Lepiej spróbować, niż potem żałować.

Fragment najnowszego Dziennika, który też już za chwilę będzie zeszłoroczny. O mojej mamie można by napisać tomy i choćby za to jestem wdzięczna losowi, że dał mi taki temat i taką pasję.

7 grudnia 2022.

Dałam matce tramal w ilości 25 kropel. Nie była to dawka szczególnie silna, dawałam jej już i 30. Narzekała na ból biodra, więc hojnie polałam truciznę, której nie brała przez ostatnie kilka dni, bo była w dobrej formie. Wczoraj na przykład rozwiązywała krzyżówkę, co dawno zarzuciła twierdząc, że za małe kratki dla jej oczu a ręce nie utrzymują ołówka. Poza tym jest miła i pogodna, zaakceptowała fakt, że jej mieszkanie w Krakowie jest wynajęte i nie ma już dokąd wracać. Trochę jej się myli dzień z nocą, ale wygasły spory, nastąpiła długo oczekiwana symbioza. Ach, jak ja to zrobiłam? Jak sobie poradziłam z wewnętrznym dzieckiem, wewnętrznym krytykiem, podpięciami energetycznymi, niską wibracją i traumą dzieciństwa – o czymś jeszcze zapomniałam? O niczym, kurwa, ale to nie znaczy, że mam ledwo żywą 95 letnią staruszeczkę zapakować do domu opieki w ramach pozbycia się wzorców misjonarskich i innych wymysłów, które ludzi do reszty pozbawiają własnego zdania.

Wracając do dzisiejszego transu babci – po tramalu zasnęła i śpi już prawie dobę. Nie jadła obiadu, nie wychodziła na papierosa. Sprawdzam, czy żyje. Żyje. Ale się nie budzi. Godzinę temu, niezbyt przytomna odwiedziła łazienkę i wróciła do swojego pokoju trzymając się ścian, jak pasażer usiłujący złapać równowagę w rozpędzonym pociągu. Położyła się, zgasiła światło przy łóżku i natychmiast zasnęła w ciemności, a ona nigdy nie śpi w ciemności. Boi się zwidów i halucynacji, a miewała imponujące. Jim Morisson nie zaliczył lepszych. Widziała wielkiego węża na suficie, faceta grającego na pianinie w odległości kilku metrów od łóżka, ogromne psy, krowy chodzące po pokoju, to tylko część przedstawień. Dlatego całą noc pali lampkę. Też bym paliła. Całą noc. Lampkę. Właśnie mija dwudziesta godzina jej spania. Oddycha spokojnie. Ja tymczasem przeżywam próbkę całkowitej samotności w domu, upojny to stan. Za oknem prawdziwa zima, prawdziwa cisza, niebo bez gwiazd. Boże mój, będę znowu wolna, kiedy odejdzie, chociaż właśnie się pogodziłam z jej obecnością, wpisałam ją w grafik mojego życia i już we mnie zacumowała. W sobotę wstawiam jej do pokoju drugą szafę. Koniec z walizkami, jest u siebie. Zamawiam okno do sypialni, którą zajmuje. Nie traktuję czasu, który tu spędza, jako czegoś przejściowego. Mieszkam z nią po prostu. Ale dzisiaj, kiedy nieoczekiwanie zniknęła na cały dzień widzę, że zajmuje o wiele większą przestrzeń, niż tylko sypialnia, wspólna łazienka i trasa do altany na papierosa 3 razy dziennie, bo jest człowiekiem charakternym, zaborczym i upartym, zdeterminowanym na swoje potrzeby i przyzwyczajenia, pilnującym, żeby dostać to, co lubi, a czego nie może sobie zapewnić sama. Jak każdy w moim życiu. Wiem, że bez niej będzie mi kiedyś bardzo dobrze, jak bez każdego w moim życiu. Umowy z ludźmi, którzy mnie potrzebują podpisuję świadomie, ale zawieram zawsze na czas określony.

Aktualnie jestem dobrą córką, ale nie jestem już dobrą matką i żoną. A niektórym się wydaje, że takie stany trwają do końca życia. Nic, prócz nas samych nie musi trwać do końca życia, ale dobrze jest wszystkiego spróbować, żeby nie żałować. 

Zdjęcie mamy w młodości – Wojciech Plewiński .