LEGO LAND – odc 5 – Rozdział trzeci -cd.

-On pognał boso na górę – powiedział wujek Otto z głową w kuchni.

 Filip na palcach piął się po schodach, za nim sunęła Zośka krokiem sztywnego bociana. Żelazne drzwi strychu były pomalowane na zielono. Farba gdzieniegdzie odpadała i w tych miejscach drzwi drapały. Zamek nie działał, chociaż był olbrzymich rozmiarów. Rdza pokryła go całkowicie, ale klamka, stara, rzeźbiona, szeroka, była wyślizgana pośrodku i błyszcząca od dotyku rąk. Na drzwiach się krzyżowały dwie wypukłe linie tworząc oczywisty zakaz wstępu. Filip patrząc na ten znak czuł dreszcze. Łamanie zakazów było zawsze jednakowo podniecające.

-Trzeba znać zaklęcie, żeby otworzyć – powiedziała Zośka

-Broda nemroda – powiedział Filip bez wahania.

Nacisnął klamkę i przyłożył ciało do zimnego zamka, żeby zagłuszyć jęki mechanizmu, który od stu lat nie mógł się doprosić o kroplę oliwy. Napierał na drzwi tak mocno, że w końcu zawisł na nich podciągnięty w górę. Zamek zazgrzytał zębami i drzwi puściły. „Doktor nie puścił, ale drzwi puściły” – przypomniał mu się wierszyk babci Teodory, którego w ogóle nie rozumiał, jak większości tego, co mówiła. 

-I co? – zapytał   tonem Cheopsa prezentującego wnętrze swojej piramidy.                                                                                                                     

– Boże jak tu pięknie! – krzyknęła Zośka przykładając rękę do serca i wywracając oczami.                                                                                                                                                     

-Cicho siedź, bo ci przyrżnę – Filip zmienił ton i wskazał palcem zamknięty pokój. Zośka skuliła się pod fotelem, który okazał się dla niej łaskawy.                                                                                       

 -Pewnego dnia, na przykład za sto cztery lata, kiedy już nic nie zostanie, zostanie tylko ten zamknięty pokój. I wtedy ktoś go otworzy i dowie się wszystkiego o nas, bo to jest właśnie czarna skrzynka – powiedział Filip ściszając głos.                                                                                                                   

-Co to jest czarna skrzynka?                                                                                                        

-To jest sama prawda.

 -Skąd wiesz?                                                                                                                  

 -Stąd, że niektóre samoloty, jeśli się rozbiją w drobny mak, to wtedy wystarczy odszukać czarną skrzynkę i już wszystko wiadomo.                                                

-Co wiadomo?                                                                                                                               

-To, że jesteś głupia.                                                                                                                     

-Sam jesteś głupi.                                                                                                                                     

Filip niejednokrotnie się przekonał, że niektóre rzeczy rozumie jako jedyny na świecie. Im lepiej je rozumiał tym trudniej mu było wytłumaczyć, na czym polegają.

Czemu tu siedzimy, chcę się przebrać za królewnę – powiedziała Zośka strasznie głośnym szeptem. Filip zakrył jej usta burą poduszką, jakby specjalnie w tym celu pozostawioną na pomoście i wskazał ręką przeciwległy kąt strychu.

W kącie stał człowiek w długim, brudnym chałacie. Filip wiedział o nim tylko tyle, że nazywa się Kiszka, tak samo jak Patrycja z dyniowatych, mieszka za zakrętem i stale czegoś potrzebuje od ojca. Pan Kiszka wyrastał nagle w przedpokoju i nikomu nigdy nie udało się zobaczyć, jak wszedł. Wszystko wskazywało na to, że wchodził czymś, co się do wchodzenia zwykle nie nadaje, przynajmniej „ludziom z krwi, kości, włosów i paznokci”, jak mówiła Mary Poppins. Chodziło o to, że niektórzy potrafią na przykład sfruwać, wydobywać się z mroków, lub, co gorsza – oblekać się w kształt. Jakby na potwierdzenie tych strasznych podejrzeń pan Kiszka pojawiwszy się w miejscu, w którym pojawić się nie miał prawa milczał jak zaklęty, chociaż wypadało się przywitać. Jakby duch nie zdążył jeszcze dobrze wejść w gotowe ciało- mówiła mama i Filip dobrze zapamiętał to zdanie.                                                               

-To ten dziwny człowiek- powiedziała Zośka i zacisnęła palce na łokciu Filipa.                         

