Wojtyła obrońcą pedofilów. Jak się czuję? Zawiedziona i rozczarowana, chociaż beatyfikacja nie jest kategorią dla mnie miarodajną w kwestii zaufania. Ale przyznaję, że pozostawałam pod jego urokiem i w czasach zarazy był mi jak plaster na rany. Zapewne ludzie, którzy świętość uznają za wyjście ponad ludzkie standardy czują się dwa razy gorzej. I podejrzewam, że to właśnie uczucie chcą w sobie zagłuszyć dzisiejsi orędownicy batalii w jego obronie – zdradzeni i zdezorientowani. Dopóki to możliwe – zaprzeczają faktom. Jedni robią to w sposób desperacki, inni próbują manewrować świeczką i ogarkiem, ale każdy się czuje oszukany, a oszukany człowiek przede wszystkim martwi się o siebie. O swój wizerunek frajera, o swoją śmieszność. Gdyby papież oddał duszę Bogu, raczej nie byłby papieżem i nie musiałby lawirować pomiędzy sumieniem a stanowiskiem. Tymczasem oddał ją kościołowi i okazał się wzorowym, najwierniejszym sługą kościoła. To rozróżnienie jest kluczowe. Kościół i Bóg to pojęcia przeciwstawne, nie ma żadnego Boga w kościele, chyba, że na krzyżu. I o to w zasadzie toczy się wojna. Działanie w imię Boga znamy z najokropniejszych kart historii ludzkości, zatem użycie go do politycznej walki z reżimem komunistycznym nie było jakąś szczególną zbrodnią ani niczym nowym. W imię więc boskich praw i posiadając najwyższą władzę w jednej z najpotężniejszych organizacji na świecie Wojtyła – papież – skutecznie rozwalał komunę, ale cena jego prywatnych sentymentów była wysoka. Był w centrum dowodzenia, miał w zasięgu wszystkie papiery, archiwa, dowody na to, w co wdepnął i świadomość, że ta karczma Rzym się nazywa. Mafia ma swoje zasady i biada temu, kto się wyłamie, więc wszedł w uszyty dla siebie kostium i grał pięknie. Pozwolił na plagę aids w krajach, gdzie mogłoby ją ograniczyć użycie prezerwatyw, był zamieszany w finansowe przewałki, które doprowadziły do porwania i śmierci młodej dziewczyny z Watykanu, pozostawał głuchy na prawa i problemy kobiet. Chronił i podpierał swoimi decyzjami najbardziej restrykcyjny patriarchat, stanowiący przecież sens i cel istnienia kościoła. I krył pedofilię. Był politykiem i strategiem, a nie żadnym świętym. Jego zasługi w dziele upadku reżimowej władzy w Polsce są nie do przecenienia. Ale nie tylko ten upadek ma na koncie. Nie przewidział, że coś się zmieni w kwestii ukrywania kościelnych zbrodni i tu się pomylił. Został świętym od pedofilii. Dzięki Wojtyle upada także kościół. Dowody na ukrywanie przestępstw i brak empatii dla ofiar w zestawieniu z powszechnym kultem jego osoby sprawiły, że hipokryzja sięgnęła zenitu. To, co się dzieje teraz to ta eksplozja, której Macierewicz próżno szukał w samolocie. Nie da się jej ukryć, żadna władza tego nie dokona. Następne pokolenie będzie się śmiało z takiej świętości i ze świętości w ogóle. Dzisiejsze wyczyny Franciszka są w tym kontekście całkowicie przewidywalne i powodują wzruszenie ramion, bo jego głos przestaje się liczyć. Kościoła już nie ma. Kto z nim związał swoje życie, polskość, system wartości i podstawy bytu, będzie miał problem. Stawka jest wysoka, bo w tej grze będą przegrani wszyscy katolicy, co uczyniłoby Polskę krajem świeckim. I to byłby, jak dla mnie ten prawdziwy cud, jakiego dokonał papież Polak.