04.01.2010
Jednak tracę wiarę. Tak, tak, wiem, jeśli życie ma sens to śmierć ma sens, ale miałam nadzieję, że Opatrzność odsunie od nas ten kielich. Jeszcze na jakiś czas. Jaki? Mam się teraz targować o każdy miesiąc, rok?? Mało piszę o chorobie, to prawda, omijam temat. Jakoś nie chcę, a może nie mogę? Mogłam o śmierci ojca, o cierpieniu zwierząt, o wszystkim, ale nie o jego chorobie. Nie modliłam się nigdy o wyzdrowienie, bo modlitwa mnie nie przekonuje, przeciwnie, modlitwa mnie wkurwia. To całe poddaństwo, błaganie na kolanach jak żebrak przed królem. Przecież dobrze wie, czego bym chciała. Może jeszcze na piśmie prośby kierować? Ludzie zamawiają mszę, ludzie mają dobrze, ci, którzy wierzą, że można zamówić mszę w kościele, jak zapas mąki na zimę można zamówić w hurtowni. Jestem na to za mądra, ale mądrość nie pomaga. Pomaga pokora i świadomość, że to nie mój cyrk, nie ja decyduję jak będzie lepiej dla wszystkich. Z cierpieniem fizycznym się nie dyskutuje i tu się zgadzamy. Wierzę, że w ostateczności zawsze chodzi o granice cierpienia. Tego rodzaju myśli to dowód, że tracę wiarę w proste rozwiązanie, w takie, które jest oczywiste i pierwsze przychodzi do głowy – nie ma śmierci, w każdym razie nie teraz. Dotychczas nic nie było w stanie mnie złamać, żaden zły wynik ani gorszy dzień, bo brałam pod uwagę tylko proste rozwiązanie. Wyzdrowienie było dla mnie oczywiste mocą miłości. Jakoś dzisiaj doszło do mnie, że może moja miłość okazała się zbyt ziemska, że się tak wyrażę. Przecież życie, to także wieczność. Powinno mnie to wznieść na wyżyny. Ale póki co -spycha do doła.
10 luty. 2010 zima.
Dzisiaj rano zima, wczoraj też zima, jutro też. Lepiej, żeby była jutro zima, niżby miało nie być jutra. Oprócz zimy nikt nie ma się dobrze. Śmierć krąży w nocy po ogrodzie. Śmierć jak z Malczewskiego.
M poddał się chorobie a u mnie tunel bez światełka. Brnę w ciemnościach, jak kret.
„Samsara Disco” w tym nie pomaga. Ilekroć jedzie zagrać ten wydumany, słaby spektakl zastanawiam się czy nie umrze na scenie. Ta sztuka jest nie tylko niedobra, jest przeklęta. Wziął rolę po Tadziu, który nie przeżył prób. Już są ofiary w ludziach a zabawa trwa. Za każdym razem podróż do Wrocławia, poniewierka. Ja w ogóle nie przepadam za teatrem – powiedziała żona aktora. Film daje możliwość zejścia z planu, jeśli ktoś nagle dostaje zawału, w teatrze zdychaj przed publicznością i to jest ten Szekspir w pełnym wymiarze.
Moje wrażenia po premierze – niesmak. A może po niegdysiejszych spektaklach Kantora każda ekstrawagancja wydaje mi się nędzną próbą przelicytowania mistrza? Mistrza nikt nie prześcignie, bo większego świra, potwora i dręczyciela świat już po nim nie wyda, to był pojedynczy wybryk natury i splątanie genów. Kantor kumulował w sobie taką ilość szaleństwa, szyderstwa, goryczy, okrucieństwa i wyobraźni, że w połączeniu z niezwykłą wprost zdolnością przeobrażania tego piekła w przedstawienie wygrał na zawsze w konkurencji zwanej wizualizacją. Początkowo tylko rysował i konstruował dziwne przedmioty – maszyny, parasole, kukły, ale to mu nie wystarczyło, sięgnął po żywych ludzi. Jego spektakle zapamiętam do końca życia, podobnie jak warunki, w jakich je oglądałam. Koszmarne. Widownię też miał kompletnie za nic, całość wrażeń to było jedno wielkie pogwałcenie praw człowieka. Pościskani jak śledzie w śmierdzącej piwnicy pełnej dymu, dusznej i ciasnej, ścierpnięci, spragnieni, ale jednocześnie sparaliżowani widowiskiem, muzyką i obecnością na scenie Wielkiego Maga wytrzymywaliśmy do końca, zresztą i tak nie dałoby się wyjść. Potem, ilekroć przychodziłam do Cricoteki, gdzie pracowali moi znajomi – panicznie się bałam nie tylko spotkać Kantora, bałam się go w ogóle zobaczyć, chociaż byłam już dorosła i nie wierzyłam w diabły. Opowieści o diabłach to był pikuś w porównaniu z opowieściami o Kantorze. Od tamtych czasów w teatrze zawsze siadam z brzegu, w kinie wybieram miejsca blisko światełek z napisem „wyjście”, jestem zrażona do widowni jako pomieszczenia, gdzie bywałam uwięziona, skazana na to, co zobaczę bez możliwości zrezygnowania z dalszego oglądania. Kiedyś cały Kraków był upchany po piwnicach i nigdy z nich nie wychodził. Wszystkie większe wydarzenia kulturalne odbywały się dwa metry pod ziemią a nad nami resztki dnia sączyły się jaśniejszą smugą przez małe okienka. Zawsze się zastanawiałam co by było, gdyby nagle tamtędy zrzucono na scenę węgiel albo ziemniaki. Polska podziemna miała i ten, dosłowny wymiar.
