Dziennik – Jesień 2009, czyli Cud w Sokółce, Polański i głowa George Sand.

07.10.2009

Polański został zatrzymany w Zurichu, grozi mu deportacja do USA a tam odsiedzenie wyroku sprzed 30 lat. Początkowo wszyscy się oburzyli. Zwłaszcza w Polsce. A potem jego sprawa dała początek wielkiej międzynarodowej dyskusji, zwłaszcza w Polsce. Bo w Polsce jak w soczewce – skupia się cały przegląd fiksacji. Refleksji za to nigdy żadnej. Soczewka jest na to za ciasna.

Z jednej strony wszystko miało miejsce bardzo dawno temu. Nie osądzamy dzisiaj króla Jagiełły za zgwałcenie nieletniej Jadwigi. Kościół im pobłogosławił, jak błogosławił wielu gorszym potwornościom w każdym zaaranżowanym małżeństwie, w każdej wojnie, gdzie gwałcono kobiety wrogiego plemienia i tak dalej, koszmar gonił koszmar. Matka Boska miała 14 lat, kiedy ją Bóg Ojciec zapylał w najlepsze, czego dowodem dzieciątko Jezus.  I dziwić się teraz reakcji kościoła na Jadwigę.

W Dzienniku Tyrmanda z 54 roku mamy piękny wątek z licealistką Bogną, a gdyby tak porzucona Bogna postanowiła się zemścić? Nie bronię facetów, bronię ludzi. Każda historia powinna być rozpatrywana w kontekście przynależnych jej obyczajów i poglądów. Polański zaliczał panny jak wszyscy jemu podobni celebryci w czasach, kiedy nie było aids, a na sztandarach make love not war. Proces i wyrok w sprawie nieletniej Samanty przyniósł masę pozytywnych zmian w postrzeganiu tego rodzaju amorów. Ochronił kolejne nastolatki przed atakami starych świntuchów, ale także przed nimi samymi. Uświadomił im, że mają prawa obywatelskie.  Ale tylko do czasu, do czasu, kiedy im stuknie osiemnastka, stuk, stuk – po osiemnastce można je już stukać, aż wióry lecą. Też nie? O proszę, poszliśmy nieco dalej!  Nie skończyło się na nieletniości, chodzi o letniość, a więc temperaturę i wzajemność uczuć, o nienaruszanie prywatności. Jednostronne, uporczywe adorowanie nazywa się dzisiaj otwarcie molestowaniem. Dobrze! Jestem za, chociaż zapewne daje to kobietom jakieś pole do nieuczciwych oskarżeń. Ale to naprawdę kropla w morzu męskiej hegemonii. Zanim doczekamy rzeczywiście równych praw wyschnie Amazonka…Wymiar sprawiedliwości ściga tymczasem Polańskiego, Polacy są zdezorientowani i podzieleni, bo Polacy są zawsze zdezorientowani i podzieleni.  A przecież zasługi Romana w dziele bezpiecznego uwodzenia są teraz równie niekwestionowane jak w dziele kinematografii. Jak by się to nie skończyło skończy się lepiej dla kobiet.

7 październik. 2009

Znużenie, zmęczenie, apatia. Może dlatego, że nie mam tej mojej wymarzonej samotności już od wielu, wielu miesięcy. Ta świadomość mnie zabija.  Więc latam ze ścierką od kuchni do pieca i wypełniam czas, żeby nie myśleć o tym, że nie myślę.

Trudno jest człowiekowi cieszyć się tym co ma. Od razu jako stworzenie żywe, a więc twórcze – buntuję się przeciwko takiemu niebu. Jest cudnie, ale mogłoby być jeszcze cudniej, nigdy nie jest najcudniej.