– O ile to człowiek- powiedział Filip, a pan Kiszka czerniał w kącie i wlepiał wzrok w zamknięte drzwi pokoju. Oczy mu się zwęziły jak kotu i coś on tam trzymał w ręce, może kosę, może widły, może ogon ? W butach mógł mieć kopytka, na pewno miał i rogi pod czapką. A jęzor chował głęboko, zwinięty jak ślimak. Gruby i mokry. Wiśniowy i plamisty.                                                   

– Straszny ma jęzor tam w środku- wyszeptał Filip odczepiając Zośkę.                      

– Skąd wiesz?                                                                                                                          

– Bo mlaszcze i pluje.                                                                                                                  

 – Skąd wiesz?                                                                                                                                  

– Bo słyszę.                                                                                                                                    

– Ja nie słyszę.                                                                                                                                

 – Posłuchaj to posłyszysz.                                                                                                                        

Zośka wstrzymała oddech.                                                                                                               –

– Nosorożec – powiedziała. Nosorożec chodzi po błocie. Źle mu się idzie, bo jest ciężki. Zapada się i dlatego tak sapie. Nosorożec jest w pokoju a pan Kiszka siedzi cicho. Filip nie był przekonany.             

– Nosorożca nie ma w pokoju. Nosorożec nie chodzi po schodach. Nie może zapadać się w błocie, bo tu nie ma błota, bo jest strych. Nie ma żadnego nosorożca. To jęzor pana Kiszki. Jest za duży i się rozpycha, jak to jęzor, a zęby go kaleczą, bo są ostre, dlatego tak jęczy.                                                        

 – Skąd wiesz, że jęczy?                                                                                                              

– Bo słyszę.                                                                                                                                

 – A niech to! Ale jęczy! Biedny języczek.                                                                                   

– Mógłby cię zjeść, gdyby mlasnął w tę stronę.                                                                       

W tej samej chwili schody skrzypnęły ostrzegawczo i zaraz potem nastąpił szereg tupnięć i szurnięć zakończonych metalicznym trzaskiem klamki.                               

-Idą po nas! Zjedzą nas! Uduszą! Umieram! – krzyknęła Zośka, zatoczyła się do tyłu i wylądowała na stosie niewytrzepanych dywanów.                                               

-Wszystko zawsze zepsujesz! – powiedział Filip zupełnie głośno – nawet umierać nie potrafisz po cichu!

– Natychmiast na dół! Na spacer! Na śniadanie! Natychmiast! Na miłość boską kapcie! Mówiłam przecież, że kapcie! Pani patrzy, pan im coś powie, bo ja im coś zrobię! Jezus Maria tam w kącie tamtym stoi….pan tego pana zawoła, pani wyrzuci dzieci, bo dzieci tu nie potrzeba, i bez kapci, matko święta ! Filip był pewien, że pani Roza ma głowę na śrubie, bo trzy razy obróciła ją wokół osi i wcale się nie udusiła. Ale za to pociemniała, sczerwieniała i spociła się na twarzy.                                                       

Wiktor, kochanie, zapytaj pana Kiszkę po co przyszedł, a przede wszystkim zapytaj go jak wszedł. Niech ja się wreszcie dowiem, którędy on wchodzi – powiedziała mama do ojca, a ojciec już był w połowie podestu. Pan Kiszka wskazywał palcem zamknięty pokój.  

-Tam!  – wycharczał i z powrotem zamienił się w słup.                                                     

–  Mówiłam! – wykrzyknęła triumfalnie Zośka otrzepując się z kurzu jak królowa ze śniegu.  

– Proszę zabrać dzieci na dół – zwróciła się mama do pani Rozy – proszę je zabrać i ubrać. Tylko lekko – dodała z troską.                                                                       

Filip spojrzał za siebie i zobaczył coś, co sprawiło, że poczuł miły dreszcz na plecach. Zobaczył, jak ojciec otwiera pokój. Otwiera go i zasłania sobą cały widok a potem pan Kiszka wpycha się za ojca i też zasłania i znowu ojciec zasłania pana Kiszkę w pokoju. W tej chwili pani Roza szarpnęła Filipa tak mocno, że przefrunął cztery stopnie a cztery przebiegł i zatrzymał się dopiero na zimnych kaflach. 

– Miało być lekko- powiedział z wyrzutem.                                                                                  

– Lekko ubrać, ty sprytasku. Kapcie teraz i wio, bo was mama pokrzyczy. 

Mama schodziła ze schodów i kręciła głową. Wuj Otto stał na dole i patrzył na nią pytająco a ona parsknęła śmiechem, potem jedną ręką zakryła oczy, drugą wskazała strych a potem jeszcze wystawiła lekko język i oblizywała nim usta wywracając przy tym oczami. Filip patrzył na to zafascynowany. Mama wiedziała to samo co on. Pan Kiszka nie był człowiekiem jak inni. Był potworem. Był smokiem.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.