Kantor był znany na całym świecie, takiego mutanta, kanibala, psychola i geniusza w jednym nie dało się nie zauważyć. Grzebał się we własnej duszy, a ta niewątpliwie była polska, ale gdziekolwiek by się ulągł uwolniłby uniwersalne upiory obywając się bez tłumacza. Aktorów pożerał razem z butami, po świecie chodziły ich wątłe cienie. Role obłąkanych trwale ich odmieniały, nie tylko w sposobie gry. Nawracająca epilepsja wchodziła im w krew, jak tresowanym niedźwiedziom taniec.
Dzisiaj tego rodzaju władca absolutny zostałby osądzony i strącony z piedestału jako zwykły „human molester”. Dostałby zakaz wykonywania zawodu, więc może dobrze, że się urodził sto lat temu. Dobrze tylko dla teatru. Był klasycznym przykładem tyrana, demagoga, manipulanta, szantażysty emocjonalnego i chama, ale nie on jeden. Podobnie postępował Grotowski ze swoimi tancerzami, bo tak sobie głupi ludzie wyobrażają boskość sztuki i jest na to ciche przyzwolenie. Podejrzewam, że niewiele się zmieniło, a im większe miernoty, tym usilniej czerpią wzory zachowań od tamtych bezkarnych, choć niewątpliwie utalentowanych kabotynów..
Jest jakaś potworność w zawodzie aktora, w instrumentalnym z założenia traktowaniu ludzkiej jednostki. Blisko temu do wszelkich najgorszych dewiacji, to założenie je wręcz prowokuje. Teatr powinien pozostać na zawsze kukiełkowy, nie powinniśmy w to angażować żywych ludzi. Dawni „komedianci” to nie była elita i coś się dziwnego porobiło, że teraz jest. Może w ten sposób podświadomie tuszujemy przykrą prawdę – aktor jest niewolnikiem czyjejś wizji, a człowiek nawet własnej wizji nie powinien się poddawać bezkrytycznie.
No właśnie, a on tymczasem chory, z wodą w brzuchu, wyniszczony po nocach nieprzespanych z powodu strasznych kurczów w nogach i rękach pojechał grać. Mokry śnieg zalepia mu teraz szyby na autostradzie do Wrocka.
18 luty. 2010
Klęska odwilży, nie mogłam dojechać do domu. Dziwne uczucie, niby za kierownicą a bezsilna. Kiedy pojazd odmawia posłuszeństwa, to tak jakby organizm odmawiał. Siedzę we wnętrzu samochodu a on robi ze mną co chce. Kręci się, wpada w zaspy, tańczy w koleinach, koła obracają się w miejscu, potem nagle ruszają wielkim susem i znowu zaspa i wsteczny i do przodu i kolejna zaspa. Wysiadłam na miękkich nogach i podziękowałam za cud. Wiedziałam, że to był cud, droga do domu była nieprzejezdna. Ktoś pomagał pchać auto, ktoś je w ostatniej chwili wyprowadzał z poślizgu. Wciskałam gaz, bo miałam pewność, że dojadę. Trudno opisać tego rodzaju wewnętrzne przekonanie, przysięgę absolutu, wielki Happy End wyświetlony po wewnętrznej stronie czoła w sytuacji kompletnego kryzysu, w samym środku kataklizmu. Nigdy mi się takowy nie pojawił na myśl o chorobie M., ekran pozostaje zawsze czarny. Wieczorem szumi deszcz i zmywa śniegi. Dziwne pomieszanie czasów.
