż bić. Chociaż z zewnątrz to tak nie wygląda, ale nic z zewnątrz nie wygląda na takie, jakie jest.
Sprawa z filtrem mnie nurtuje. W książce o wyższych stanach świadomości istnienie w mózgu „filtra” jest warunkiem funkcjonowania, „abym zaś nie oszalał”. Z drugiej strony taki mocny filtr gwarantuje odcięcie od prawdy, robi z nas polityków albo biznesmenów. Czyli ludzi normalnie funkcjonujących w społeczeństwie. Ale ja chyba nie chcę normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Chcę wrócić do siebie. Nie chcę filtra. Mówcie mi, jak kiedyś, do ucha – o jedności wszechświata i o tym, że śmierć nie istnieje. Nie chcę ściany z filtrem.
Nie ogarniam elektroniki, nieustannych aplikacji, haseł, pinów i loginów. Nie ogarniam ilości gnoju w boksach codziennie rano. Papierów do wysłania, umów do wypełnienia, rozpraw sądowych do przebycia. Much pomiędzy oknami, szczurów w owsie, dzików zrywających taśmy na pastwisku. Nie ogarniam rozpoczętego gwaszu i nieoprawionego portretu na przyszły tydzień. Bolą mnie nogi, nabrzmiewają żyły, ciąży łeb wieczorem. W nocy drętwieją mi palce, zwłaszcza lewej ręki, mam zardzewiałe przeguby, kiedy zsiadam z konia muszę chować ramię, bo zbyt szerokie ruchy powodują uczucie wykręcenia stawu. Ale najgorsze ze wszystkiego są te nie otwierające się strony, wieszające się komputery i walka z technologią.
Znacznie schudłam, przynajmniej tyle, że w wieku 60 lat przypominam jeszcze człowieka, nie beczkę. W zasadzie dobrze się czuję. Żylak od razu odpuścił na wieść o terminie badania u żylakologa.
Śniły mi się dzieci, nasze porzucone dzieci, coś chciałam Tomkowi prawić we śnie, ale on skostniał, to nie moja wina, że wszyscy wokół kostnieją. Książka mi idzie jak krew z nosa. Ale krew z nosa nie idzie mi nigdy.
Nowy Jork czwarta rano – Gąsawy Plebańskie 3.34. Nie śpię. Po wypiciu pół flaszki białego wina zapragnęłam kawy. Wypiłam więc kawę o godzinie 20.15 , jakże mi smakowała. Potem grzecznie poszłam spać a kawa zamilkła. Odezwała się o drugiej w nocy. Wyspana jak rześki ptaszek siedzę na baczność w fotelu obok łóżka i usiłuję coś napisać, usiłuję się połączyć z Opatrznością, usiłuję medytować i wyjść z siebie, wyjść z ciała prezesa zbankrutowanej fundacji, przejść na inny tryb, inny tor, wypaść z szyn.
Moja lewa ręka strasznie cierpnie i drętwieje. Przyzwyczajam się do starczych boleści. Stary człowiek wie, że jest uwięziony w ciele, już go nie lubi. Nie ma ochoty biec, podskakiwać, nie panuje radośnie nad swoimi mięśniami, nie czuje się ptakiem, nie chce polecieć. Stary człowiek dba o wagę, żeby udźwignąć własny korpus na słabych nogach, stary człowiek nieustannie idzie na kompromis z każdym mięśniem. Stary człowiek w końcu o niczym innym nie marzy, jak o pozbyciu się ciała, bo ono już tylko przeszkadza.
09,10.2018
Urwałam się na dwa dni. W mieszkaniu Franka pomyślałam, że mogłabym już nigdy nie wracać do Gąsaw. To była pierwsza taka myśl w moim życiu. Za dziesięć lat to sprzedam. Kupię sobie 3 pokoje pod Krakowem i będę od czasu do czasu jeździć na Rynek oglądać turystów i wieżę Mariacką.
10.10.2018
W myślach wciąż piszę. Czytam Huxleya – Wewnętrzny Bóg, ale czasem chcę wołać Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił i to nie jest zabawne. Na dnie duszy drzemie uparte przekonanie, że mnie nie opuścił ani na sekundę, że wszystko MA SENS, bo na tym przecież polega wiara. Ale moje ciało jest zmęczone, a wczoraj pomyślałam, że po raz kolejny zostało zagrożone moje poczucie wolności. Jestem uwiązana tym, co niegdyś stanowiło wyzwolenie.
