Zaprowadźcie mnie do celi, czyli o „Źródle” Ayn Rand.

Pisałam o tym, jak ryzykownym tematem są w literaturze opowieści o artystach. I wywołałam wilka z lasu.

Książka Ayn Rand – Źródło, wielka, gruba i wydana jak milion dolarów, odznaczona sznurem medali i bijąca rekordy wznowień, tłumaczeń oraz pochlebnych recenzji to gigantyczna katastrofa intelektualna. W życiu nie czytałam czegoś tak głupiego, co w założeniu miało być mądre.

Przypomina mi to pewną, znaną anegdotę, którą Maciek wielokrotnie przytaczał, za każdym razem pękając ze śmiechu. Otóż zdarzyło się kiedyś za socjalizmu, że w ramach jakichś szalonych projektów resocjalizacji więźniów- aktorzy scen polskich czytali poezję w zakładzie karnym. W niedużej i ponurej salce pełnej kamer i alarmów, poprzedzielani strażnikami, na twardych krzesłach siedzieli rzędem przestępcy a naprzeciw nich siedział przerażony Zapasiewicz. Usiłując jakoś wytrzymać napór nieprzychylnych spojrzeń skierowanych w swoją stronę rozpoczął recytację. Dobrnąwszy do ostatniej zwrotki zauważył, że jeden ze słuchaczy unosi rękę. Chciał pan coś powiedzieć? Proszę, śmiało! – zachęcał mile zaskoczony. Tak! – zakrzyknął ów człowiek z niespotykaną desperacją. Proszę mnie natychmiast odprowadzić do celi!

Czytając niezbyt dokładnie i najszybciej, jak to było możliwe – nieszczęsne „Źródło” – czułam się jak ten skazaniec.  Przytłoczenie wielkością sztuki bywa trudne do wytrzymania. Człowiek łapie powietrze dopiero w celi.  

Biedna Ayn Rand – kupiłam jej osławione dzieło pod wpływem podcastu „Humanisty na emigracji”, bo on byle czego nie komentuje. Książkę rozpoczyna płomienna przemowa autorki do niespełnionych artystów i nieodkrytych talentów. Dając za przykład sukces własny przekonuje, żeby w siebie wierzyć, nie dać się ogłupić modzie, zachować spokój i być sobie wiernym choćby to kosztowało życie. A dalej jest już tylko pięknie, tak pięknie, jak obiecują specjaliści od kreowania rzeczywistości na you tube. „Źródło”, pomimo początkowych problemów ze znalezieniem wydawcy okazało się absolutnym hitem i miało rekordy sprzedaży w Stanach. A więc – pisze Ayn (to imię ma niewymawialne) – nie poddawajcie się, piszcie, bo zbliża się dzień chwały.

Ha! W takim razie nic tylko siorbnąć kawę, podgrzać bułeczkę i włożyć okulary.

Niestety już po chwili następuje ból wszystkich zębów… nie wierzę.. Próbuję, biorę do łóżka, do kibla, do kuchni, zadaję sobie przeczytanie trzech stron, przypominam, że kosztowała 70 złotych, oskarżam siebie o złe intencje i cynizm, postanawiam wytrwać, męczę się, otwieram 30 stron dalej i nic, dalej nic, w dodatku mam wyrzuty sumienia, że ona mi tak dobrze życzy, ta Ayn, tyle wiary we mnie wlała we wstępie! Wracam więc pokornie z setnej do siedemdziesiątej i czytam zdanie po zdaniu, czytam z nadzieją, że może balon nareszcie pęknie, ale nie, tylko się nadyma, tak to ma już zostać, nie ma ratunku. Marzę, żeby mnie ktoś odprowadził do celi.

Wszystko w tej książce jest wydumane i zarazem do bólu przewidywalne. Żeby nie wiem jak wymyślnie opakować kawałek mydła i tak na koniec dostajemy mydło. Najlepszej jakości papierki nie wpłyną na skuteczność mycia. A ponieważ rodzaj opakowania nie wskazuje na mydło, dla pewności należy jeszcze na każdej warstwie to zaznaczyć. Na tej mniej więcej zasadzie została napisana ta książka.

