Helikopter w ogniu sumienia czyli dlaczego dozorca to złotówka. Dziennik 2011 z perspektywy września 2022.

Październik 2011 – z perspektywy września 2022

Kontynuując temat tłumów, nad którymi krąży helikopter z papieżem zawsze mi się przypomina przygoda z moim psem na plaży w Jelitkowie. Za chwilę obrażę uczucia religijne tych, którzy jeszcze się nie obrazili poprzednim wpisem, jeśli kiedyś jakimś cudem będą to czytać. Niestety ludzkie skojarzenia są niezależne od wszelkiej cenzury. Każde wydarzenie ma jakiś pierwowzór albo odpowiednik, bo myślimy i działamy według schematów, łamanie ich wymaga wzmożonej samokontroli a ta nie zawsze nadąża. Odruch porównywania sytuacji, obrazów, zdarzeń jest dla umysłu jak scrabble w deszczowy dzień. Zasady gry są zawsze te same, zmieniają się tylko rekwizyty, osoby, czasy, okoliczności. Życie to nieustanne porównania, których źródłem jest uporządkowana baza danych a efektem kolejna aktualizacja. Stąd księgi biblijne drobnym maczkiem pisane, a wciąż o tym samym.  Stąd wiersze poetów. Symfoniczna prawda. Złoty podział oparty na matematycznym układzie liczb i szalona myśl, że „cała natura jest ikoną Boga a historia przypowieścią”.  Leonardo da Vinci katalogował nosy, kształty głów, rozstawy oczu i kroje ust, a potem przypisywał je twarzom ludzi, stwierdzając powtarzalność linii i proporcji. Podobnie rzecz się ma z emocjami. Przeżyjmy to jeszcze raz – tego od nas oczekuje głodne serce.  A umysł, który nie potrafi siedzieć bezczynnie od razu ustawia przeszkody i wkłada kij w szprychy według wypróbowanych zasad.  Aby za chwilę zabrać się po raz setny za rozwiązywanie tego samego problemu.

Miewam sen, że ktoś mnie zdradza, nie zawsze jest to ktoś, kogo znam, ale wiadomo, że chodzi o zdradę. Budzę się rozczarowana. A kiedy indziej chodzi o odgrzewane kotlety, bardzo przekonywujące. Budzę się zdezorientowana. Często mi się śni, że kogoś spoliczkowałam (!). Budzę się chmurna. Albo za kimś biegnę i wiem, że tylko pogarszam sprawę. Budzę się z poczuciem wstydu i klęski. Emocje się powtarzają, historie są różne. Nie ma znaczenia kto jest na scenie, jesteśmy aktorami odgrywającymi wciąż ten sam spektakl w zmienionych obsadach i dekoracjach. Prawdziwi dopiero wtedy, kiedy ten zaklęty krąg kolejnych przedstawień nas wypluje, bo ile razy można przeżywać oczarowanie, flirt, namiętność, znudzenie, zdradę, wypalenie, odejście. I od nowa, i od nowa. Rzecz jasna schematy są wszędzie, nie tylko w kwestiach uczuć, ale mnie ten katalog emocji najbardziej zadziwia. I to, że wciąż jesteśmy spragnieni powrotu na scenę, że poza nią życie wydaje się puste. Strach przed opuszczeniem sceny jest jak bezdech. Bo co zostanie, kiedy znikną emocje? Czy będziemy jak rośliny? Jak ryby?

Wbrew pozorom scena to nie jest jedyne życie człowieka. Zawsze chciałam z niej zejść, czy też raczej wznieść się trochę wyżej i w końcu się udało. Prawdziwe życie nie jest teatrem. Ani teatr nie jest prawdziwym życiem. Wolność jest wolnością od chęci przeżywania wszystkiego raz jeszcze. Emocje są jak narkotyk, wolność jest jak trzeźwość. Nie jest łatwo odstawić dragi i pozostać trzeźwym, ale szczęście tego wymaga. Tego i niczego więcej.

Wracając do porównań, które umysł kataloguje skrzętnie, nie bacząc na świętości – kiedy nieszczęsny helikopter z papieżem kołował nad mrowiskiem ludzkim usiłując wycelować w niewielki, wydzielony kwadrat murawy – przypomniał mi się mój pies na plaży w Jelitkowie. Miałam może dwanaście, trzynaście lat.  Marzyłam o tych wakacjach, ale okazały się koszmarem z najgorszych snów. Plaża była nabita ludźmi. Parawan graniczył z parawanem, leżak z leżakiem a przestrzeń pomiędzy nimi wypełniały przylegające do siebie maty, koce, ręczniki i gąbki. Pies próbował się wypróżnić rozpaczliwie poszukując choćby kawałka piaszczystego miejsca. W końcu je znalazł i walnął kupę pomiędzy dwoma materacami, na których ludzie leżeli głowami do siebie. Między tymi głowami udało mu się precyzyjnie umieścić ładunek.