 Październik 14.2009

Nic nie piszę, maluję portret starej, tlenionej baby. Nie znam jej, nie wiem nawet jak ma na imię, czuję, jak mi marzną skrzydła. Nie tylko skrzydła marzną, bo nagle w nocy spadł śnieg, wichura śnieżna połamała drzewa, cały dzień nie było prądu i wody, zmierzch prawie jak sto lat temu w Kościelisku. Dziękuję Bogu za to, że nie muszę żyć w mieście. Ten brak prądu był oczywiście upierdliwy, ale szara godzina z czajnikiem syczącym na kuchni, z ośnieżonymi polami za oknem, ach, to była jedna z tych niewielu chwil zatrzymanych w czasie, furtka do wieczności. Skrzypiąca i drewniana. Nie wiedzie tam przecież automatyczna brama na pilota. Dziękuję Bogu za to, że jeszcze mi się zdarzyło topić śnieg na wodę do mycia. I za to mu dziękuję, że naprawili te druty i stała się jasność.

16 październik 2009

Zima w jesieni. Śnieg, deszcz i cztery żywioły. W kościele parafialnym w Sokółce hostia przemieniła się w strzępek ludzkiego serca. Po co Panu Bogu taki trywialny cud? Żeby czarni triumfowali na swojej łodzi bojowej? Jaki to ma sens? W dodatku to dość makabryczne odkrycie. O ile jestem pewna boskości Boga w nas oraz naszych psach i koniach, o tyle w kościele zupełnie nie.

Artykuł w Polityce zaczyna się od opisu okoliczności. W strzępek serca zamieniła się hostia, która upadła na podłogę i nie nadawała się do użytku, czyli pożarcia przez katolików. Utopiono ją w słoiku z wodą i zamknięto w sejfie aż do rozpuszczenia. Miała się obrócić z powrotem w mąkę i zostać WYLANA – dokładnie tak to określono. A tu masz babo placek a zamiast placka krwawy strzępek ludzkiego serca. Przynajmniej tak twierdzą jacyś wyrośli spod ziemi specjaliści od strzępków. Jakby nie patrzeć morał mamy z tego taki, że Pan Bóg jest w tych WYLANYCH.

Dlatego wietrzę ironię w słowach – bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest ciało moje. Poważnie? Jak w ogóle można coś takiego powiedzieć nie licząc w duchu na odmowę! Może błogosławieni są ci, którzy nie jedzą? Taką bym wysnuła teorię na okoliczność cudu ze strzępkiem w słoiku.

21 październik 2009

Jesteśmy rozpaczliwie spłukani. Żywimy się odpadkami, jakby to ujął mój niezastąpiony Tatuś. Bo on jest niezastąpiony aż do końca świata.

Stolarz przywiózł budę dla Maksia, która zajęła całą altanę i półkę na powidła, która zajęła całą kuchnię poczem nas skasował na całą resztę naszych pieniędzy. I tak siedzimy pod pustą półką czekając aż Maksiu się zdecyduje i sprawi, że chociaż buda nie będzie pusta. Boli mnie brzuch, a Maciek ma w brzuchu pełno wody i męczy go w nocy zgaga, psy mają nużeńca i wyglądają jakby je kto oskalpował, konie stoją w błocie po pas i pralka nie nadąża z praniem derek. Czy nadal uwielbiam jesień?

Październik 22, śnieg stopniał, pada deszcz.

Czegoś jeszcze nie napisałam. Tego, że prawdziwa miłość to jest 99 procent tego, po co się żyje. Reszta jest tylko dodatkiem do miłości. Jest tylko miłość i bardzo długo, długo nic, zanim zamajaczy choroba, umieranie bliskich, bankructwo i takie tam historie. W dawnych czasach, które trwały przez mniej więcej 40 lat mojego życia, chodziłam z odrętwiałym sercem.  Stan, w którym jestem teraz, wydawał mi się możliwy dopiero w niebie. Z odrętwiałym sercem spałam, jadłam, rodziłam dzieci, wychodziłam za mąż i uciekałam z domu, urządzałam wystawy, zarabiałam pieniądze, kłóciłam się z matką, z dziećmi i kochankami, zajmowało to 99 procent mojego życia. A jeden procent stanowiło moje serce zredukowane poprzez odrętwienie do mikroskopijnych rozmiarów. Wszyscy dookoła funkcjonowali podobnie.  Panowało przekonanie, że życie składa się z rozwiązywania problemów a nie z kochania. I teraz to wszystko co robiłam myśląc, że oto mam ważne sprawy do przeprowadzenia– to wszystko się skurczyło do jednego procenta. Powstała stężona czarna dziura – otchłań nieszczęść niewielkich rozmiarów, jak kula uwięziona w ciele. Maciek tak chory, że choroba zabiera mu pieniądze, pracę a nade wszystko fizyczną sprawność, ja ze swoim malowaniem, które będzie coś warte za sto lat, pięć szurniętych psów, dom w nieustannych naprawach i remontach, na które kompletnie nie ma pieniędzy, wszędzie niespłacone długi. W sumie żadnej przyszłości, o której kiedyś marzyłam. Podróże po świecie, dobre samochody, wielkie role, oszałamiające sukcesy wystaw, wszystko raczej pójdzie się jebać, nie ma o czym marzyć, ale dalej jest pięknie! Moje marzenie jest spełnione, bo kocham. Miłość sprawia, że tamte rzeczy maleją, bo jedynym wyzwaniem dla miłości jest śmierć. Nie masz żadnych problemów, masz tylko śmierć do pokonania.

