ZESMUTNIJMY czyli rzecz o moich ostatnio przeczytanych książkach.

„Był ten stary gość, Agamemnon, to był taki ważny jebaka, słyszycie, to był Ktoś, ale i tak mu dopieprzyli. Jego stara, Klitajmestra, robiła to z tym gówniarzem, skurwysynem Ajgistosem, i pewnego dnia mówi do niego : Dzisiuś, dopieprzmy staremu Agusiowi, ty i ja, a potem ty będziesz królem – chcesz być królem? – no chcesz – będziemy się bawić jak diabli. Aguś był daleko pod Troją, gdzie kręcił całym tym cyrkiem, ale wrócił do domu, bo zatęsknił za wiktem i opierunkiem, tylko zanim się spostrzegł, przywalili mu na dobre, tak jest, naprawdę, pocięli go. I to tyle, jeśli chodzi o niego. Teraz jest ta zwariowana cipka, Elektra, ona jest córeczką starego Agusia i naprawdę się wkurza, kiedy oni go załatwiają, więc mówi do brata, który ma na imię Orestes, więc ona mówi :Słuchaj, Orestes, chcę, żebyś się dobrał do tych dwóch skurwysynów, chcę, żebyś ich załatwił. A ten gość, Orestes przez jakiś czas nie był w mieście i nie zna układów, ale….”  (Robert Silverberg – Umierając Żyjemy)

Czyli nie ma świętości w literaturze amerykańskiej, co stwierdzam z ulgą i będę bronić tego poglądu jak wszystkiego, co dotyczy wolności sztuki. To rzecz jasna nie jest styl, w jakim została napisana cała książka, lecz tylko próbka tekstu w tekście, a opowieść jest o człowieku, który miał dar czytania w cudzych myślach, ale był nieudacznikiem i dorabiał sobie pisząc prace z literatury za pieniądze. Dzięki nadprzyrodzonym zdolnościom bezbłędnie wyczuwał styl i możliwości studentów, dlatego trudno było mentorom wykryć oszustwo. Powyższa, zacytowana tutaj próba dostosowania analizy motywu Elektry w utworach Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa do poziomu klienta, którym był wielki, czarny koszykarz – zakończyła się jednak tragedią w klimacie adekwatnym do wypracowania, czyli mordobiciem na schodach szacownej uczelni. Dar czytania w myślach mógłby się komuś wydawać kluczem do szczęścia nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników, ale historia Davida Seliga udowadnia, że dla malkontenta wszystko może być powodem do rozczarowań. Jest odporny na wszelkie dary. Potrafi prześwietlić cudze intencje i sporo może w związku z tym przewidzieć, jest nadprzeciętnie inteligentny, oczytany i ma naturę wystarczająco refleksyjną, by koncertowo pokierować własnym życiem, zamiast tego konsekwentnie pogrąża się w niefarcie i pławi w niepowodzeniach. Dar okazuje się przekleństwem a jeszcze gorszym – jego nagła utrata. Chciałoby się zapłakać, ale poczucie humoru nie pozwala. Poczucie humoru to coś, co tę książkę czyni naprawdę wyjątkową. Amerykańska literatura zna wiele takich książek, bo amerykańska literatura jest młoda i nie ma za sobą długiej historii dzieł wielkopomnych, przed którymi należy klękać. Pełno tam podobnie lekkich, świetnie napisanych historii, równie prawdziwych co przyswajalnych bez filtra, pompy i namaszczenia. Oraz gwarantujących TAKŻE rozrywkę. To nie grzech! Taki na przykład Fhilip Roth – przeczytałam go w dwa wieczory po zmordowaniu Myśliwskiego, o którym za chwilę – i jakaż ulga! Jak „założenie płaskich, domowych pantofli po nocy przetańczonej w za ciasnych.” ( Margaret Mitchell Przeminęło z Wiatrem)  Obowiązkowa martyrologia w polskim spisie lektur przenika do umysłów, do mowy polityków, publicystów a nawet poetów, nie mówiąc o literatach. Przestrzega się świętego podziału na poważne i potoczne. I dziwić się, że słowo umiera, że ludzie wolą memy od felietonów. Tokarczuk jest znakomita, chylę czoła przed jej literackim kunsztem, co zostało jak najsłuszniej docenione, ale w kiblu nie poczytasz, bo jakoś głupio. Jak już się zmulę tymi wszystkimi dziełami z najwyższej półki sięgam po Witkacego, albo Gombrowicza, jakże oni jednak niedocenieni… A za życia to już wcale. Świetny był Karpowicz, ale popadł w niełaskę i przystopował a ma chłop niewiarygodny talent i dowcip właśnie. Może się otrząśnie.

Poczucie humoru to rzadki dar, nie mniejszy niż czytanie w myślach i pięknie potrafi współgrać z wysokim poziomem wiedzy i wrażliwości. Teraz na ten przykład czytam – CS Lewisa, tego od Narni, coś co się nazywa „Odrzucony Obraz” i traktuje o literaturze średniowiecznej. Dawno mnie nic tak nie rozbawiło, chociaż to absolutnie poważna rozprawa i kopalnia wiedzy o utworach najznamienitszych pisarzy, a także o ich niezbyt szczęśliwym życiu. C.S Lewis, człowiek głęboko uduchowiony i wzór chrześcijanina, znawca literatury, teologii, filozofii i historii potrafi pisać niewiarygodnie lekko o sprawach wielkiej wagi, moim zdaniem to geniusz słowa i tego, co słowem można przekazać. Co chwila albo wybucham śmiechem, albo mam dreszcze. Najtrudniejsza w sztuce jest łatwość – skwitował to jednym zdaniem Gombrowicz chyba, głowy nie dam, ale zapamiętałam.

