W podstawówce byłam o głowę niższa od przeciętnie wyrośniętych rówieśników. W szkolnym przedstawieniu grałam falę. Normalne dzieci stały po dwóch stronach ubrane na niebiesko a fala załamywała się na mnie.
Okazało się, że lubię chodzić do szkoły, bo najbardziej ze wszystkiego podoba mi się siedzenie za biurkiem. Osobliwa ta namiętność nie jest zazwyczaj udziałem normalnych siedmiolatków. Gdybym wtedy umarła i próbowała sobie wyobrazić domniemany ciąg dalszy nie przypominałby on w niczym tego, który nastąpił. Żywię jednak nadzieję, że istnieje wszechświat równoległy, a nie powielony, gdzie biurko, książki i klawiatura stanowią centrum mojego spokojnego żywota dzięki zwycięstwu uporządkowanej części DNA, na którą pracowały pokolenia naukowców i mój dzielny tata.
Dom na Warmijskiej, gdzie ojciec spędził swoją powojenną młodość to nie było w moim pojęciu miejsce przyjazne dzieciom. Za duży. Za ciemny. Zimny z grubymi murami. Istny pałac sinobrodego, pełen wielkich szaf z molami i książek, też z molami – książkowymi- wiedziałam o ich istnieniu i bałam się sięgać sama po książki. Ogromy globus miał na dole białe plamy nieodkrytych lądów, w centralnie położonej jadalni zwaliste, czarne, dębowe meble z kręconymi kolumnami przypominały mroczne ołtarze. Posadzki w nieogrzewanych sieniach były równie lodowate jak ściany. Był także spuszczany klozet z zabytkową rączką a za nim służbówka oddzielona cienką ścianą działową. Klaustrofobiczny ów pokoik z żelaznym łóżkiem wypełniającym trzy czwarte przestrzeni i zakratowanym oknem pod samym sufitem zajmowały kolejne, przywiezione przez ciotkę z Orawy lub Podhala służące góralki. Odgłosy fizjologicznych potrzeb dochodzące z klozetu państwa profesorostwa niosły się na wysokości wezgłowia stojącego pod ścianą łóżka, co było jednakowo poniżające dla obu stron. Czasem naprawdę nie potrzeba rewolucji ani prześladowań religijnych, żeby ludziom przypomnieć, że wszyscy jesteśmy równi wobec Boga.
Skok cywilizacyjny w starożytnym Egipcie był spektakularny biorąc pod uwagę sekrety kapłanów, techniczną stronę budowy piramid, tajniki mumifikacji, czy wiedzę z zakresu medycyny i astronomii. Tempo i zakres tego skoku skądinąd poważni ludzie potrafili tłumaczyć tajemniczą wizytą kosmitów. Moje pokolenie zaczynało życie w głębokiej komunie, z czarno – białymi telewizorami, kontaktami na poziomie wysyłania telegramów i zamawiania rozmów międzymiastowych. Kończy w niemal wirtualnej rzeczywistości sterowanej za pomocą cyfrowych kodów z nadzieją na wszechświat równoległy, gdzie będzie można wskoczyć, jak w nowe buty – w swój hologramowy, ulepszony zapis.
Świat dający się zrozumieć w kategoriach Newtonowskiej fizyki odszedł w tempie podejrzanie szybkim, stało się to na przestrzeni jednego pokolenia. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że ktoś z zewnątrz przy nas majstrował. Kosmity nie przyłapiesz, jak wymienia poczciwe neurony na kwantowe stymulatory, bo na tym polega ingerencja kosmitów. Mój ojciec, w przeciwieństwie do ciotki Retoryki był człowiekiem nad wyraz postępowym i otwartym na wynalazki. Uważał, że poznając świat poradzimy sobie już sami, bez konieczności przyjmowania czegokolwiek na wiarę. Nauki kościoła to nie są żadne nauki, od tego jest Polska Akademia Nauk. Matka z kolei była zdania, że telefon dzwoni, bo diabeł siedzi w środku i ogonem miele, podobnie rzecz się ma z silnikiem i żarówką. Diabeł mojej matki był bezwyznaniowy. Jak wielu artystów przejawiała mentalność i charakter dziecka, kościół ją przerażał. Nigdy nie zaglądała do biblii ani do ewangelii, pytała czy psalmy napisał święty Piotr i przypuszczała, że Chrystusa zdjęli z krzyża, kiedy jeszcze żył. Zdołali go jakoś uratować i potem powiedzieli, że zmartwychwstał. Ojciec nie miał na ten temat zdania, tylko patroszył myszy uśmiercone chloroformem i truł nietoperze w tych samych celach, czyli w celach naukowych. Wieczorami zamiast sączyć dobre trunki oczyszczał z piasku kości dinozaurów. Nie byłam przekonana do naukowego ateizmu ojca, a undergroundowa ignorancja matki wydawała mi się infantylna i kompromitująca. Temat Boga dręczył mnie odkąd o nim usłyszałam, bardziej, niż niektórych odciski i alergie ( przewlekłe i trudne do wyleczenia), więc póki co uznałam, że Stwórca jest kosmitą i czytałam Danikena, to był taki Dawkins dla ubogich.