23 październik.2009

 Jestem skrajnie zmęczona. Niewyspana. Bolą mnie wszystkie mięśnie. A jednak w jakiś sposób czuję się bardzo zdrowa, bo to jest takie wiejskie, gospodarskie zmęczenie, z twarzą czerwoną od wiatru, ze spierzchniętymi rękami, z zapachem końskiej sierści na kurtce. Nikt mnie nie pyta ile mam lat i jaką siłę w sobie. Ma być zrobione i już, bo taki jest rytm życia.

Listopad 5 2009

Odjęło mi mowę na dwa tygodnie. Wszystko przez to, że jeżdżę i maluję i już nie mam żadnych myśli poza tą, żeby wewnętrzną łydką napychać na zewnętrzną wodzę. Czytam jeździeckie poradniki i napycham. A koń i ja stajemy się coraz bardziej umięśnieni.

Listopad 8. 2009

Starość nosi w sobie przedsmak wieczności. Starość naciska, żeby żyć bardziej chwilą a mniej przyszłością. Pan Bóg jest skłonny zatrzymać czas, jeśli nam się udaje zatrzymać bieg.

Życie składa się z trosk o przyjemności – rzekłam mając 5 lat i to przeszło do historii rodzinnych mądrości.

A naprawdę życie składa się z nieustannego przewalania hałdy zwanej rzeczywistością. I to właśnie – jak chce Colin Wilson – to powinni robić za nas nasi słudzy.

A jeśli już ta hałda chce nas przykryć – odnajdujmy radość w spokojnym przewalaniu jej jak ten mnich w klasztorze co obiera ziemniaki, codziennie tyle samo o tej samej porze.

Nie chodzi o to, żeby szybko przeżyć życie. Chodzi o to, żeby je umiejscowić w wieczności.

Ach, urodziłam kolejny portret. Szczerze tego nie cierpię. To jest jak szycie ubrań. Lubiłam tylko patrzeć na efekt. Niczym się to portretowanie nie różni od pracy nad marynarką albo sukienką.  Bardzo dobrze kiedyś szyłam. To były czasy, kiedy ciuchów nie można było kupić w sklepie a materiałów było pełno. Czysta wełna, bawełna, len z metra? Proszę bardzo, za grosze. Nienawidziłam krojenia, fastrygowania, prasowania, przymierzania, obrabiania dziurek, wszywania zamków, to była męka. Ale uwielbiałam uszyte przez siebie rzeczy, bo były porządne, jak galowy mundur generała. Te portrety są właśnie takie. Arcydzieła rzemiosła. Mało jest dzisiaj arcydzieł rzemiosła. Wracam do wypowiedzi Englerta, że sytuacja idealna to taka, kiedy z masy rzemieślników rodzi się artysta, tymczasem mamy tłumy artystów, spośród których dobry rzemieślnik rodzi się niesłychanie rzadko.

Ja jestem naprawdę dobrym rzemieślnikiem. I ludzie to wiedzą, jak zamawiają portret wiedzą, że będzie porządnie namalowany i że się rozpoznają. To w zupełności wystarcza. Kiedyś mała Zośka stanęła przed moją sztalugą, gdzie się zmagałam z kolejną mydlaną blondyną, pokazałam jej zdjęcie pierwowzoru i zapytałam, czy podobna. Podobna? Niee..Taka sama!!!

