CZWARTY WYMIAR ALBO EPIZOD Z ŻYCIA WIECZNEGO

SIERPIEŃ 2022

Lata świetlne minęły, czyli dwanaście razy 365 dni razy 24 godziny razy ja. Czytam zapiski poczynione późną jesienią 2010 i zęby bolą. Imponująca autoterapia doprawiona goryczą i osłodzona wspomnieniami, coś czego nie powinnam nigdy publikować. Literatura jest trochę jak polityka, nie wystarczy pisać lub działać, obie te dziedziny wymagają czegoś o wiele bardziej wyrafinowanego. Należy je mianowicie z rozmysłem uprawiać. Za wyjątkiem pojedynczych, natchnionych improwizacji musi być przestrzegane rozgraniczenie pomiędzy dziennikiem a spisem wydatków, wspomnieniami a  listą dłużników czy kochanek. Rzeczy pisane wyłącznie z potrzeby chwili, na użytek własny – nikomu innemu się nie przydadzą. Na miejscu Gombrowicza załamałabym się publikacją Kronosa. Jaka stąd nauka? Trzeba niszczyć prywatne zapiski, nieudolne szkice, żałosne wypociny okresu dojrzewania, trzeba za sobą sprzątać, bo inaczej może się zdarzyć nieszczęście. Różni sprytni łowcy skandali znajdą, wezmą i upublicznią, a wtedy autor nie może sobie nawet wykopać grobu, bo przecież biedak już dawno w nim leży. Złodzieje tajemnic zgarniają hajs, a naród bezkarnie się pastwi nad czyimś intymnym życiem, nerwowym załamaniem, skłonnościami do hazardu i tak dalej, czyli robi to, co aktualnie wszyscy lubią najbardziej – żeruje na prywatności. Pisanie Dziennika nie powinno narodowi dawać takiej szansy. Dziennik to nie jest ekshibicjonizm ani spowiedź, tylko literacka forma zaprezentowania własnej osoby w takim świetle, jak sobie tego życzy autor. Wszystko, co mogłoby zepsuć zamierzony efekt autor powinien wsadzić do pieca i patrzeć, jak płonie. Ktoś się nie zgadza? Niechże więc wysyła swoje wnętrzności w eter, wiem, że teraz ludzie tak robią i ludzie to lubią, ale literatura to nie instagram. I nie powinna się zniżać do tego rodzaju chwytów.

Zima roku 2010 to w moim przypadku nie był czas przejmowania się formą i trzymania stylu. Było to klasyczne pisanie w ramach radzenia sobie ze stratą, a nawet z obłędem, bo rozdźwięk pomiędzy tym, co ludzie nazywają żałobą a tym, co w istocie czułam był trudny do pojęcia. Podobna skrajność dawała się zauważyć dookoła. Wszystkich ogarnął dziwny szał, jakby jechali na przeciwstawnych obrotach. Od chęci rozdziobania wystawionej na atak wdowy po akty bezprecedensowego miłosierdzia i hojności.  Moje uczucia wobec tego, który już się nie mógł bronić, ani niczego prostować też nieustannie balansowały pomiędzy dojmującą tęsknotą a rozczarowaniem.  Mimo przedłużającej się nieobecności wciąż pozostawał człowiekiem jak każdy. Ale jak każdy po śmierci był duchem. Rozmowy z duchem sprawiały, że topniało mi serce, gdy tymczasem fakty wskazywały na spore zaniedbania ze strony człowieka. W mojej skołatanej głowie był na przemian aniołem i gangsterem Toczyłam właśnie największą w moim życiu batalię o przetrwanie, także o przetrwanie miłości, bo teraz dopiero zaczęły się schody. W życiu się tak nie bałam o siebie i dzieci. Nie zrobił niczego z rozmysłem, ale nie miał pojęcia, jak mnie ugotował. Mało w sumie o nim wiedziałam, na przykład nie wiedziałam, że ma ojca. Mówił, że nie ma.

Chciałam poznać M., bo dotarło do mnie, że ta wiedza jest warunkiem zrozumienia, co się właściwie wydarzyło. Metafizyczny sens naszego spotkania zależał od szerszego kontekstu, gdzie każda historia jest przypowieścią, jak chciał Claudel.

Śmierć jeszcze bardziej zaciemnia obraz człowieka, czy też lepiej byłoby powiedzieć – sztucznie go rozjaśnia. Śmierć to najlepszy botoks. Za wyjątkiem skrajnych nieudaczników, sępów i szumowin – po śmierci każdy nabiera cech świętości, twarz mu się wygładza do platońskiego ideału i jakoś niefajnie dziecinnieje, tracąc całą złożoność, nie mówiąc już o poczuciu humoru, które znika jakby było czymś niestosownym. To nie jest dobra chwila na uzupełnianie życiorysu, ale lepiej późno niż wcale, jak mówiła baba spóźniając się na pociąg.

