Boże, jak dobrze, że jest wojna, inflacja i nie ma pieniędzy na modernizację stodoły, ani nawet na rozbiórkę. Jeśli sama się zawali, jej sprawa. Ogłaszam uroczystą przerwę w pracach remontowych. Odkąd tu mieszkam co roku staram się coś w domu poczynić zgodnie zasadą – jeśli nie postępujesz do przodu to się cofasz. I już majstrzy od świtu majstrują w rytmie disco polo. Jedzą śmierdzącą kiełbasę i tratują butami podłogi, które właśnie skończyli przybijać, ale na papierosa wychodzą. Nikt w moim domu nie będzie palił. Ani fachowcy, ani moja matka, ani Tomasz Karolak. Jeśli ja mogłam rzucić, każdy może. Byłam bowiem ostatnią osobą, która w opinii swojej oraz postronnych- potrafiłaby rzucić palenie. Do dzisiaj śnię koszmary, że poniosłam klęskę.
Jak mi się udało odstawić? Dlaczego się na to porwałam i co mnie popchnęło do serii desperackich wyrzeczeń w czasach, kiedy wszyscy palili? Kiedy nie było terapeutów, bo nie byli potrzebni! Nie było żadnych kampanii przeciw rakowych, ośrodków pomocy ani e- papierosów. W ogóle e-niczego. Palenie uchodziło za rzecz normalną, powszechną i w dobrym guście. Pełna popielniczka nikogo nie brzydziła, palono na filmach, w teatrach, w knajpach, na dworcach, stadionach i poczekalniach a nawet w taksówkach. Zamiast przerażających obrazków z czarnymi płucami i guzami krtani był przystojny Marlboro – man. David Bowie i Catherine Deneuve zagrali razem w filmie o wampirach (The Hunger 1983) i przez dwie godziny zaciągali się po pępek papierosami najlepszego gatunku. Wszystkich aż skręcało, żeby zapalić, ale w kinie obowiązywał zakaz. (We Francji na przykład nie było zakazu). Po projekcji cały budynek razem z alejami Trzech Wieszczów spowijał trujący obłok z setek wygłodniałych płuc.

W tych oto okolicznościach przyrody uparłam się rzucić. Komu zawdzięczam to dziwaczne postanowienie?

Człowiekiem tym jest Witkacy – czołowy narkoman w dziejach polskiej sztuki. Wyprzedził całą epokę i przeklął nikotynę na długo przedtem, zanim oficjalnie uznano ją za przekleństwo. To jemu będę do końca życia dziękować za to, że mnie wyprowadził z domu papierosowej niewoli na szerokie wody dobrze pojętej abstynencji wskazując inne, ciekawsze sposoby pobudzenia umysłu nieskażonego owym bezproduktywnym, podrzędnym paskudztwem. ” Peyotl, morfina, kokaina tak – nikotyna – nie.” Bo papierosy naprawdę niewiele dają, a przytępiają zmysły.
Inna rzecz, że w tamtych czasach były one produktem podłej jakości i nawet bardziej toksycznym niż niejedna halucynogenna mikstura. Paliłam Marlboro, co mnie trzepało po kieszeni, bo kosztowały 40 zł paczka. Podczas studenckich praktyk w krakowskich zakładach tytoniowych (chodziło o uczestnictwo w życiu klasy robotniczej, miesiąc pracy we wskazanej fabryce obowiązywał każdego nowo przyjętego studenta. Profil przetwórstwa nie miał żadnego związku z obranym kierunkiem studiów. Jednak uczelnie artystyczne zawsze miały skierowanie do produkcji wyrobów tytoniowych lub alkoholowych, co, według niektórych – miało jednak charakter pokrewny ze światem sztuki ) – tak więc podczas owych pod wieloma względami kultowych praktyk zgłębiłam tajniki produkcji polskich, wysokogatunkowych Caro, Zefirów i Carmenów oraz zyskałam wiedzę na temat stężenia trujących substancji w wielkiej kadzi z tytoniem. Dość powiedzieć, że pod koniec zmiany sprzątaczka wrzucała tam całą łopatę śmieci po zamieceniu hali. Kadź oznaczona napisem Marlboro też potrafiła nieźle oberwać. Ale nie myślałam z tego powodu rzucać palenia, przeciwnie, paliłam jeszcze więcej, bo było za darmo i można było wynieść kilka paczek w za dużym bucie, pod czapką albo w rękawie, nie kontrolowali tego bardzo. Atrakcją był papieros niepocięty, wystarczający na godzinę palenia bez wygaszania. Cieć na portierni sam wychodził z pracy wypchany towarem po czubek beretu. Paliłam przez całe studia po dwie, trzy paczki dziennie, paliłam nocą, kiedy nie mogłam spać, na czczo i na kacu, w nieszczęściu i chwale, w upadkach i wzlotach, co pół godziny a czasem częściej, odpalając jednego drugim, potrafiłam dygać rowerem na dworzec, kiedy w nocy nagle się skończyła paczka, paliłam coraz więcej i nie mogłam przestać. Papierosy stały się częścią mojego życia, które chyba uznało, że jedynym wyjściem jest przyśpieszyć uwiąd i przenieść się jak najszybciej do nowego, wdzięczniejszego ciała. Na moim położyło już lagę. Nie byłam w stanie podbiec do tramwaju, budziłam się z obolałą głową, oddech miałam coraz płytszy, serce biło nierówno.