Główny bohater jest postacią granitową i jednowymiarową, ale jakiż to wymiar! Podniebny! Tego rodzaju nieprzepuszczalny ideał nie jest rzecz jasna lubiany, a jego porażający talent rzecz jasna tylko pogarsza sprawę. Nie ma przyjaciół i nikt go nie docenia, nikt oprócz nas, czytelników, którzy już od pierwszej strony  wiemy, jaki jest zajebisty. Z każdej nawet prozaicznej czynności, z każdego spojrzenia, gestu, odruchu– promieniuje ów jednowymiarowy granit naznaczony jednokierunkowym geniuszem. Główna bohaterka, z którą, rzecz jasna – łączy go strasznie skomplikowana, lecz w sumie oczywista więź, bo są tak podobni, że się nawzajem znoszą – robi wszystko wbrew sobie, rzecz jasna po to, żeby udowodnić, że nie kocha tego, kogo kocha. Wychodzi więc za mąż za, rzecz jasna – największego konkurenta swojego ukochanego, którym, rzecz jasna gardzi i którego, rzecz jasna – nienawidzi i krzywdzi. Ta krzywda rzecz jasna niebywale nas cieszy, bo stanowi jedyne antidotum na niezasłużone klęski bohatera. Geniusz architektury, niedoceniony i niezłomny, zachowując kamienną twarz pod którą, rzecz jasna, skrywa gorące serce –  otrzymuje nareszcie zlecenie życia na coś co się nazywa…świątynia ducha. Rzecz jasna – nie jest to świątynia żadnego wyznania, lecz samego tylko ducha, wypreparowanego z religii i wyjętego z kontekstu. Duch to wielki i człowiekowi nierówny, godny jedynie naszego herosa. Nie znamy celu ani sensu wznoszenia takich świątyń, jest to bowiem obiekt stworzony wyłącznie na potrzeby powieści. Już pierwszy kamień położony i wybrany przez wizjonera wszechczasów – skłania przypadkowego przechodnia, który rzecz jasna okazuje się nieprzypadkowy -do refleksji – że oto zapowiada się najbardziej niezwykła budowla w Ameryce. Po trzystu stronach nawijania na uszy przesolonego makaronu rzeczywiście można wysnuć tak daleko idące wnioski na widok pojedynczego kamienia. Ale żeby słoność makaronu uczynić jeszcze trudniejszą do przełknięcia zlecenie zostaje autorowi odebrane a świątynia zrównana z ziemią po wybudowaniu. Opis sobie darujmy, wiadomo, że była doskonała. Po tym jak legła w gruzach robi się już tak słono, że tylko autorka książki może uratować potrawę. Nie wdając się w zawiłe procesy sądowe z serią niesłychanych przemówień na kolejnych sto stron – wystarczy powiedzieć, że gmach zostaje wzniesiony na nowo, a bohater nareszcie uznany bohaterem. Ślub z wrogiem ma analogiczne skutki, zostaje unieważniony mocą prawdziwej miłości.  Happy end jest zasłużoną nagrodą czekającą wytrwałych czytelników, ale jest rozpaczliwie naciągany, jak cała reszta. W życiu takie happy endy się nie zdarzają. Albo rybka albo pipka, z pewnych klęsk się nie wychodzi. W świecie tak wrogim i przerysowanym, z jakim się mierzy główny bohater Pan Bóg nie zstępuje nagle z nieba, żeby wszystko poprzestawiać. Jedynym więc ratunkiem dla tej książki byłby brak happy endu. Ale czytelnik zidiociał i pragnie już tylko słodyczy po tej straszliwej dawce soli. Rezygnuję ze słodyczy, ale proszę mnie natychmiast zaprowadzić do celi. 

Zawsze mnie fascynowało, dlaczego takie książki robią zawrotną karierę? Dlaczego niektórzy, skądinąd inteligentni ludzie określają je mianem  arcydzieła? Czy coś ze mną nie tak, czy też termin arcydzieło się spowszednił i od dawna już zależy od sprzedawalności i popularności a nie od wartości rzeczywistej. Ale czym jest wartość rzeczywista? Na pewno nie czymś, co można zważyć i nie czymś, co podlega kalkulacji. Książki wydumane są zrodzone z kalkulacji i na coś obliczone. Ayn Rand chciała opisać boskość – boskość sztuki, talentu, ideału, prawdy, czy jak zwał, ale nawet Jezus Chrystus nie ryzykował dosłowności. Wybierał proste przypowieści. Jeleń na rykowisku jest zbyt piękny, by go malować. Takich zwierząt nie ma. Nie ma też takich ludzi, jakich ona stworzyła, ani artyści tacy nie są, ani ludzie w ogóle, nawet skazańcy. Dlatego właśnie zaprowadźcie mnie do celi.