Wracam teraz do czasów, kiedy Pan Bóg jeszcze nie istniał a dom na Warmijskiej już miał sto lat. Wszystko w nim było od zawsze na tym samym miejscu, jakby został skonstruowany, urządzony i w całości wyposażony a następnie opuszczony na scenę niczym ogromny, stały element przedstawienia z aktorami w środku. Do dnia, w którym sztuka nie zejdzie z afisza – nic się w nim nie miało prawa zmienić. I nie zmieniało się.
Wrażenie, że żyję w wieczności towarzyszyło mi przez długie lata dzieciństwa potęgowane ciężarem mebli, wielkością portretów na ścianach, ich niewzruszonym spojrzeniem. Tę stojącą, spatynowaną magmę mój ojciec potrafił zaskakująco ożywiać kupując pierwszy adapter stereo, sprowadzając statkiem z Anglii nowiutkiego forda, albo czytając playboye przemycane specjalnie dla niego z zagranicy. Zamiast na koncerty symfoniczne chodzili z matką do Piwnicy pod Baranami, jako pierwsza w szkole miałam czarny album Beatlesów i kolorowe flamastry, zwane wtedy markerami. Ale na tym koniec. Telewizor miałam jako ostatnia.
W któreś wakacje, bo nie było wtedy weekendów, rodzice zabrali mnie na wycieczkę do Łańcuta. Tam zobaczyłam chiński pokój. Nareszcie coś w moim rozmiarze!! Truciznę przechowuje się w małym pojemniczku – powiedział ojciec zgięty wpół pod sufitem. Upodobanie do niskich pomieszczeń mi zostało, nigdy nie musiałam pochylać głowy przechodząc przez próg.
Dawniej ludzie byli mniejsi, świadczą o tym krótkie łóżka w skansenach i muzeach. Spekulacje na temat człowieka przyszłości z głową wielką od myślenia i cienkim odwłokiem kosmity– kompletnie się nie sprawdziły. Jest odwrotnie. Ludzie zajmują się głównie żarciem a myślenie zostawiają komputerom. Są zwaliści i ograniczeni umysłowo – oto człowiek przyszłości. Łóżka są coraz większe, ale wezgłowia w tym samym rozmiarze. Niepokoi fakt, że to nie nasz mózg jest coraz sprawniejszy, lecz mózgi maszyn. Przejmą nas w końcu i oprogramują wedle własnej woli. Tak mógłby z nami postąpić Bóg kosmita. Dlatego po namyśle skasowałam tę opcję. Ostrożni teologowie też zaczynali swoje teorie od tego, czym Bóg nie jest.
Im byłam starsza tym bardziej do mnie docierało, że nie wszyscy są straszliwie inteligentni. Przeciwnie, tępi bywają niemożebnie. Potwornie się bałam głupoty. Panicznie, przeraźliwie bałam się głupoty. Człowiek niewykształcony był jak dzikie zwierzę, gotowe mnie rozszarpać na krwawe strzępy i pożreć bezrefleksyjnie w nieopisanych męczarniach. Niewiedza była w moim pojęciu jednoznaczna z okrucieństwem. Nie przygotowano mnie na różnorodność, nie poczyniono żadnych starań, bym uwierzyła, że jakakolwiek ludzka wartość może istnieć bez wykształcenia. Od razu uciekłam z przedszkola. Samotnie, w wieku 6 lat przemierzyłam 30 przecznic od Parku Krakowskiego do Podchorążówki, bo spanikowałam na widok obcych dzieci, które wydawały mi się gamoniowate a obecność przedszkolanek, niewystarczająco jak na mój gust błyskotliwych dopełniła koszmaru. Zwierzchnictwo tego rodzaju osób, w ogóle jakiekolwiek zwierzchnictwo pozbawione autorytetu – było nie do zniesienia. Wyżej wymienione przedszkolanki nakazywały dzieciom kłaść się do łóżek i spać. W niczym nie były podobne do naszych góralek, których wierność, podporządkowanie i prostota były podstawą prawidłowych relacji ze służbą. Śpiewały nam do snu, ale nigdy, przenigdy nie kazały zasnąć, bo nie da się zasnąć na rozkaz. Niczego się nie da na rozkaz, chociaż wszystko można inteligentną perswazją. Ta umiejętność była zarezerwowana dla ludzi wyższego stanu i skończyła się na zawsze jako metoda wychowawcza w dniu zaprowadzenia mnie do przedszkola. A świat zawalił mi się do reszty, kiedy ojciec wyszedł z domu w ciemną, wigilijną noc do swojej wydry ukrytej w krzakach. Miałam 9 lat i miałam pozamiatane.