Nie jest to, przyznaję – skojarzenie w dobrym guście, ale dowód na to, że
ludzki mózg jest tylko doskonałym urządzeniem opartym na systemie oprogramowania, w którym sumienie to tylko jedna z aplikacji oznaczona ikoną. Na przykład ikoną krzyża. Ikona desantu natomiast, oznaczona psią kupą zawiera wszystkie zapamiętane przeze mnie sytuacje precyzyjnego lądowania. Tych ikon jest cała masa, ale ich ilość jest skończona. Za każdym razem, kiedy mam potwierdzić tożsamość klikając „nie jestem robotem” – czuję, że to nieprawda. W wielu aspektach jestem. Moje myśli bywają dla mnie samej zaskoczeniem, podobnie jak moje sny i sposób zapamiętywania rzeczy, szybszy niż cenzura. Cenzura to też aplikacja oznaczona nożyczkami. Kolejność wyświetleń zależy tylko od ustawienia neuronów. Pozycjonowanie wyróżnia programy najszybsze i najprostsze. Sumienie, cenzura i przyzwoitość do nich nie należą.

Być może neurony zebrały po drodze jeszcze inne informacje z mojej prywatnej przeglądarki. W dzieciństwie, pod naszym domem na Warmijskiej, co roku, w czerwcowy dzień kończyła bieg procesja Bożego Ciała. Ogród – zarośnięty i duży – stawał się wtedy łatwym celem wycieczek „na stronę”. Jeśli furtka na nieszczęście pozostawała uchylona wierni wdzierali się w szpaler krzaków obrastających ogrodzenie i załatwiali to, co wstrzymywali przez całą drogę. Zanim ktokolwiek z domowników połapał się w zagrożeniu było po wszystkim. Mamy więc serię powiązanych hasztagów – tłum, wydarzenie religijne, lądowanie, wypróżnienie – i wyniki wyszukiwania w postaci wizyty papieskiej w Krakowie.

Dozorca to złotówka! Złotówka to pieniądz, pieniądz to forsa, forsa to grunt, grunt to ziemia, ziemia to matka, matka to anioł, anioł to stróż, stróż to dozorca.

Październik 28 .

A Iwaszkiewicz ciągle o malarstwie. A to wystawa, a to przypomnienie znanego obrazu. Sporo pisarzy, nawet wybitnych porywa się na bohaterów artystów i nie potrafią, nie są w stanie wyjść poza powszechnie pokutujący stereotyp – wersję dla kucharek i studentek historii sztuki. Ilekroć czytam taką książkę, mam ochotę krzyczeć – co ty człowieku wiesz o malowaniu!

A jednak cieszy mnie powszechna wśród ludzi kultury dwudziestego wieku znajomość malarstwa. Powtarzam – dwudziestego wieku. Wtedy to należało do dobrego tonu. Mój ojciec paleontolog zapytany o El Greco wiedział który jego obraz w jakim wisi światowym muzeum, także dlatego, że tam był i go widział. Ludzie jeździli po świecie głównie po to, żeby wchodzić do muzeów sztuki. Dzisiaj pokonują tysiące kilometrów, żeby leżeć brzuchem do góry w takim samym hotelu jak poprzedniego lata nad identycznym basenem. Zastanawiam się, co w obecnych czasach należy do dobrego tonu? Torebka od Louis Vuitton ? Ekspres ciśnieniowy za 7 tysięcy? Cokolwiek to jest, ma cenę. Znajomość literatury albo malarstwa jest prywatną sprawą każdego człowieka i nikt jej w dobrym towarzystwie nie wymaga, wystarczy, że masz na sobie to co trzeba i mieszkasz, jak trzeba. No cóż, tym bardziej odechciewa się malować. Ale są też sytuacje odwrotne, o których za chwilę.

 3 listopad.