Z rzeczy, które mnie ostatnio zachwyciły jest Dziennik 1954 Tyrmanda. Strasznie zabawny i tragiczny zarazem. Szkoda człowieka, szkoda błyskotliwości, szkoda pióra. Na ile niezłomna postawa wobec reżimu, który mu się zapowiadał na resztę życia – była warta utraty głosu? Szlabanu na całą twórczość przez tyle ciemnych lat komuny? Teraz go wydają, ale teraz jest za późno, jestem chyba ostatnim pokoleniem, które wie coś o Kisielu, Barbarze Hoff, Kałużyńskim, o początkach literackich Herberta, kolaboracji Kołakowskiego i dylematach różnych wielkich postaci tamtego okresu zmuszonych wybierać pomiędzy zaistnieniem a bezkompromisowością. Rozsmakowana w Dzienniku zabrałam się za „Życie towarzyskie i uczuciowe” wydane niedawno i już po śmierci autora. W przeciwieństwie do Dziennika zestarzało się. Wszystkie tego rodzaju polemiki, paszkwile i komentarze tracą po odgrzaniu, smakują tylko świeże. Tyrmand był przede wszystkim dziennikarzem i w jego życiu zawiera się cały dramat dziennikarstwa. Sprawa dość aktualna – ta cienka granica, kiedy się dziennikarstwo niepostrzeżenie zamienia w propagandę. Tu jedno wycięte słówko, tam zdanko, ówdzie wstawione na siłę nazwisko i człowiek sprzedany. Jedno jest pewne, mało jest dzisiaj pisarzy i publicystów takich jak Tyrmand, potwornie inteligentnych i posiadających dowcip jak brzytwę. Godnego następcę miał w Pilchu, ale Pilcha też już nie ma. Czasem mnie jeszcze ożywi felietonik Mancewicza w Tygodniku, Mancu na szczęście jeszcze dycha. Czytając Tyrmanda czuję w swoim pożytecznym życiu dojmujący brak okazji do wymiany myśli dla samej wymiany myśli i to, jak umiera sztuka konwersacji, a ja nie mogę nic zrobić, żeby ją wskrzesić. Mam tylko na pocieszenie krąg wiernych słuchaczy z długimi uszami. Mało mówią, dużo chrapią. Kiedy wybucham śmiechem bywa, że podniosą głowę.

Wracając do Myśliwskiego, po którego sięgnęłam, „bo wypada”. Srodze się zawiodłam na tej prozie, niby bezpretensjonalnej, ale bezpretensjonalność musi mieć solidne podstawy, kiedy nie ma -odsłania braki. Biedak, że też trafił na mnie z książką o niespełnionym studencie ASP.  Ale nie tylko to jest wkurzające, także sposób pisania o kobietach, z którego wyje testosteron, ale niech sobie wyje, tylko, że w zamiarze miał być wyciszony. Akurat. No, w każdym razie jak dla mnie ból. Ból dupy.

Ojciec mój, jak dostał książkę w prezencie wywracał oczami i wzdychał – Boże! Znowu będę musiał przeczytać. Z szacunku do książek czytał każdą, którą kupił albo dostał. Odziedziczyłam po nim tę przypadłość, zazwyczaj nie dostaję książek, ale kupując strasznie uważam, żeby się nie nadziać, bo wiadomo, że i tak przeczytam. Tu się klasycznie nadziałam. Na tę polską wielce szanowaną literaturę właśnie.

Recenzję, czy też coś, co można nazwać recenzją – dwutomowej biografii Gombrowicza, bardzo dobrej – zostawiam sobie na osobny felieton. W każdym razie dysonans pomiędzy gombrowiczowskim poczuciem humoru a życiem, które go sponiewierało – jest tak wielki, że płakałam w mojej zacisznej kiblotece nad losem mistrza i prawdę mówiąc się przeraziłam, że można być tak niedocenionym, a to przecież reguła w sumie. W Polsce. W Ameryce niekoniecznie.

Przy okazji Gombrowicza po lekturze jego biografii sięgnęłam przekornie po Borgesa, którego on nie cierpiał i dawał temu wyraz w Dziennikach. Zdradziłam i sięgnęłam. Sięgnęłam i … uklękłam. Dlatego go tutaj nie doklejam, bo nie dokleja się króla do portretu książąt, król to król.

A Tokarczuk jeszcze sobie wypożyczę, chociaż to brzmi jak bezczeszczenie ołtarzy, ale ja nie mam nic do Tokarczuk, jest idealna. Książka to przecież coś, co można wypożyczyć. Czyż nie?

Na zdjęciu – Olga Tokarczuk – Księgi Jakubowe

Leopold Tyrmand – Dziennik 1954

Robert Silverberg – Umierając żyjemy

C.S. Lewis – Odrzucony obraz

Olga Tokarczuk – E.E.

Leopold Tyrmand – Życie towarzyskie i uczuciowe.

Wiesław Myśliwski – Ostatnie rozdanie