KYRA w KRAKOWIE

Porzuciwszy na jedną noc moich dwadzieścia psów, konie, muchy i gotujący się rosół odpaliłam wóz i pognałam do Krakowa na rodzinne, wielopokoleniowe spotkanie. Zaczęło się bardzo niewinnie, a zakończyło szaloną jazdą na elektrycznej hulajnodze z Podgórza do Bronowic. Wcześniej w tajskiej knajpie jedliśmy trawę z papryką (a kiedyś myślałam, że trawę to najlepiej wciągać w płuca), był też spacer nocą przez Podgórze, gdzie nikt nas nie napadł i nie zadźgał, co 30 lat temu byłoby wielce prawdopodobne. Teraz Podgórze wygląda jak serce Paryża albo żołądek Amsterdamu. Co by nie powiedzieć- wygląda powalająco, a most z kłódkami wzbogacono o niezwykłe wiszące rzeźby, nie mówiąc już o świecących pajęczynkach. Rzeczywiście, nie potrzeba palić trawy, żeby odlecieć. Szalone hulajnogi dowiozły nas do pracowni o drugiej w nocy a rano moja Zośka Warszawianka postanowiła, że pojedziemy na śniadanie do Charlotte. Trzymała mnie głodną o gorzkiej kawie, zanim nareszcie gotowe i wystrojone wyruszyłyśmy do miasta. Jeszcze krótki spacer po alejkach z jej suczką Kyrą – Paryżanką, następnie autem do centrum, parkowanie, opłacanie parkowania, powrót do auta, by położyć kwitek w widocznym miejscu i piechotą przez Planty na Plac Szczepański, bo tam właśnie znajduje się Charlotte. Nie ma złej drogi do mej niebogi – powtarzał mój ojciec naukowiec, gnając starym vanem – „Ogórkiem” przez piaski Sahary, na których horyzoncie majaczyły skałki zamieszkiwane przez niezwykle rzadką odmianę myszy. Chciał spędzić tam noc, zastawić łapki i rano zebrać trupy. A ja myślałam, że jedziemy do hotelu nad Morzem Śródziemnym. Wracając do śniadania w Charlotte – przemierzałyśmy Planty a mój żołądek meldował, że jeden posiłek już ominęłam w codziennym harmonogramie. Na miejscu powitała nas kolejka! Ustawiła się wzdłuż granicy ogródka, miałyśmy przed sobą jeszcze pół godziny patrzenia, jak jedzą inni. Obok cztery identyczne kawiarnie z ogródkami, wolne stoliczki, kelnerzy oczekujący gości, ale nic z tego. My do Charlotte. Wszyscy, którzy chcą być cool i trendy – muszą zjeść śniadanie właśnie tam.  Stanęłyśmy więc grzecznie a Kyra Paryżanka już się kręciła przy stolikach wzbudzając ogólny zachwyt swoją bezpośredniością i obyciem. W mini ogródku przed knajpą siedzieli ci, którzy już się doczekali. Pukali łyżeczkami w swoje jajka na miękko otoczeni szpalerem ludzi z kolejki. Wyglądali trochę jak owce w zagrodzie na wystawie hodowlanej. W dodatku jajka popijali winem. Kac plus perspektywa zjedzenia jajka popitego winem w obecności szpaleru spoconych obserwatorów – oto najbardziej snobistyczna wersja śniadania w europejskim mieście. Ale siedziałam cicho, żeby się nie okazać wsiokiem. Wpuścili nas do środka, bo stoliki na powietrzu wymagały jeszcze dłuższego czekania! Upał panował straszliwy, Kyra dostała wodę i papier z masła do wylizania a my zestaw, który przez wiele lat miałam na swoim stole, dopóki mi się ostatecznie nie przejadły rogaliki z domową konfiturą. Wtedy przeszłam na kozi ser z miodem i jem go codziennie rano w towarzystwie ciemnego chleba – tak się teraz mówi – pomidory w towarzystwie rukoli, albo lody w towarzystwie mango. Kanapka z kozim serem i miodem w cenie 20 kanapek z kozim serem i miodem rozbawiła mnie do łez. Plus warunki frontowe, żeby móc zaliczyć ten właśnie zestaw w tym miejscu, czasie i godzinie. Świat jest pełen absurdów, w które trudno uwierzyć, ale łatwo je wychwycić żyjąc poza światem.

Pod spodem tego niezwykłego zwiedzania Krakowa miałam jak zawsze masę meldunków z psiej gwiazdy, czyli mojego domu w Gąsawach, ale nie dałam się zwariować. Odbyłam jeszcze obiad w wietnamskiej, klimatyzowanej restauracji, gdzie zamówiłam różne kacobójcze zestawy wodorostów z tofu, bo taką właśnie dietę ostatnio preferuję u siebie na wsi. Sic!  Mam w kuchni całą armię potwornie ostrych sosów, w których zawzięcie marynuję krewetki, ryby i rzeczone tofu, a potem smażę w towarzystwie limonki, imbiru i cukru palmowego. Psy musiały się pogodzić z tak dziwnymi resztkami z obiadu. W związku z powyższym azjatyckie knajpy w starym Krakowie nie zaskoczyły mnie  tak bardzo. No, może oprócz trawy z papryką. Ale trawę ponoć można sprowadzić tylko kilka razy do roku, i to był jeden z tych razów, więc jestem usprawiedliwiona jej brakiem w domowym jadłospisie.

Podsumowując szalone dwa dni mogę sobie pogratulować. Najbardziej snobistyczne śniadanie w Charlotte nie różniło się od tego, które mam zwyczaj jadać a azjatyckie dania zamawiałam wiedząc czego się spodziewać. Co do hulajnogi – jest szybka, ale mniejsza i prostsza w obsłudze niż koń. W dodatku tak zaprojektowana, że w miejscach newralgicznych sama zwalnia. Czego o żadnym koniu powiedzieć nie można.

Ilustracja – Auguste Renoir – Bal w Moulin de la Galette.

Data pierwszej edycji – czerwiec 2021.