11.10.18
Mam wielu wrogów, do których nie czuję kompletnie żadnej wrogości. Oni niewątpliwie mnie nienawidzą a ja ich nie umiem. Szalonej miłości, zakochania, uderzenia serca też już nie poczuję, wiem to. Świadomość mnie uśmierciła.
Nie tylko w sferze emocjonalnej, także intelektualnej. Zagłodziłam satyra we mnie, straciłam cynizm, złośliwość, cięty jęzor – bezcenne skarby intelektu. Albo intelekt, albo miłość boża, tak by to wyglądało. Kiedy czytam Gombrowicza wiem, co mi odebrano. Przy Miłoszu nie mam takich problemów. Uwielbiałam kpiny z ludzi, tę „polemiczną pasję” – wszechobecne drwiny trzeba czy nie trzeba. Potem wpadłam w duchową otchłań i prawda mnie poraziła jak prąd. Zrobiło się poważnie, chociaż bywało i zabawnie, ale ta zabawa nie dawała się opisać. Wartość moich wynurzeń z tego czasu była żadna. Wypierdoliłam setki stron Dziennika. Nie żałuję zmiany oprogramowania, ale żałuję czasem słodkiej nieświadomości jak słodkiej trucizny.
28 10.18 , mama kończy 89 lat. A dopiero co miała tyle samo, co ja teraz! Kiedy miała tyle samo co ja teraz, była gruba, stara i nienawidziłam jej. Dzieci dopiero zaczynały ją nienawidzić. Wszystkim po kolei, póki sił starczyło – utrudniała życie. Teraz sił brakło. Jest uroczą staruszką, chociaż ma wąsy i pampersy. Ale pożartuje, herbatkę w brudnej szklance postawi na stoliku i mówi, że tęskni i kocha. Ma halucynacje, które wszyscy już uznaliśmy za normalne. Wciąż widzi coś, czego nikt poza nią nie jest w stanie dojrzeć. A to pieska na trawie, a to faceta w oknie, a to czerwone jabłko. Mówi, że na starość do mnie przyjedzie. Czyli kiedy? Mówi, że życie wciąż przed nią. Życie to dziwna rzecz – nigdy się nie kończy, dopóki cię szlag nie trafi pewnego dnia. Jej nie trafi. Mnie przeciwnie. Ja mam wrażenie, że trafił mnie już jakiś czas temu i życie, przynajmniej w tradycyjnym pojęciu – mam już za sobą. Teraz trwam w bliżej nieokreślonej wieczności.
Ach jak dobrze, że zmienili czas.
Zarobiłam godzinę, jest dziesiąta.
Bliżej nieokreślona wieczność powinna zdać sobie sprawę, że nie czas już i nie miejsce na terminowe roboty, szeroko zakrojone projekty i niezwłoczne odesłanie dokumentów. Hej tam, na górze! Opamiętajta się.
Dzisiaj jest pierwszy dzień od prawie roku, kiedy będąc w domu nie sprzątałam stajni. Mój organizm kompletnie się rozleciał. Dostałam kolki, sraczki i migreny, przeleżałam kilka godzin pod telewizorem a tam znowu arcydzieła z Żydami, homoseksualistami i intelektualistami w jednym. Śmierć w Wenecji – kolejne wydanie. Jakoś mnie te pedalskie miłości nie kręcą, wolę filmy o mnichach. Choć oczywiście film był na przyzwoitym poziomie, mimo, że nieprzyzwoity. Było mi niedobrze i tak, a w scenie z brzoskwinią, którą chłopiec drążył palcem, a potem innym palcem posuwał było mi już zupełnie niedobrze. Kochanek zjadł brzoskwinię ze śladami wytrysku a ja zwymiotowałam.
Jutro jadę do kręgarza nastawiać sobie kręgi, abym je mogła zataczać coraz szersze. Kręgarz nazywa się Vadim. Był jakiś Vadim Maćka znajomy, zapomniałam nazwiska. Skrzypek. Chyba. Ale to nie ten.