19.02.2010
Wielki Maks rzucił się na Pikera i usłyszałam skowyt, straszny skowyt żywcem zjadanej ofiary. Sprałam Maksa kapciem i wywaliłam brutalnie za drzwi, pędzę opatrywać rany a tu patrzę – mały symulant przeciąga się z satysfakcją pod stołem. Następnym razem strzepie mu tyłek bez mojej interwencji. Ach te psy.
20.02.2010
W polskiej, przerwanej przez wojnę historii jeździectwa i hodowli koni – przerwa trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na poprawę. To co nazywamy jeździectwem jest ignorancją i okrucieństwem. Głupotą i niewiedzą a w konsekwencji – dramatem zwierząt. Jedyne, co nasza, pożal się Boże elita finansowa zdołała załapać w kwestii koni, to fakt – że należy kupić konia z rodowodem. Podobnie zresztą postępują „miłośnicy” rasowych psów. Polacy nie powinni się w ogóle zajmować hodowlą i posiadaniem zwierząt, dopóki Polska jest krajem ziemniaka, boczku i karkówki. Dopóki ekologia jest przedmiotem drwin i dopóki rządzą kościelne absurdy o tym, że zwierzę nie ma duszy. Przy takim założeniu nawet te najbardziej rasowe stworzenia będą cierpieć niezależnie od papierów i metryk, bo prawo do ich posiadania mają ludzie papierów pozbawieni – ludzie bez wykształcenia, wiedzy, pojęcia, umiejętności, wrażliwości a nade wszystko pokory. Czy jesteś beretem, półinteligentem, karkiem, gangsterem, alfonsem czy innym – w swoim pojęciu przedstawicielem wyższego gatunku – pieniądz uzupełnia wszelkie braki i możesz kupić bardzo wartościowego konia albo psa. W ten sposób zwierzę w swoim założeniu szlachetne okazuje się na swoje nieszczęście szlachetniejsze od ciebie.
Psy rodzą się w klatkach i innych strasznych miejscach, a konie w stajniach, gdzie nie bywa kowal, weterynarz i w ogóle człowiek. Mamy więc dzikie trzylatki, które nie okazały się mistrzami sportu, zwłaszcza, że nie było śmiałka, który odważyłby się do nich podejść a co dopiero osiodłać. Kończą sprzedawane na rzeź. A niesprzedane rasowe psy lądują w schroniskach, na łańcuchach albo na ulicy o ile im się uda przeżyć. Tak jest zawsze, kiedy się połączy szlachetne z prymitywnym. Bo czymże się różni chłop z kasą od chłopa z kosą? Na razie niczym.
Kwiecień już, dużo czasu upłynęło, a raczej przetoczyło się jak ślepy walec.
10 kwietnia 2010.
Miałam mieć dzisiaj wernisaż w Kielcach. Nigdy się nie cieszę na żaden wernisaż, tak już mam, ale odwołany wernisaż też mnie nie uradował. Okazało się, że w katastrofie samolotu, który zdążał razem z całą polską wierchuszką na obchody rocznicy Zbrodni Katyńskiej zginęli bez wyjątku wszyscy. Jak się z tego nie zrobi wojna polsko- ruska pod flagą biało czerwoną – będzie cud. Zginęła nasza brzydka prezydentowa i niewydarzony prezydent. Zginęli marszałkowie, posłowie, piloci, stewardessy, oficerowie, ochroniarze, opozycjoniści i działacze Solidarności. Co chciałeś powiedzieć Polsce drogi panie B?
11 kwietnia 2010.
