Ranny Łoś

Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje.
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś,
To są zwyczajne dzieje.
” –

Hamlet do Horacego akt III scena 2 tłum. Henryk Paszkowski.

Mogłabym to wszystko sprzedać, kupić mieszkanie w mieście i pisać, zamiast się tak szarpać. Ale co zrobię z trzynastoma psami i koniem, nie mówiąc już o niedołężnej babci? Czy to się jakoś da odkręcić?  Coraz więcej spraw przemija, trafia do wspomnień i wypełnia to, co nazywam moim poprzednim życiem. Jeśli istnieje określona ilość przypisanych mi elementów ruchomych, czyli akcji, czynów i powinności, to chciałabym je upchać w przeszłości, aby koniec życia był pusty i ubogi w wydarzenia. Jak już kiedyś pisałam – wydarzać się ma w nas, a nie nam. Nie boję się wolnego czasu, już ja będę wiedziała co z nim robić pozostając w bezruchu. Dawno temu w Klubie Pod Ręką tańczyłam szalonego rock and rolla z człowiekiem nazywanym Sotnią. Ów Sotnia – wielki, brodaty i poczciwy do niemożliwości kolega z roku, kiedy był pijany dostawał w tańcu szerokiego gestu. Coraz gwałtowniej mną obracał, nie mieściłam się w zakrętach pomiędzy ścianami ciasnej piwnicy, więc szarpnięciem z powrotem mnie ku sobie przyciągał. Kurwa – przestań szarpać, bo mi rękę wyrwiesz z zawiasów – rzekłam nareszcie dysząc i przekrzykując Talking Heads. Ja siarpię??? Ja?? Siarpię? – pytał zadziwiony zmiękczając po litewsku, bo był z Rzeszowa. To ty latasz od ściany do ściany! Ja cię ratuję, nie siarpię!

I to samo robi ze mną moje życie.

Latam więc od pralki do pieca z miotłą i ścierką, jeśli życie to taniec, lepsze by już było tango. Nie chcę wywijać hołubców, chcę czytać i pisać. „Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś” – pisał Szekspir. „Niech ryczy z bólu ranny łoś”, gdy inny w tym czasie może sobie beztrosko pobrykać. Najwyraźniej jestem tym rannym łosiem, bo wstaję rano i zasuwam jak maszyna, żeby moje psy były szczęśliwe i mogły pobrykać a teraz jeszcze do tego dochodzi matka, która leży pod telewizorem, albo siedzi w altanie z papierosem i narzeka, że pobrykać już nie może. Chętnie bym się z nią zamieniła. Tylko zamiast oglądać szesnasty raz ten sam odcinek Ojca Mateusza i puszczać trujące dymy zgłębiałabym Hegla „Fenomenologię Ducha” choćby po to, żeby pogimnastykować umysł.  

Kiedyś w Algierii moja przyrodnia siostra, która wtedy miała 14 lat i trafiła nagle do francuskojęzycznej szkoły zaimponowała mi na potęgę przeczytawszy Hrabiego de Monte Christo w oryginale. Miałam zdaną na piątkę maturę z francuskiego, ale bym się na to nie porwała. Jak ty to zrobiłaś ? – zapytałam chora z zazdrości, bo w ogóle byłam zazdrosna o kogoś takiego jak przyrodnia siostra. Na początku nic nie rozumiałam, ale ta książka jest taka ciekawa, że przestało mi to przeszkadzać – odpowiedziała. I podobnie ma się rzecz z Fenomenologią Ducha.

No więc posiedziałabym sobie w wiklinowym fotelu coraz bardziej pochłonięta czymś, czego nie rozumiem, a w tym czasie ktoś by mi ścielił łóżko, podawał kawę i ulubione słodkości, gotował obiady, prał, prasował i obcinał paznokcie. Idealne warunki do ogarnięcia „filozoficznej teorii wszystkiego.”