Drażni mnie nabożny stosunek do lekarzy. Rozumiem, gdyby to byli kosmici, ale to są ludzie. Ludzie. Tymczasem u nas ksiądz i lekarz to nadludzie, a pacjenci i wierni – podludzie. Dlatego wybieram odludzie. Wszystkie mądrości kwestionuję i przepuszczam przez własne sito. Żylak się uspokoił i podejrzewam, że się po prostu zniechęcił. Nie chciałam go leczyć, kroić, przetykać, olałam żylaka i poszedł się jebać. Nie, żebym tak od razu odpuściła. Bóg mi świadkiem, próbowałam się dogadać. Byłam w gabinecie, pojechałam, zadałam sobie trud a pan doktor zadzwonił, że się spóźni. Bez jaj. Czy nie dotarło do niego co musiałam wyczynić, żeby dojechać do Skarżyska na 17? Cały tydzień musiałam poprzestawiać, tu była rewolucja! Wyraźnie zaznaczyłam, że to dla mnie karkołomne, umawialiśmy się bardzo długo, a teraz sobie dzwoni, że się spóźni?? No to nie będzie miał pacjenta. Wróciłam do domu bardzo zadowolona. Na tym zakończyłam dyskusje z żylakiem i musiał odpuścić.
Co innego Vadim. Moje umęczone ciało potrzebowało Vadima jak tlenu. Położono mnie na ceratowym łóżku za firanką a pode mną jakieś bliżej nieokreślone magnetyczne koła i lasery penetrowały dyski i kręgi. Kuksańce prądem też były miłe. Wszystko było miłe na leżąco po całym dniu machania widłami. Nie wiem kiedy upłynęła godzina, zapłaciłam 35 złotych i jestem nowym człowiekiem. W dodatku nikt nic nie zapisał, nie przypieczętował, nie prawił kazań, nie straszył. Nie odrywał kwitów, nie pytał o dowód, o książeczki i legitymację weterana. O tryb życia, o wino i papierosy. Zapytali tylko jak mam na imię. Vadim stuknął mnie w plecy młoteczkiem, dowiedział się co boli a co nie, potem nacisnął stwardniałe miejsce w nadgarstku i rzekł z rosyjskim akcentem, że wszystko jest lepsze niż przecinanie pora wzdłuż. Zawołał panią w okularach i poszedł do swojej kanciapy. Pani zapytała, czy zgadzam się zapłacić dodatkowe 5 zł za masaż nadgarstka. Zgodziłam się. Dostałam wszystko, co chciałam za 35 złotych! Jak im się to opłaca? A może im się nie opłaca? Jak mnie wszystko, co robię.
Tymczasem moja durna matka – miłośniczka białych kitli – dała sobie rozkroić nadgarstek za dwa tysiące złotych i teraz już nic nie może robić – ani guzika zapiąć, ani sznurówki zawiązać. Nie dość tego, boli jak diabli. Poszła do doktora i pokroiła pora.
16.11.2018
Mój numer telefonu jest do publicznej wiadomości. Dlatego co chwilę dzwoni do mnie przedstawiciel jakiejś świeżo powstałej firmy oferującej, a to garnek, a to tablet, a to karabin maszynowy. Są mili, dopóki nie powiem, że pomyłka. Wtedy się rozłączają i ani dziękuję, ani pocałuj mnie w dupę. Chociaż niektórzy mi życzą miłego dnia. Albo spokojnego weekendu. Jak mi życzycie miłego dnia to nie dzwońcie! Spokojnego weekendu, a co to w ogóle jest???
Nie jestem energiczna, dynamiczna, twórcza. Jestem wypompowana. Jestem flakiem. Moje koła złapały panę. Nie pojadę dalej na flaku. Moje ręce z kamienia, grawitacja razy sto. Uznałam życie za zakończone a tu śmierć nie nadchodzi. Śmierć też potrzebuje jakiejś choćby minimalnej ochoty do życia.
19 grudnia 2018 .
Gwasz zastygł na sztaludze, zapalam lampę, sięgam po pędzel, odkładam, wracam na fotel, nic. Moje teksty przerwane, moje życie… Nie ma mojego życia. Ono jest we mnie, ale nie ujawnia się, nie wychodzi poza głowę, zostaje w myślach. Wędruję po jakichś serialowych wątkach byle nie nadepnąć na własny. Bo przecież nie można nazwać życiem tego, które mogą za nas przeżywać nasi słudzy. Gdzieś głęboko schowane przed światem pulsuje moje prawdziwe życie. Moje. Prawdziwe. Zatkane korkiem jak wulkan kraterem, coraz starszy, coraz gorętszy a przez to groźny od środka.