Media szaleją, żałoba narodowa paraliżuje umysły, kraj pozbawiony najwyższych władz państwowych chwilowo stracił tożsamość. W tym samym czasie choroba M. osiąga stan zenitu. Wrogi i chmurny wylądował pod kroplówką w Kielcach. Jego stan psychiczny okazał się wynikiem drastycznego spadku sodu. Co znowu?? Kolejna diagnoza i zmiana leków. Za dużo leków. Nie można się żywić lekami mając chorą wątrobę. I dziwić się, że nastąpiło „całkowite załamanie struktury chemicznej organizmu”. Przez ostatnie pół roku M. konsekwentnie się wyniszczał w ramach absolutnego posłuszeństwa lekarzom. Gigantyczna torba z tabletkami, płynami, suplementami i całym syfem, który miał w siebie pakować kilka razy dziennie przypominała magazyn broni chemicznej. Mówiłam wyrzuć to, spróbuj przez kilka dni odstawić, bo połykanie piguł cię zabija. Ostatnio jakiś lek o nazwie cyklonamina czy inne kurewstwo nazwane przeze mnie cyklonem A i B. Nie protestował, łykał. Rzygał, pluł i łykał dalej. Posłuszny jak robot. Nie słuchał siebie, czepiał się kretynizmów w rodzaju zbawiennych właściwości twarogu albo unikania soli. Nie potrafił być bezradny, nie powiedział sobie nigdy, że nie daje rady, że się poddaje, poddaje losowi. Los nie miał z nim szans. W szpitalu w Kielcach zastałam zgaszonego, przestraszonego człowieka. Był zupełnie zdezorientowany. Siedzieliśmy w tej jego izolatce jak para zbiegów przyłapana na kradzieży w obcym mieście. Co takiego chcieliśmy ukraść? Trochę czasu?
29 kwiecień 2010
„Skończyła się walka o zdrowie, zaczęła się walka o życie” – powiedział M. do swojego dyrektora teatru i poprosił o zwolnienie z prób.
Przewieźli go karetką do szpitala w Warszawie. Jakaś szurnięta ciotka dzwoniła z tajną informacją, że „jest wantraba na przaszczap”. Ale gdzie ta „wantraba” i kiedy „przaszczap” nie umiała sprecyzować.
30 kwiecień 2010.
M blady jak trup, opuchnięty, wypełniony płynami, które stoją w jego brzuchu jak w zatkanym zlewie. Niezmordowana kroplówka wlewa mu do organizmu kolejne trujące ciecze. Poddał się do reszty lekarzom, lekarstwom i zabiegom. Patrzy w sufit, trzymam go za rękę, niewiele z niego zostało, chude ramiona, zapadnięta pierś, ale nogi i brzuch jak u słonia. Waży prawie sto kilo, nie może chodzić. Wożę go na wózku od paprotki do paprotki. „Krzyż żegna swojego Chrystusa” – powiedział mi wczoraj na do widzenia.
2 maj 2010
Wernisaż – przełożony z dziesiątego kwietnia. Drugi raz nie mogę odwołać, a chętnie bym to zrobiła. Proszę o usprawiedliwienie mojej nieobecności w dniu 2 maja 2010 na wernisażu w Kielcach. Albo – proszę o odwołanie wernisażu z powodu choroby gwiazdy programu. Nic z tego, całe Kielce już w blokach startowych, jedziemy, konie sprowadzone do stajni (co brzmi prawie jak zaprzężone do bryczki), kraj zakończył żałobę narodową, pan domu na intensywnej terapii, psy nakarmione, niebo nad nami ciemne, myśli w głowie ponure, chcę się napić. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym miała udany wernisaż, prawdopodobnie nie powinnam była studiować na ASP. Jak wygląda udany wernisaż, pytacie państwo? Przecież tłumy u mnie na tych wernisażach i wino się leje strumieniami a komplementy latają gęsto, recenzje, jeśli jeszcze ktoś takie pisze – zawsze pełne zachwytów. Wszystko gówno, udany wernisaż to kasa w kieszeni, ale takie wernisaże są tylko na filmach od 13 lat. Prawdziwe życie to pięć kolejnych zamówień na portrety, czasem jeden sprzedany gwasz, masa roboty z oddawaniem obrazów właścicielom, bo przecież są wypożyczone. Kończę wdeptana w ziemię jeszcze mocniej, jeszcze głębiej. Czemu nie poszłam na dziennikarstwo? Mogłabym teraz spokojnie wypytywać o szczegóły dotyczące schorzenia słynnego małżonka artystki– czy to rak, czy Hiv i jak mu się umiera, kiedy ja szaleję po galeriach. Galeriach sztuki. Jako autor malowideł muszę niestety przebrnąć całą tę szopkę, poumawiać się na robotę i upić a potem wyleczyć kaca.