Wtedy wpadły mi w ręce „Narkotyki. Niemyte dusze” .

„Palacz (…) plugawe własne dowcipy bierze za najczystszy „esprit”, eksperymentalne spod ciemnej gwiazdy wymysły uważa za objawienia, a dupowate ględzenia za ostatni wybłysk „causeurstwa”. Wymagania jego maleją i szuka tylko kupy durniów, wśród których mógłby jeszcze brylować swoim zaćmionym mózgiem.“ – pisał mój mistrz, a czytając czułam, jak ze mnie szydzi, jaki jestem cienias i leszcz.
Nie ma nic bardziej wkurwiającego niż odwyk prowadzony przez dyletantów. Ale Witkacy dyletantem nie był. Pisał swoje „Narkotyki” z pozycji udręczonej ofiary, całe życie się szamotał z uzależnieniem od „pyfka” i nikotyny, a każdy swój rysunek oznaczał własną, skażoną krwią. No, prawie. Ale wszyscy wiedzą, jak publicznie się chłostał, a głównie za te najniższego sortu używki, społecznie uznane za niewinne bądź nieszkodliwe, a w każdym razie pozostające w ciągłej sprzedaży. W opozycji do ogólnie dostępnych ogłupiaczy, starannie dobrane, mocniejsze, zabronione substancje traktował z szacunkiem i stosował w celu pogłębienia świadomości. Nie on jeden i ani myślę z tym dyskutować. Zdzierżył najgorsze wizje, odjazdy i koszmary pod czaszką czyniąc z nich użytek dla swojej sztuki i zachowując niesłychaną wprost, wizjonerską przytomność umysłu, nie zdzierżył dopiero wkroczenia wojsk radzieckich do Polski. Perspektywa 50 lat komuny, którą bezbłędnie wyczuł i przewidział- była tak przerażająca, że odebrał sobie życie.
Wracając do nikotyny. Zbluzgawszy niemiłosiernie jej otępiające działanie i daremność wszelkich form rozwoju osób uzależnionych, w jednym tylko przypadku radził się wstrzymać z odwykiem. A mianowicie w sytuacji przewrotu politycznego, stanu wojny, rewolucji, powodzi lub podobnego kalibru, niespodziewanych katastrof. Nie jest to bowiem odpowiedni czas na walkę o przetrwanie ciężkich wyrzeczeń, skoro toczy się walka o przetrwanie w ogóle.
Tydzień po moim uroczystym odstawieniu ogłosili stan wojenny. Pękłam więc ja i moja odłożona paczka Marlboro. Z tego czasu pozostał mi w pamięci gęsty obłok dymu w każdym mieszkaniu, dodatkowo na wielu parapetach zieleniła się trawka, a w niektórych kuchniach uruchomiono nawet produkcję kompotu z polskich makówek według przepisu babci Maliny i tak dalej i tak dalej, ale co dalej? No właśnie, nikt nie wiedział co, ale Doorsi w połączeniu z haszyszem stanowili antidotum na wszelkie pytania. „My only friend, the end”. Nie dałam się zwariować w kwestii kompotu, ale moje płuca powoli zaczęły przypominać smoczą jamę. Zaiste potrafiłam wypalić trzy, a nawet cztery paczki Caro w ciągu jednego wieczoru poprawiając trawką. Wyżej wymienione papierosy przypominały kołki, długo trzeba było je rozniecać a za chwilę płonęły żywym ogniem, były twarde jak kamień i z siłą kamienia uderzały o krtań, trudno było się zaciągnąć bez uczucia bólu. Oto autodestrukcja niespotykana w dzisiejszym świecie nawet pośród tak zwanych nałogowców. Rzecz jasna nie mówię o jakimś społecznym marginesie, mówię o normalnych ludziach, studentach, dobrych uczniach, porządnych dzieciach z porządnych rodzin, a takimi nas zastały tamte ponure czasy. Dzisiaj na papierosa się wychodzi, wtedy się wchodziło. I zostawało.