Listopad 16.

Nic nie piszę, jeżdżę. Świat zwierząt przez tyle wieków nie zauważony przez człowieka.

Nagle się okazuje, że kluczem do pokonania własnej natury jest szacunek dla zwierząt.

Trzeba tylko uznać i zrozumieć ich hierarchię, postawić siebie za przewodnika a nie pana. Harmonia pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem to raj.

W stadzie koni przewodnikiem jest najstarsza, zdolna do rozrodu kobyła.  W stadzie ludzi najsilniejszy samiec.  Przynajmniej dotychczas wszelka dominacja u człowieka polegała na sile. Stąd patriarchat i rządy muskułów. Rządy posiadaczy narzędzi wymyślonych po to, żeby ujarzmiać i dominować. Zwierzęta należało ujarzmić, a nie obłaskawić.  Podobnie kobietę, dziecko, wroga. Każdy, kto nie był ujarzmiony –stanowił zagrożenie. Cóż za ponure piekło taki świat.

Patriarchat to całe wieki przywilejów mężczyzny. To uśpiło jego czujność. Przeżywali i słabi i silni, bo byli chronieni patriarchatem. A kobiety przeżywały tylko silne. I teraz są silne siłą ewolucji. Odporniejsze, liczebniejsze, długowieczne. Stado ludzkie zaczyna słuchać kobiety.

Kobieta otacza opieką, kobieta jest przede wszystkim matką, ona nie zdobywa, tylko ochrania. Kobieta zwraca swoją uwagę na słabych i bezbronnych, jest ekspertem od dzieci, wszędzie widzi dzieci. Ma miłość wpisaną w naturę.  Matriarchat to system, w którym podstawową wartością nie jest siła, lecz życie.

Pytam jeszcze, czy naprawdę tylko silny facet gwarantuje rodzinie poczucie bezpieczeństwa? Połowa ankietowanych odpowie, że życie z silniejszym, to życie w strachu. Ja się zawsze bałam takich silnych. Nawet jeśli strach przed mężczyzną jest podniecający, to nie ma nic wspólnego z miłością. Te podniety mam już za sobą.

 Czasem we mnie wstępuje diabeł złości. Wszystko bym przepędziła, wszystko mi wadzi, zęby mi zgrzytają na widok jakiejkolwiek obecności – zwierząt, ludzi. Widzę piekło, marność, daremność, nieuchronność, bezsilność. Nie ma nadziei na odpoczynek, życie mnie wkurwia, bo się telepie, bo hałasuje, bo dzwoni co pięć minut, biega z rozwianymi uszami i macha ogonem albo rzuca łbem i nie daje sobie zapiąć sprzączki przy kantarze.