Prawda jest taka, że nienawidzę wernisaży tak swoich, jak i cudzych. Tego targania obrazów przez jakieś niedostępne dla samochodów skwery dzielące parking od miejsca straceń. Ustawiania, oświetlania, siedzenia do późnej nocy z nieszczęsnymi pracownikami różnych Ośrodków Kultury, Centrów Artystycznych i Pawilonów Wystawowych. Gadania co autor chciał lub nie chciał powiedzieć. Pierdolenia o moich inspiracjach, o warsztacie i technice, to mnie nie kręci, nie kręciło nigdy, ja niczego nie przeżywam, pracuję jak każdy człowiek. Czy normalni ludzie muszą się nieustannie zastanawiać co czują, kiedy pracują??? Co pan czuje przybijając tutaj tę zgrabną piecząteczkę, podpisując papierek, zawijając cukierek w sreberko. I te rzutkie dyrektorki od kultury, które wiedzą więcej o moich twórczych zmaganiach niż bym była w stanie sama wymyślić. Wszyscy się okłamujemy, te obrazy są jedynie mistrzowskim pokonaniem niechęci do roboty. Nawet Maciek się nabrał, nawet on. Ja już dawno nie mam radości z malowania. Jest jak zdobywanie góry, po raz setny tej samej i dlatego bez emocji towarzyszących wspinaczce. Znam tę górę na pamięć, każdy zrąb i uskok. Nie polecę. I jak się potem upajać zwycięstwem, śmiech. Lepiej walnąć flaszkę. Może dlatego moje wernisaże są życiową przegraną w moim pojęciu, nawet jeżeli pojęciu niektórych wydają się sukcesem.
A teraz jeszcze on umiera. Bo on umiera w opinii tych, którzy coś wiedzą o umieraniu, ja nie wiem.… On umiera a tłumy, prawdziwe tłumy napalonych znawców przybyłe tutaj z ciekawości niezdrowej i podszytej okrucieństwem pragną mnie skomplementować, tak na wszelki wypadek, a nuż dojedzie ten słynny aktor. Pan dyrektor przy mikrofonie, pani Ziuta biega z tacą, dzwonią szklanki, dzieci pytają, czy coś sprzedałam, jakiś oszalały weterynarz klęka przed obrazem z wronami. Zamiast klękać wyskakuj pan z kasy, bo nie mam z czego żyć pośród tych zaszczytów.
Podobało się? Pewnie, nikt tak nie umie. Żeby się zesrali, nie potrafią ludzie dzisiaj dobrze rysować i malować, zwłaszcza portretów. Ja potrafię. Potrafię w każdych okolicznościach, takich też. Profesjonalizm, kurwa.
08.05.2010
Jestem w naszym warszawskim mieszkaniu a on cały czas w szpitalnym łóżku z brzuchem pełnym wody. Przechodzi wszystkie koszmary ostatnich tygodni ciąży, z tym, że to nie jest ciąża. Z jednej strony najlepsi lekarze, z drugiej wstawiennictwo Dalajlamy, a z trzeciej ja i moje układy z Opatrznością. I on sam, oporny na lekarstwa a może i na nas wszystkich. Czeka na jakiś straszny zabieg o durnej nazwie TIPS i bynajmniej nie są to sztuczne paznokcie. Coś bardzo niebezpiecznego, ale widzę, że się cieszy jak kret na słońce.
9 maja 2010
Dostałam sms, czuje się znacznie lepiej. Ale prawdę rzekłszy dalej nic nie wiem. Brak łączności to mało powiedziane, jest zerwana, spaliło druty.
Nigdy nie byłam tak całkowicie i bez reszty zdana na tajemnicę. Ponura zabawa w ciuciubabkę, jakbym zadawała kłopotliwe pytania. Jakbym chciała wiedzieć za dużo. Jakbym była całe życie ślepa.
Zwycięstwo Opatrzności to jedyne w swoim rodzaju zwycięstwo, które nie kończy się porażką zwyciężonego. Są chwile, kiedy wszyscy mi mówią – jest źle, bardzo źle. Ale odbieram to ze spokojem, bo nic nie wiem. Dopóki nic nie wiem, nic się złego nie stanie.
Mimo to, odcięta od wewnętrznego Głosu – stąpam niepewnie.
9 maj 2010.
Wróciłam ze szpitala padał drobny deszcz. Na pustym placu przed naszym blokiem samotny chłopiec kopał piłkę. Toczył ją po ramieniu i łapał, podrzucał, przetaczał między nogami, chudy, z tym przerostem kończyn jaki miewają nastolatki, strasznie wysoki. W milczeniu, w dziwnym transie. Może to w ogóle byłeś Ty.
zdjęcie profilowe – Maciej Toporowicz.