Oddałam swój obraz do slumsów. Moim klientem był czterdziestoletni ślusarz z Kielc, zamówił portret podwójny swoich dzieci i zapłacił za niego trzy tysiące złotych, co zapewne stanowiło równowartość jego dwóch pensji. Zaprosił mnie na herbatę i sernik, w mieszkaniu czekała paskudna żona, umalowana jak bufetowa na dansing, w czarnych leginsach i z czerwonymi pazurami. Mieli jeden pokój i kuchnię, strasznie brudne, z wyleniałym, burym, śmierdzącym dywanem i wyplamioną wersalką. Wszystkie meble wyglądały jak znalezione na śmietniku, było zimno, pod stołem poniewierały się brudne skarpety, zabawki i zeszyty szkolne, panował nieopisany bałagan. Na wprost okna meblościanka z telewizorem, zapchana tym, czego reszta wylewała się na podłogę – pełno w niej było książek (owszem), skotłowanej odzieży, kapci i zabawek. Ściana nad wersalką dla odmiany została pomalowana na czerwono ( ?! ), wisiała tam kolekcja prywatna  dzieł sztuki zebranych przez ślusarza. Obraz nieznanego mi kieleckiego mistrza pędzla, zupełnie przyzwoity, jakieś uliczne portrety zdolnego Białorusina, któremu jednak bliżej było do placu Du Tertre niż do galerii sztuki, dwie akwarele z murzynami przywiezione, jak się dowiedziałam z RPA i na koniec coś, czego nie zdążyłam ocenić, ponieważ zostało szybko zdjęte ze ściany, żeby zrobić miejsce dla mnie. Powiesiłam rysunek i łyknęłam mętnej herbaty podanej w niedomytej szklance po nutelli. Ślusarz zrobił mi zdjęcie na wersalce pod moim obrazem. Siedzę na kocu, przypadkowo ten koc jest identyczny z tym, który ostatnio pocięłam do psiej budy, tylko mój był w dużo lepszym stanie. Toteż poczułam się jak w psiej budzie i nie było to miłe odczucie, chociaż kocham psy. Żona okazała się osobą, która wie coś o pogromie kieleckim, czyta publikacje na temat holocaustu i jest pasjonatem historii Izraela. Oczywiście, dodajmy, na swoim poziomie.  Sposób wysławiania się kontrastował boleśnie z tematem rozmowy, coś zupełnie nie do wyobrażenia. Jak zwiedzanie Czarnego Lądu z przewodnikiem, który wykazuje się ogromną wiedzą o świecie a wieczorem wraca do swojej trzcinowej chatki bez prądu i wody. Ale kasa kasą. Na tej strasznej czerwonej ścianie musiałam zostawić mój rysunek. Przedstawiał ich dzieci, ale był naprawdę dobry. Poczułam, jak bardzo moje obrazy są częścią mnie samej. Miałam ochotę wrócić, odzyskać go i oddać te cholerne trzy tysiące, cofnęłam auto, żeby wyjechać z parkingu i walnęłam w stojące za mną, na szczęście bez obrażeń.  Nie było nikogo na ulicy, więc uciekłam. Musiałam stamtąd zwiewać, chociaż słyszałam jak mój obraz krzyczał do mnie. Tyle za niego zapłacili, ale był w obcym miejscu, w którym nikt go nigdy nie zrozumie.  A może się mylę?

5 litopad.

Pewien chirurg, nabywca moich kilkunastu portretów wczoraj nagle odebrał sobie życie. Zaciągnął się – mówiąc językiem gąsawskim. Powodem jego samobójstwa była wieloletnia depresja na tle alkoholu.

Prawdę mówiąc śmierć nie robi już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś. Nie otwiera się we mnie otchłań niewiedzy, nie dymi czarna dziura. Śmierć nikogo nie unicestwia, raczej pozwala odzyskać prawdziwą postać.

To raczej początek niż koniec. Nie żal mi chirurga teraz. Póki żył – owszem.  Pozostaje pytanie, co z moimi obrazami? Miał ich całą ścianę, a one nie umarły, one wciąż żyją.

24 listopad 2011.