Zapominam o sobie ratując psy, kupując siano, sprzątając, jeżdżąc, taszcząc jakieś paki, zapominam kim jestem i że w ogóle jestem. Kolejne dni przynoszą masę spraw, obowiązków, końcoworoczna zadyszka w domu i zagrodzie. Bieg czerwonej królowej.
24 grudnia 2018
Wigilia roku 2018. jaka to różnica, którego roku?
Jak to jest z tą władzą nad ciałem? Czy mamy ją w młodości, kiedy ono jest prężne, sprawne, zdolne do niezwykłych wyczynów, niespokojne, nieustannie polujące na seks, na żarcie, na życie? Czy raczej wtedy wcale nad nim nie mamy panowania. Teraz kiedy mam 60 lat moje ciało już mnie nie prowadzi, niewiele potrzebuje, prosi tylko grzecznie o spokój i liczy na rozważną eksploatację. I się przelicza okrutnie.
Święta – ciąg dalszy. Pojechałam aż do Krakowa, żeby posiedzieć przy stole. Krzesła były twarde. Po drodze śniegi, zamiecie śnieżne, zadymka i pługi jak za dawnych lat.
27 grudnia. Jestem chora! Eureka! Leżę w łóżku obłożona aspiryną, mam prawdziwą gorączkę. Oglądam amerykańskie seriale na zdychającej neostradzie (cóż to jest za gówno nie net). Pracownik sezonowy dziobaty Grzegorz przynosi mi drzewo i sprząta stajnię. Cud.
Obejrzałam stary film „Zielona mila” z Hanksem. Jakoś go nigdy wcześniej nie trafiłam. Dawniej taki film by mną wstrząsnął, teraz nie mam złudzeń co do człowieka, więc pokiwałam jeno głową. Ludzka myśl w służbie ego. W imadle ciała, pokarmu, a więc materii, a więc pieniędzy. Ludzkie wzajemne zabijanie, przecież zwierzęta robią to samo a my się nie różnimy od zwierząt. Tych, którzy się od nich różnią – zabijamy tym bardziej.
Grzech pierworodny to grzech nieświadomości w sytuacji, kiedy jednak mamy szansę być świadomi. To grzech odrzucenia Boga, grzech dobrego samopoczucia, grzech niezależności. Ta wolność, którą nam dał… Korzystamy z niej prawie zawsze przeciwko sobie. Prawdziwa wolność jest możliwa tylko w Bogu. Miłości, czy jak go tam zwał. On chyba niezbyt lubi być nazywany Bogiem. Mnie by to wkurwiało.
Życie jest dla nas wszystkim. To prawda, ale zapominamy, że życie to NIE JEST ciało. Ciało bez życia jest martwe a życie bez ciała nadal jest i żyje. Życie jest jak prąd, zawsze będę to powtarzać. Wędruje i uruchamia kolejne urządzenia, które dzięki niemu poruszają się i pracują. A potem sobie idzie.
29.12.18
Śni mi się ojciec, Maciek, tak zwani wszyscy. Życie zaczyna być nierealne, czuję to coraz mocniej. Jestem jak automat, nie mam na to wpływu, bo jestem tak naprawdę gdzie indziej. Rozdzielność duszy i ciała nigdy jeszcze nie była tak dojmująca. Śmierć trwa całe życie, ale pod koniec wyraźnieje. Już ją widzę, lepiej widzę świat cieni, niż to, co waży i daje się dotknąć. Zamknęłabym się na zawsze na moim poddaszu i nigdy nie wychodziła.
A jednak wczoraj pojeździłam na Weni i to była materia doskonała. Albo Weni też już jest tylko ideą Weni, platońską Weni, którą dosiada mój cień.
Miałam sen, niezwykle wprost plastyczny, z muzyką niezwykle wprost filmową, który to sen mógł z powodzeniem powstać po kwasie albo innym dragu, tak trójwymiarowo się wyświetlał. Śnił mi się film, niezwykły film w 3d, który oglądała przeciętna rodzina w swoim domowym kinie. Chciałam uciec, ale tylko się schowałam za kulisami, bo na scenę wyszedł barwny rzymski pochód otwierany przez byka z wbitymi w głowę włóczniami. Nie chciałam wiedzieć, co było dalej, ten początek zupełnie mi wystarczył. Motyw muzyczny pamiętałam jeszcze po przebudzeniu tak był szamański, z piszczałkami i bębnem. Dwa psy, jeden zielony, jeden czerwony – wywęszyły mnie za kulisami zdyszane, podekscytowane krwią. Rzuciłam im wirtualne ochłapy i pobiegły za korowodem.
