Obejrzałam ten serial z uczuciem, jakby mi kto szpilki wbijał w substancję szarą a dobrnąwszy do spodziewanego finału wyglądałam już całkiem jak wkurwiony jeż. Podejrzewam, że nie ja jedna.
Kilka tygodni temu w związku z dyskusjami rodzinnymi, tak gorącymi, że ich oczywistym następstwem był lodowaty prysznic wpisałam sobie w you tube – „toksyczne dzieci”. I co wyskakuje? Polecam zrobić doświadczenie. Wyskakuje miliard podcastów, filmików, porad i medytacji o toksycznych rodzicach. Dzieci są poza wszelkim podejrzeniem. Nie ma toksycznych dzieci!
W serialu z Kate Winslet jednakowoż pojawia się toksyczna córka, oficjalnie nazwana żmiją przez nauczyciela muzyki, który w niej odkrył rzadką zdolność do koloratury. Pan profesor radzi matce, żeby poszła na koncert, jak się idzie do zoo oglądać węże, ale żeby nie zabierała węża do domu. Matka nie ma w sobie grama odporności na jad, przeciwnie, wygląda na uzależnioną od jadu. Idzie w zaparte i strasznie obrywa. Ślepa matka i wredna córka, skąd ja to znam? Z wykopalisk. Byłam wredną córką, miałam ślepą matkę, ślepą na moją potrzebę wolności i niezależności, zaborczą, despotyczną i niestabilną emocjonalnie a jednocześnie nie spełniającą oczekiwań, a takowe straszliwie rosną, kiedy dziecko się dowiaduje, że ma moc manewrowania nastrojami rodzica. Byłam także i matką – gotową wyrwać sobie serce i wypruć kichy, byle dzieci miały wszystko a nawet więcej. Byłam więc i matką, i córką. Może nie w takim wymiarze jak w tym skrajnie dołującym serialu z rewelacyjną Winslet, ale echa wielu moich niegdysiejszych dylematów odnajdywałam w każdej niemal scenie. Bohaterem jest tu jednak matka i śmiem twierdzić, że brak szacunku dla samej siebie, który wykazuje – denerwujący, zgubny i pogrążający ją z kretesem, ma swoje źródło w naturze, bo macierzyństwo z założenia na tym polega. Decydując się na dzieci decydujemy się na niewolę, bo inaczej dzieci nie przeżyją, są całkowicie od nas zależne. Ale jak długo? Chodzi o to, że nawet dzieciom kończy się kiedyś gwarancja. Czy aby na pewno obie strony są skłonne uznać, że nie była dożywotnia? Ciężko o rozsądek w miłości a dzieci zdarza nam się kochać bardziej niż siebie. I kiedy nagle czegoś nie dostają, co im się w ich mniemaniu należało, albo ktoś jest od nich ważniejszy – odczuwają to jak zdradę. Podobnie, co mnie niepomiernie dziwi, niektórzy rodzice źle znoszą fakt, że dzieci się usamodzielniają i odchodzą na zawsze nie podziękowawszy za całość włożonego w nie wysiłku. Nazywa się to wtedy egoizmem, porzuceniem i niewdzięcznością. Zgodnie z zasadą zachowania gatunku rodzic winien oddać życie, by chronić życie potomka. I co, nagle od jednego dnia gotowość zanika?? Oddać życie, ale nie rujnować go sobie, powie każdy, komu łatwo powiedzieć, bo nigdy nie stanął przed takim wyborem. Ja też nie, ale znam wynik testu i ta świadomość mnie nie opuszcza, a dawno powinna mnie była opuścić. Kiedy konkretnie? Wraz z pełnoletniością dzieci? Wraz z ich zmądrzeniem? A jak sprawdzić, czy już zmądrzały?? W dniu, kiedy zaczną zarabiać więcej niż ja? Czy może, kiedy mają już własne dzieci? A co, jeśli zbankrutują, zachorują, albo o zgrozo – nie wyprowadzą się, bo nie mają gdzie? Reguły tylko pogłębiają przepaść, dlatego nie ma reguł. Nie ma!! Jak żyć, jeśli nie ma reguł??? Istota wolna nie lituje się nad sobą, bo nie ma dzieci. Mając dzieci nie lituje się tym bardziej, ale wolna nie jest.