Przy okazji porządków w warszawskim mieszkaniu znalazłam pożółkłe teksty i notatki, które teraz mogłam bezkarnie przeczytać. Było tego całkiem sporo, bo M. był człowiekiem piszącym. Używał drogich piór i atramentów, zamieszczał eleganckie wpisy na okładkach adresowników, skrzętnie odnotowywał ulubione cytaty z książek, wysyłał odręcznie pisane listy na czerpanym papierze.  Bez poprawek wykaligrafował świetny komentarz do mojej wystawy, chciałam, żeby go zamieścili w charakterze zdjęcia, ale jeden z drugim idiota przepisał go na kompa, wydrukował a oryginał wyrzucił…. Pośród szpargałów i przeterminowanych dokumentów natrafiłam na kilka perełek, ale i wpadek, których na pewno nie zamierzał nikomu pokazywać. Między innymi zeszyt będący w zamyśle Dziennikiem, datowany po wyglądzie na początek lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Tak zwany brulion w szeroką linię. Papier klasy trzeciej, najeżony drzazgami jak nieheblowana decha. Od pierwszego zdania zrobiło się ciekawie. Wklinowana pomiędzy tapczanem a wyciągniętą szufladą jak złodziej, który zapomniał po co przyszedł pochylałam się nad historiami z czasów, kiedy miał ciało, na dodatek młode i zdrowe. Z racji swojego obecnego stanu, który można określić jako lotny – nie mógł przerwać tej brutalnej inwigilacji i walnąć mnie w łeb nieszczęsnym brulionem. Wyluzuj! Nie trafiło na redaktorów Życia na Gorąco. Racz uznać coś, co sobie z determinacją wywalczyłam a mianowicie prawo do wizerunku. Twojego wizerunku. Możesz więc sobie do woli latać po domu i próbować mnie ugodzić czymś ciężkim jak Patrick Swayze, kiedy próbował ratować Demi Moore i trafił w kota. Na szczęście kot był już u babci w Krakowie.

Końcówka komuny to były jeszcze czasy bez aids, bez zakazu aborcji, bez Radia Maryja i praktycznie bez rozrywek. Poza seksem, który w tych okolicznościach był bezpieczny i niezobowiązujący. Co prawda uczucia szybko przemijały, ale za to przyjaźnie kwitły, z rzadka przeistaczając się w związki. To naprawdę cud – przeżyć całe życie z jednym człowiekiem. Dlatego dobrze jest się rozejrzeć zanim się trafi na odpowiednie lądowisko, jednak w granicach rozsądku. (Są takie granice w tej materii?) Chodzi o to, że nie powinno się, moim zdaniem w nieskończoność przestawiać rozkładu lotów. Grozi popadnięciem w rutynę. Maminsynki w rodzaju M często w nią popadały.  Kobiety natomiast zagrożone były przymusowym lądowaniem, cokolwiek ten przymus może oznaczać. Patrząc na dzisiejszą młodzież widzę masę obostrzeń. Wyjściem jest rozwiązłość wirtualna. Czysto, tanio i bezpiecznie. Wtedy tak się nie dało, wtedy życie było bliżej. Zamiast tindera i skypa – witanie nowego dnia w obcym mieszkaniu z obcym ciałem i kacem gigantem. A poprzedniego wieczoru człowiekowi się wydawało, że znalazł miłość życia. O tym mniej więcej traktuje brulion. O tym, co było rano.

„Sodoma i Gomora” Prousta opisuje seksualne przygody ludzi z najwyższych sfer w sposób skończenie elegancki. Na tym polegają możliwości języka literackiego. Zapiskom M daleko było do poziomu Prousta zarówno pod względem fabuły jak formy, ot – zwyczajne poszukiwanie miłości tam, gdzie jej nie ma, ale czytało się to dobrze. Biorąc pod uwagę dzisiejsze wymogi spokojnie mógłby z tym trafić na półkę z tak zwaną literaturą obyczajową w Empiku. Ale dzięki mnie nie trafi. Ten sam los spotka moje teksty z czasów żałoby, egzaltowane, niespójne, zbyt osobiste. Książka, którą o nim napisałam głównie po to, żeby jej nie napisał nikt inny – została w miarę dobrze oceniona i nie trafiła na „obyczajowe”. Taki miałam zamiar.

Jedno jest pewne – pełną rozterek egzystencję samotnego bon vivanta nieodwracalnie zmieniła choroba i ja. Pytanie na ile choroba, na ile ja?

Czas podobno nie istnieje według świętego Augustyna i fizyków teoretycznych, w każdym razie nie liniowo i nie tak, jak nam się wydaje. Ale jakkolwiek nam się wydaje czas to trzecie oko. Im dalsza przeszłość tym lepiej widać jej sens, główne wątki, przyczyny i skutki, wszystko się wyjaśnia i nabiera cech przeznaczenia. Nasze wspólne sześć lat jest już zamkniętym epizodem, bo ostatecznie nie pozostawiło żadnych widzialnych śladów. Warszawa wróciła do swoich warszawskich salonów a ja wróciłam do samotnego życia, znowu jestem samowystarczalna. Jednak ów epizod był dla nas rodzajem katharsis. Postrzegać go należy w kategoriach wieczności a nie historii. Nie jest ważne, że mnie zostawił, ani to, jak mnie zostawił. Że był znanym aktorem a ja nieznaną artystką. Że on umarł a ja żyję. Niezależnie od tego kto jaką datę ma lub będzie miał wyrytą na nagrobku i co kto o nas jeszcze napisze, powie lub przemilczy – przeszliśmy całkowite duchowe przeobrażenie dzięki sobie nawzajem. Niewiele czyniąc, w niedługim czasie staliśmy się kompletnie innymi ludźmi w porównaniu z tym, jacy byliśmy  bez siebie. Kto raz wdepnie w czwarty wymiar – nigdy już nie wróci do poprzedniego życia. Dotyczy to nas obojga niezależnie od tego, gdzie i na jakim świecie przebywamy w tej chwili. Nie ma to naprawdę żadnego znaczenia.

Ilustracja – Agnieszka Kowalska – fragment obrazu.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.