Ogólnie bardzo materialne dwa tygodnie. Mnóstwo uratowanych psów, mnóstwo akcji, deszcze, problemy ze snem, mieszanina dobrego i złego. Dwie fantastyczne adopcje, dwie śmierci, tłum ludzi na podwórku, zadyszka. Straszliwa zadyszka. Potrzebuję ciszy i spokoju jak tlenu.
Żyję jakby w zawieszeniu, jakby mi się film przystopował. Nie myślę, działam jak automat, szlifuję pięty frezarką, odkurzam, piję, ale się nie upijam, jem, ale nie czuję, że zjadłam, w nocy śnią mi się apokaliptyczne sceny, wielkie konstrukcje, pręgowane dogi. Dziwny czas.
I niemoc twórcza tak ciężka, jak powieki posągu. Chodzę wokół sztalugi, zapalam lampę, siadam w fotelu i nic. Już nic mnie nie jest w stanie z tego fotela wyszarpać…Nie wiem z czego będę żyła, jak zapłacę za psy, znowu jedyna nadzieja w tym, czego nie wiem. Oglądam bardzo dużo filmów i wchodzę do odrębnego świata z ulgą porzucając własny.
Tak więc zapominam o sobie kupując siano, sprzątając, jeżdżąc, taszcząc jakieś paki, zapominam kim jestem, i że w ogóle jestem. Kolejne dni przynoszą masę spraw, obowiązków, końcoworoczna zadyszka w domu i zagrodzie. Biegam od świtu, a tak naprawdę śpię kamiennym snem… zimowym, słodkim, długo wyczekiwanym.
Od Franka dostałam „Koniec czasu”. Książka o tym, że czas jest tylko złudzeniem. O trzeciej w nocy nagle się zabrałam za czytanie.
Gdyby istniał czas, taki prawdziwy czas w pełnym wymiarze trwania i władzy – nie byłoby śmierci. Wszystko byłoby wieczne, nieruchome i na zawsze w imadle czasu. Czas to nie są zmiany. Materia się rozpada, bo czas jej nie trzyma. Gdyby trzymał, nie umieralibyśmy, bylibyśmy na zawsze. Fakt, że rzeczy się zużywają, znikają, wyparowują, jest dowodem na to, że czas tak naprawdę nie ma żadnej mocy, bo nie ma czegoś takiego jak czas. Zawsze to podejrzewałam, tylko nie było okazji sformułować. Całość wszechświata dzieje się TERAZ. Jest tylko TERAZ.
Czas jest złudzeniem, ponieważ życie przybiera różne formy. I to życie jest wieczne, nie czas.
W stojącej wodzie na dnie słoika pływa milion bakterii które szaleją, wiercą się i przepychają. Wydaje im się, że od jednej do drugiej przepychanki mija minuta, albo rok. A słoik stoi wciąż w tym samym miejscu i nie zamierza się ruszać.
Od czasu kiedy mnie Bóg nawiedził wydarzają się w moim życiu jakieś straszliwe wprost kataklizmy, których nie wywołałam! Robię zwykle to, co do mnie należy i staram się nikomu nie szkodzić, a tu śmierć goni bankructwo, sprawy sądowe piętrzą mi się na biurku, a teraz jeszcze jakaś fellinowska potwora nazywa mnie mordercą na facebooku…
Jak na zamkniętego na wsi pisarza doprawdy straszliwe budzę emocje!
Świat jest jak moja matka – nienawidzi milczenia. Świat chce burdy, pyskówek, histerii, wrzasków, teatru. Chce łez, kiczu, patosu, szopki, śmierci, krwi, zamętu i wojny.
Spokój jest jedyną bronią w takiej chwili. Dzieciństwo nauczyło mnie jak się nie dać sprowokować. Jestem wyczulona na fałszywy płacz. Na greckie tragedie w kuchennej wersji.
I wiem, że pewnych granic przekroczyć się nie da, bo tego rodzaju potworności mają dno. Jeśli sprawa sięgnęła dna, nie może zejść poniżej dna. Zawsze pod koniec wycieczki po złoto spotyka śmiałków najcięższa próba. Ale ta próba w istocie jest sztuczna. Przekombinowana. Nie da się umrzeć trzy razy z rzędu. Umarłam kiedy umarł Maciek. Wtedy rzeczywiście poległam. Cała reszta nie istnieje. Zupełnie jak łyżka z Matriksa.