Walkę o przywrócenie wydolności płuc rozpoczęłam dopiero rok po zakończeniu stanu wojennego. Była to bitwa bardzo nierówna, wcale nie przestałam palić od jednego dnia, ograniczałam, prowadziłam dziennik pokładowy, opracowałam cały skomplikowany system kar i nagród, zawiesiłam na rok działania towarzyszące takie jak uczestnictwo w imprezach, picie wódki, picie kawy, bywanie w knajpach, na koncertach a nawet zakochiwanie się. Najpierw przestałam palić na czczo. Potem po śniadaniu. Potem nie piłam kawy i dzięki temu nie paliłam w południe. Potem pierwszego zapalałam po obiedzie. Ostatniego po kolacji. Paliłam bezczynnie, nie wykonując żadnej innej czynności poza paleniem. Siadałam na krześle i wciągałam dym w płuca, co w końcu zaczęło być nudne i mało atrakcyjne. Paliłam tylko w odosobnieniu. Kiedy zapalałam po dłuższej przerwie kręciło mi się w głowie, a efekt wiadra pomyj wlanego do mózgu był tak demotywujący, że w końcu zaczęłam rozumieć, jakie to świństwo. Nie było mi łatwo, bo matka, z którą mieszkałam i darłam koty – paliła chętnie i nie pochwalała moich wysiłków na rzecz samo-uzdrowienia. Twierdziła, że w ten sposób „jeszcze bardziej się od siebie oddalamy” i próbowała mnie zawrócić ze ścieżki świętości na rzecz nocnych dyskusji o płycie z ciszą, albo słynnych w jej wydaniu kolacji na czternaście osób, gdzie się więcej paliło niż jadło. Ciekawe, że w liceum robiła wściekłe awantury przyłapawszy mnie na papierosku, ale raczej z rozpędu, żeby ktoś nie pomyślał, że się mną nie interesuje.
I nareszcie, w sylwestra 1984 roku zapaliłam ostatniego w życiu szluga. Stało się to na imprezie pełnej ludzi, w obłokach dymu i oparach wódki, pośród dzikich rock and rolli, pijackich ryków i wszystkich tych absolutnie normalnych i na miejscu zachowań w takich okolicznościach przyrody. Wyszłam do kibla z moim specjalnie na tę okazję przygotowanym, aromatycznym Dunhillem i wiedziałam, że to jest pożegnanie na zawsze. Spaliłam połowę i niedopałek spuściłam w sraczu. Nigdy więcej nie miałam w ustach papierosa. Paliłam 11 lat i udało mi się z tym skończyć. Zarazem uwierzyłam we własne siły i wiem, że jestem w stanie zapanować nad każdym zniewoleniem, które mnie dosięga, a dosięga mnie jakieś co chwilę. Życie to festiwal uzależnień.
W kwestii nikotyny zrobił się ze mnie klasyczny neofita. Nienawidzę dymu, robi mi się od niego niedobrze. Potrafię go wyczuć przez zamknięte okna. Przebywanie w pomieszczeniach, gdzie się pali skutkuje praniem całej odzieży po powrocie do domu.
Nie palę już 40 lat, ale dym nadal przyprawia mnie o mdłości. Tymczasem moja 93 letnia, schorowana matula, która u mnie wylądowała na stałe – nie odpuszcza z nałogiem. Zabroniłam jej tego robić w domu, więc cztery razy dziennie, przekraczając psy, wsparta na balkoniku, kroczek po kroczku przemieszcza się do altany z zapalniczką i paczką Winstonów w przepalonej kieszonce szlafroka. Tam, niezależnie od kaprysów pogody, czy to skwar czy śnieżyca – puszcza swojego wytęsknionego dyma, by po chwili powolutku przetuptać z powrotem do swojego ortopedycznego łóżka z telewizorem. Te wycieczki motywują ją do ruchu i zapewniają elementarną samodzielność. Cztery do pięciu papierosów dziennie to razem 100 metrów marszu z balkonikiem. Niezły wynik jak na osobę leżącą. Chciałoby się rzec – telewizor nie, kawa nie, papierosy – tak!
Ot i przewrotność życia. Determinacja, by wytrwać w nałogu równa tej, która pomaga z nim zerwać. To co jednym nie daje żyć, innym nie pozwala umrzeć.
„Pewne uczucia można zabić, zabijając jednocześnie siebie”. (Pożegnanie jesieni)
Z paleniem papierosów po dziewięćdziesiątce – jest podobnie.
Ilustracja – Agnieszka Kowalska – Dymek z papierosa.