Że też nigdy wcześniej nie interesował mnie Hegel. Dlaczego? Działa tu klątwa złych narzeczonych, w moim przypadku jeden był taki szkudny, ten, który mi powiedział, że mam ciężkie pióro. Dużo prawił o Heglu, ale namotał strasznie i zapamiętałam tylko, że bezpośrednim następstwem heglizmu był marksizm. Wystarczyło, żeby nigdy nie sięgać po antychrysta, chociaż w świetle nauki kościoła sama jestem antychrystem i heretykiem do kwadratu.  Aż tu pewnego dnia – „mniej więcej w zeszły piątek” – że zacytuję Kubusia Puchatka – włączyłam mojego „Humanistę na emigracji” i odpaliłam playlistę z Heglem w tytule. Zaraz też gorzko pożałowałam swojej ignorancji. Bo to w sumie jedyny filozof, który włączył do filozofii to, o czym się dotąd filozofom nie śniło i rzeczywiście bliski jest teorii wszystkiego. Jak mogłam być takim głąbem!

Dziś babie lato, nie lubię bab, nie lubię lata, babiego lata też nie lubię, kupa pajęczyn. Ale przynajmniej nie muszę od świtu nosić drzewa do kominka, bo ciepło prawie jak w lipcu. O jedenastej psy wyciągnęły mnie z kuchni, gdzie siedziałam nad wypitą kawą usiłując dobrnąć choćby do końca strony książki, ale nie dało się w tym jazgocie i poszczekiwaniu. Wróciłam więc do Hegla w wersji na telefon i wyprowadziłam bandę do lasu. Rozgarniając chaszcze w poszukiwaniu ewentualnych prawdziwków słuchałam kolejnego odcinka playlisty. Hegel uważał, że wąż, który grasował w rajskim ogrodzie i kusił Ewę – ten wąż także symbolizował Boga. A drzewo poznania dobra i zła to był boski zamysł rozwoju człowieka. Zło jako takie nie istnieje po to, żeby nas karać, lecz po to, by odnajdywać przeciwieństwo zła i zmieniać świat na lepsze. Podjąć działanie. Teorię o wężu znałam, ale nie wiedziałam, że jej autorem był Hegel. Sama kiedyś wpadłam na wiele tropów, które teraz się okazują heglowskie, na przykład na to, że postęp duchowy ludzkości nie podlega linearnemu czasowi. Moje odkrycia, które ostatecznie okazują się nie moje – dowodzą, że myśl filozoficzna przenika nas i dociera do naszej świadomości żyjąc własnym życiem, niezależnym od życia autora, który ją sformułował całe wieki wcześniej.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że spacerując dzisiaj po moim lesie i rozmyślając nad wężem, ogrodem Eden i Heglowską dialektyką – zobaczyłam nagle przed sobą, w bardzo niewielkiej odległości trzy ogromne łosie. Stały przede mną w absolutnym bezruchu. Psy przysiadły na tylnych łapach gotowe do ucieczki, ale póki co sparaliżowane strachem ani drgnęły. Wszystko razem wyglądało jak zatrzymany film. Obecność dzikich zwierząt tak blisko, że czułam ich zapach, widziałam piękne, białe skarpety na nogach, zdziwione oczy i wielkie łby skierowane w moją stronę – była jak zderzenie światów. Mojego – cywilizowanego i ich – bezludnego. Znalazłam się nagle w systemie, w którym do życia wystarczą drzewa, poszycie leśne i cztery pory roku. A jednak mała Tiffany nie wytrzymała i szczeknęła. Ocknęliśmy się wszyscy z chwilowego zamroczenia. Łosie zawróciły w miejscu i pognały przed siebie aż ziemia zadrżała, a psy nagle wszystkie zaczęły ujadać, ale żaden za nimi nie pobiegł. Najwyraźniej istniała niewidzialna granica, którą należało bezwzględnie uszanować.

Ranny cywilizowany łoś, czyli ja i szczęśliwy dziki łoś przemierzający knieje, czyli taki, który właśnie znikał mi z oczu to teza i antyteza, z której narodzić się może jakaś nowa droga czyli synteza. Najwyraźniej chodzi o to, żebym ją odnalazła tu i teraz. Nie muszę sprzedawać domu, żeby usiąść i poczytać książkę, nie muszę wracać do miasta, żeby nareszcie odzyskać spokój, bo przecież obecna moja sytuacja jest wynikiem niegdysiejszej ucieczki z miasta w poszukiwaniu samotności i ciszy. Nie o to chodzi, żeby nieustannie pakować manatki, wystarczy od czasu do czasu sięgnąć po owoc z zakazanego drzewa i poczuć, że kolejny raz zbłądziłam i dotarłam do ściany. Pora na uzdrawiającą syntezę. Na przykład rewolucję. Najlepiej październikową, mamy przecież październik!