Te i inne refleksje prowadzą do jednego wniosku – posiadanie dzieci kontra posiadanie własnego życia to odwieczna walka człowieka z koniem, czyli natury z kulturą. Natura nie chroni matki, jeśli matka nie chroni dziecka i kultura to przejęła, bo kultura tylko udaje, że z tym coś robi. Nic nie robi, bo kultura jest wygodnicka. Matka, której dziecko już nie potrzebuje nie ma żadnej specjalnej ochrony. Żadnej taryfy ulgowej ze względu na utrudnienia w osiągnięciu własnych celów. W ogóle jakie własne cele??? Po pięćdziesiątce? Do garów, wnuki kołysać, liście pompować! W ten sposób toksyczne matki mają szanse się zrehabilitować jako babcie a toksycznych dzieci, jak wiadomo – nie ma.
Ten serial jest po to, żeby wszyscy się oburzali na matkę, która daje po sobie jeździć. I to jest jego siła. Trzepie mózg i matkom i dzieciom. Nikt nie znajduje w tym dziele ani pocieszenia ani ostatecznego rozwiązania, można się spierać bez końca i oglądać dalej z coraz większym niesmakiem przez pryzmat własnych rozczarowań. Na tym mniej więcej polega dobry film. Ale miłość na tym nie polega.
Nieznajomość tego, czym naprawdę jest miłość, to powód odwiecznego konfliktu pokoleń nie potrafiących dojść do ładu z powinnością i oczekiwaniami. Miłość bowiem to stan ducha pozostający poza naturą, poza emocjami i nie wynikający z pożądania ani więzów krwi. Nie wywołuje wyrzutów sumienia, nie wymaga ofiar ani nie oczekuje niczego w zamian. Stan ducha zwany miłością to nie uczucie, lecz sposób postrzegania rzeczywistości, swoista wewnętrzna nieomylność, bycie w prawdzie – jak to ślicznie ujmują mądre księgi. Bo tylko prawda jest niezawodnym drogowskazem, ale prawda wymaga całkowitej uczciwości wobec siebie, a ta jest możliwa jedynie za sprawą pokory i łaski. Inaczej będzie to tylko zamaskowany egoizm, który potęguje ślepotę i grozę życia. Mildred Pierce konsekwentnie zmierza do ściany i każdy widz czeka niecierpliwie na ostateczne zderzenie, instynktownie czując, że tylko w taki sposób baba się nareszcie otrząśnie. Jednocześnie jest przekonany, że tego rodzaju problem go nie dotyczy…
Tymczasem dotyczy każdego. Własne czterdzieste urodziny, których nikt się nie spodziewał tak szybko, mogą nie wystarczyć jako okazja do brutalnej konfrontacji z samym sobą. Jeśli życie funduje nam bardziej odczuwalną katastrofę – dziękujmy za nią i cieszmy się, jeżeli pogrzeb dotyczył jedynie naszych planów. Projekt człowiek przewiduje taki właśnie zwrot mający na celu odejście od przewodnictwa natury i uznanie przewodnictwa ducha. Na poziomie duchowym wszystkie dylematy Mildred bledną jak sztuczne ognie. Absurdalny wydaje się termin gwarancji wyznaczany dzieciom i wszystkie powinności oparte na pokrewieństwie, żaden dar nas nie rujnuje ani prezent nie czyni zobowiązanym. Wszystko co się wydarza nie stanowi już ciężaru, garb przestaje rosnąć. Miłość uwolniona od żądań natury jest czymś zupełnie nowym i uszczęśliwiającym przede wszystkim tego, kto kocha. Taka miłość jest równoznaczna z wolnością i niewielu potrafi w pełni do niej dorosnąć, ale samo dążenie do niej (jak to mówił Morfeusz – znać drogę to jedno a podążać nią – to co innego) – samo to czyni nas ludźmi bardziej zrównoważonymi i pogodzonymi z życiem w sensie pozytywnym. Nuda, panie. Dlatego o takich ludziach nie robi się filmów.
Mildred Pierce – amerykański miniserial telewizyjny z 2011 r. w reżyserii Todda Haynesa. Ekranizacja powieści Jamesa M. Caina pod tym samym tytułem. W 2011 r. serial nominowany był do nagrody Emmy w 21 kategoriach. HBO