Odezwał się niejaki Yarek G, z Paryża. Odpisałam, że chętnie z nim wypiję kawę na lotnisku,  jeśli będzie w Warszawie. Na co on, zdziwiony, że Warszawa ma lotnisko. I żeby nie mówić Niemcom. To taki dowcip miał być. I dziwić się Iwaszkiewiczowi, że nie lubił Polonii. Żaden Francuz, za którego pan Yarek chce uchodzić – nie odpisałby w ten sposób Polakowi. To typowa postawa ludzi, którym historia spłatała figla i wolna Polska zaskoczyła ich w połowie „wielkich, zagranicznych karier”. Uciekali z komunistycznego reżimu w nadziei, że zostaną docenieni i odniosą sukces. Finansowy, zawodowy, artystyczny, społeczny, byle był. Sukces, sukces i jeszcze raz sukces. Co jest całkowicie zrozumiałe, o sukces w komunizmie było naprawdę trudno zwłaszcza będąc uczciwym człowiekiem. Nigdy nikogo nie potępiałam za ucieczkę, sama byłam o krok. Trzymała mnie tu matka i to też powinnam sobie teraz jasno powiedzieć. Nie wiem, czy emigracja byłaby lepsza niż moje życie spędzone w kraju nad Wisłą, ale nie decydowałam za siebie, przez wiele lat moje decyzje nie były naprawdę moje. Wracając do niewracania.  Kogo życie zawiodło na zachodzie ten niechętnie teraz wraca, bo to taki powrót na tarczy. Nie wystarczy już zdjęcie z bananami. Sukces jako niegdysiejszy powód emigracji generuje teraz dylemat tych, którzy owym sukcesem tłumaczyli „zdradę”. A przecież nie było żadnej zdrady!!! Co za brednia! Nasi pisarze na emigracji mieli próbkę owych wspaniałości czekających wygnańca zza żelaznej kurtyny. Może i byli wolni, ale nikt im stypendium nie przyznawał za ten wybór. Startowali zawsze z listy rezerwowej. Nigdy nie miałam pretensji do emigrantów, przeciwnie, żałuję czasem, że dałam się namówić na pozostanie tutaj, ale mój żal nie stanowi większego problemu, natomiast oni całe życie się szamoczą. Wielcy i mali tak samo beznadziejnie roztrząsają sprawę wyboru nieswojej ojczyzny. Dla mnie takie podziały w ogóle nie istnieją. Wszystko, co szczególnie polskie jest dla mnie podejrzane na równi z tym co szczególnie francuskie lub niemieckie.  Nie chodziło mi nigdy o wolną Polskę tylko o wolny kraj.

26 listopad 2011.

A jednak odnalezienie Jarka, nawet takiego pisanego przez Y wstrząsnęło moim światem wspomnień. Do tego stopnia, że o niczym innym nie mogę myśleć. W katalogu emocji słowo „miłość” podświetliło się na czerwono.

27 listopad 2011.

Pani R., znana prezenterka telewizyjna dostała dzisiaj ode mnie niemiłą wiadomość.  Bo właśnie minęły trzy miesiące od dnia, kiedy pani R  przeleciała się po mojej warszawskiej wystawie i niezwłocznie kazała zdjąć ze ściany dwa płótna – oczarowana ich doskonałością i nie zważając na cenę. Miała przyjść zapłacić następnego dnia. Po miesiącu milczenia, kiedy obrazy czekały spakowane na zapleczu teatru zadzwoniła, że wszystko aktualne, ale jest za granicą. Minął kolejny miesiąc. Odważyłam się ponowić pytanie o zakup drogą mailową. Odpisała, że to mąż płaci, a ona nad tym mężem pracuje, aby wpłaty dokonał, a on wpłaty nie dokonuje, bo nie jest jeszcze dostatecznie zauroczony. Przełknęłam gorzką pigułkę, ale postanowiłam ich przetrzymać. Kiedy minął trzeci miesiąc bez wieści trafił mnie szlag i zdecydowałam jednak zapytać o wyniki urabiania męża. Dostałam odpowiedź, że póki co nie mogą się porozumieć, bo dzieli ich ocean..

Tego już było za wiele. Artystę zazwyczaj docenia dopiero historia, ale to nie znaczy, że można go lekceważyć. Zanim wnuki pani R załkają w poduszkę na wiadomość, że dziadek idiota pożałował pieniędzy na płótna, które im mogły zapewnić dostatnie życie odważyłam się wysłać mailem ostatni list w mojej sprawie.

Droga Pani ! Obraz to nie jest torebka od Prady ani perfumy od Diora, po które można sobie przyjść albo nie przyjść. Nie dość, że przez rezerwację straciłam szansę na  sprzedaż prac, które stały zapakowane na zapleczu, to jeszcze się okazuje, że jedyną osobą decyzyjną jest mąż  – niedostatecznie zauroczony. Jest to argumentacja poniżająca nie tylko dla mnie, ale i dla Pani.  Swoją drogą zastanawiające, że nie możecie się porozumieć z powodu dzielącego Was oceanu w dobie telefonów komórkowych i internetu. Tym dziwniejsze, że z moim nieżyjącym już mężem jestem w stałym kontakcie, pomimo dzielących nas zaświatów, co Pani pozostawiam do refleksji. Z poważaniem – i tak dalej.

 Ale jej napisałam, ale jej napisałam – jak mówili w Asteriksie. Nic mi nie odpisała, więc zapewne żadnej nie podjęła refleksji. I chuj z nią, jak by powiedzieli drwale w Gąsawach.

Kolejnym moim klientem na wystawie, okrzykniętej w „Pytaniu na Śniadanie” – artystycznym wydarzeniem miesiąca – był niejaki Filip W. – ćpun i matacz z bardzo bogatej rodziny. Również zarezerwował dwa płótna i również się więcej nie pokazał w teatrze Imca.   

Być może sedno owych niepowodzeń tkwi w tym, że nie lubię rysować.  

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.