Dzień w tłumie menażerii bywa wyczerpujący. Każde z nich czegoś chce. Wiadomo czego. Mnie. Wszystkie chcą mnie, MNIE. Maksiu chce się przytulić i przy okazji coś zjeść, Mięta chce do łóżka, Piker chce do Mięty, Ferdzia chce do lasu, a Morusek nie wie czego chce i to jest najgorsze ze wszystkiego.  Gobi chce jeść a Wenecja wyjść.  Piker nie przejdzie przez altanę jak tam jest Maksiu więc za każdym razem muszę Maksia zamykać  w kojcu z kiełbasą, wnosić  PIkera do domu i potem wypuszczać Maksia. Ferdzi trzeba pilnować, żeby nie wyszła z Pikerem, bo go wyprowadza nad staw i tam wrzuca do zimnej wody a on ma od razu zapalenie pęcherza. Moruska można wypuszczać z Maksiem, ale nie z Ferdzią, bo uciekają. W ogóle Ferdzia sama wyjść nie chce a z drugim psem ucieka. Jak nie ma drugiego psa to zostaje w domu i sika na koc. Maksiu wychodzi przez dziurę w siatce i zaraz się dobija z drugiej strony, pod furtką, trzeba wyjść i go wpuścić, furtkę zamknąć. Zanim wyjdzie, ma zwyczaj wyciągać ze swojego koszyka wszystkie koce. Walają się po podwórku a on nie ma na czym spać. Trzeba je zebrać, wytrzepać, poskładać i z powrotem pościelić. Mięta tymczasem udaje się do kojca Maksia i sprawdza godzinami czy nie zostawił kiełbasy, tej, którą zarobił, kiedy go zamykałam. Nie reaguje na moje przywołanie, chociaż jest oczywiste, że kiełbasy dawno nie ma. Wracam więc do kuchni, ale już zaraz słyszę, że szczeka pod drzwiami tak przeraźliwie, że trzeba ją NATYCHMIAST wpuścić. Ma 18 lat i jest głucha, a ja mam 52 lata i nie jestem.  Rano pierwsza rzecz muszę nakarmić konie, przebrać im derki nocne na dzienne. Potem, po śniadaniu wypuścić, po obiedzie pojeździć, po kolacji sprowadzić, napoić, znowu derki, znowu siano, na koniec zamknąć, o dziewiątej pogasić. W ciągu dnia napalić w piecu, wieczorem w kominku, nastawić jedzenie psów, wyprowadzić je na jeden dziennie porządny spacer – w tym czasie załatwić telefony, kilka razy umyć stos naczyń, zrobić zakupy, prania, sprzątania, tutaj o czwartej zachodzi słońce i zamykają wszystkie sklepy.

No i oczywiście nie wolno mi zapominać, że jestem artystką, mieszkam w pięknym domu pod lasem i w ciszy spędzam dnie przed sztalugą czekając na powrót z pracy gwiazdy polskiego kina.

 Tyś widzioł…- jak mówiła Marta.K i jest to skrócona forma dawnego „Jak sobie mały Jaś wyobraża”..

27 listopad 2009

Maciek udzielił wywiadu w radiu. Powiedział to, co miał powiedzieć, pytania były takie, jak zawsze, wszystko się odbyło wedle życzenia radiosłuchaczy, którzy chcieli usłyszeć to samo, co zawsze i zostali zaspokojeni. Warszawa jest specyficznym miastem. Wszyscy tam chodzą w maskach, to bym jeszcze przełknęła, w Wenecji też chodzą, ale na Boga nie chodzą w identycznych!

I cóż to za maska, ta, którą należy nosić w Warszawie? Gdzie ją kupić? Ano w sklepie, w którym dobrze jest być widywanym. Wchodzisz, witają cię jakbyś miał imienne zaproszenie, ale tak naprawdę wchodzisz do pułapki i leziesz tam jak szczur z elektrodą na czole. Nienawidziłam wchodzić, ale Maciek wchodził.  Sklep jeden z drugim chce pretendować do klubu dżentelmenów, a ciuchy jak z Vegas. Próżno szukać prawdziwie porządnych rzeczy. Takich jak olejak ze sztruksowym kołnierzykiem, albo wełniana spódnica w szkocką kratę z agrafką na biodrze. Widziała pani kiedyś Szkota z kobzą? Oni zawsze grają w takich spódnicach. Rzecz jasna nigdy nie zadałam tego pytania, a ostatnią prawdziwą, szkocką spódnicę kupiłam w second handzie na dworcu PKS w Kaliszu Pomorskim. Była z czystej wełny, plisowana, niezniszczalna. Chodziłam w niej z dziesięć lat, kosztowała kilka złotych, nie targowałam się. Tutaj też nikomu nie wpadłoby do głowy się targować, nie przystoi gentelmanowi pytać o cenę. Dopiero w przymierzalni gentelman ma szanse rzucić okiem na karteczkę starannie ukrytą w czeluściach spodni albo kurtki i zadowolić się faktem, że tyle ma z tego, co sobie pomierzy. Trudno uwierzyć, że skądinąd inteligentni ludzie robią z siebie takich błaznów.

Bez maski w Warszawie jesteś nikim. W Krakowie wystarczy się odezwać i już wszystko wiadomo. W Warszawie to nie działa. Na imprezach czuję się jak zabłąkana molekuła. Ostatnio coś, co się nazywało Srebrne Jabłka, konkurs słynnych par, gorsza odmiana „Viva najpiękniejsi”, chociaż trudno sobie wyobrazić coś gorszego. Siedziałam przy stole z prezydentową Kaczyńską, brzydką jak noc listopadowa, ale jej poczciwa brzydota była jedynym ludzkim akcentem w tej odhumanizowanej szopce. Wiedziałam, że jestem bardzo biednie ubrana, więc jest tak, jakbym w ogóle nie była ubrana. Miałam wrażenie, że wszyscy to widzą. Wszyscy, oprócz Maćka, on wydawał się zachwycony. No jasne, w porównaniu z moim codziennym strojem, czyli wyświnionym fartuchem na stary dres – ten wieczór to była oszałamiająca odmiana. Biała marynarka z lumpa i perełki pod szyją.  Nie miał pojęcia jak się czuję, bo faceci nie mają pojęcia, jak się czują kobiety wobec innych kobiet, a tylko to się liczy. On się prezentował znakomicie w swojej masce i garniturze z czasów dawnej świetności. Kiedy już wniesiono przystawki – usztywnione, farbowane wodorosty zwinięte na zielonej paście i trudne do zidentyfikowania w kategoriach rzeczy jadalnych otworzyły się drzwi i weszli spóźnialscy, bardzo znana para ludzi. I nagle żeńska połowa tej pary, obleczona w świecącą tubę z której wystawały nagie kończyny – zaczęła się wyginać, pląsać i rozdawać uśmiechy jak nie przymierzając miss Sosnowca na festynie w Rudzie Śląskiej. Był w tym rozmach graniczący z desperacją, coś absolutnie karykaturalnego, żenującego, strasznego, wstrzymałam oddech. Wyprowadzą ich? Poproszą o spokój? Ależ nic podobnego!  Ten występ okazał się całkowicie na miejscu. Taniec świętego Wita to znak firmowy w takich okolicznościach. Tak właśnie powinna się zachowywać nowa gwiazda tabloidów wkraczając ze swoim świeżo odebranym poprzedniej żonie słynnym, o wiele starszym mężem. Zostali rzecz jasna zwycięzcami konkursu a pani Kaczyńska wręczyła im srebrne jabłko i uciekła truchtem ze sceny w obawie przed zarobieniem pod oko, bo gesty laureatki robiły się coraz obszerniejsze. Czy to było na poważnie czy na jaja? – do dziś nie mam pewności.

Raz jeden bawiłam się naprawdę dobrze na przyjęciu u pewnego kompozytora. Siedzieliśmy przy wielkim, okrągłym stole i nagle się poczułam jak w mojej przedwiecznej rodzinie, gdzie wspólny obiad albo kolacja przypominały grę zespołową, trzeba było odbijać piłeczki z kilku kierunków a potem wybrać najbardziej emocjonujący. Zwiększyć prędkość i nasilenie wymiany zdań i tym samym przyciągnąć uwagę pozostałych graczy powoli przejmując dowodzenie i powodując wykruszanie się uczestników. Zostawić sobie jednego, nie dać się zaskoczyć ripostą, tę ostatnią, druzgocącą pozostawiając sobie. I mecz wygrany. A że przy okazji coś się jadło i piło, to już drugorzędna historia. Nie pamiętam, czy to była zupa czy kalafior.

Pamiętam natomiast, że nad kominkiem wisiał ogromny, niedobry obraz przedstawiający zapewne Szopena, bo Szopen na szczęście jest łatwy do rozpoznania ze względu na nos a dodatkowym ułatwieniem była profesja pana domu. Szopen w domu kompozytora to jak miotła w chacie czarownicy. Tutejszy Szopen miał głowę odchyloną w ekstatycznym uniesieniu, przedstawiony był z profilu od pasa w górę. A to moje ulubione dzieło sztuki – Szopen i George Sand – powiedział gospodarz, podszedł do obrazu, wskazał ręką Szopena, potem opuścił rękę niżej, jeszcze niżej w dół aż pod granicę ramy i wyjaśnił – tutaj jest głowa George Sand, ale jej nie widać.

Widać natomiast, że poprzeczka, w przeciwieństwie do tej głowy była tego wieczoru zawieszona całkiem wysoko.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.