„Dyplomatka” – świetny serial, polecam. Nie wiem, jak wytrzymam czekanie na drugi sezon. Gorzej z „Królową Charlottą”, która jest czarna. Całym sercem potępiam wszelką dyskryminację, ale dlaczego w takim razie Brad Pitt nie może zagrać Mandeli a Denzel Washington Chopina. A może może? Tak się składa, że pierwszy film o królu Jerzym III zapisał się w mojej pamięci także dzięki kolorom, ale tam bohaterem była czerwień. Była to najbardziej nasycona czerwień, jaką zdarzyło mi się oglądać. Przez lata szukałam takiej czerwieni w malarstwie aż nareszcie, w roku 2006 znalazłam farbę kosztującą majątek, która, wyciśnięta na paletę w postaci czystej dawała taki efekt. Namalowałam wtedy obraz – Donna Perfidia.

Wracając do Netfliksa, filmów i wiedzy o świecie. Trafiłam ostatnio na kanał o nazwie Dział Zagraniczny i zdałam sobie sprawę, jakim jestem tłumokiem. Nie wiem, gdzie leży Oman a gdzie Jemen, nie odróżniam Arabii Saudyjskiej od Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a ostatnie moje wyobrażenie o stolicy Sudanu pochodzi ze starego wydania „W Pustyni i w Puszczy”. Jestem tłumokiem i nie ratuje mnie niegdysiejsza moja namiętność do historii starożytnego Rzymu ani obecna, pobieżna znajomość literatury. Nie godnam mojego dziadka orientalisty, ani wuja tłumacza Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy. Ani ojca obieżyświata. W moim rodzinnym domu pięcioro na sześciu mieszkańców postawiło stopę w Ghardai – słynnym mieście w środku Afryki. Ja też postawiłam, przejechałam całą Saharę myśląc wyłącznie o nowym albumie Stonesów i dżinsach ze streczu. Byłam jak ten nomada na pustej drodze przez piachy, dla którego pierwsza wydma wyznacza granice poznania. Jak baba ze wsi pod Drawnem, co się zarzekała, że za zakrętem jest jezioro, ale nigdy go nie pojechała zobaczyć, bo ma wodę w kranie. Jestem takim samym tłumokiem i muszę przestać nim być. Wypada mieć jakiś ogląd sytuacji na własnym globie, chociaż teoretycznie szkoda tracić czasu na wojnę domową w Chartumie, bo to bardzo daleko od Szydłowca i zostanę z tą wojną jak Himilsbach z angielskim.
Zakupiłam mapę polityczną świata w postaci nakładki na biurko i odpaliłam po kolei wszystkie podkasty. O produkcji soi w Paragwaju, który przez to traci lasy i kompletnie się degraduje ekologicznie. O Iranie, żeby mi się przestał mylić z Irakiem. O talibach, dżihadystach, szyitach i sunnitach, o raju w Dubaju i reinkarnacji Dalaj Lamy. A nawet o tym, że Bukareszt leży na obszarze zagrożonym trzęsieniem ziemi i że mają to raczej pewne już niedługo. O bezsenności w ultranowoczesnym Seulu. Sami Koreańczycy wydawali mi się do niedawna dzikusami pożerającymi psie mięso, ale dzięki serialom, którymi teraz sypią jak z rękawa nie żałując kasy na ciuchy, o jakich w polskich produkcjach można tylko pomarzyć – (mam na myśli nie tylko najlepsze marki ale klasę niespotykaną i sznyt niewiarygodny strojów zarówno współczesnych, jak tych z epoki) – zrozumiałam, że mogą nas kupić z butami, uczyć dobrych manier i higieny, nie mówiąc o już o tym, jaka to stara kultura. Kroniki z czasów Królestwa Joseon istniejącego 2000 lat p.n.e figurują na stworzonej przez UNESCO liście dziedzictwa kulturowego „Pamięć Świata”. Wyślemy je w kosmos w razie, gdybyśmy się chcieli pokazać od najlepszej strony obcym cywilizacjom. Nasz Gal Anonim się nie załapie. Inną kwestią jest moja słabość do skośnych oczu. W tym życiu już nie, ale w następnym poproszę.
Dostęp do wiedzy ogólnej jest dzisiaj o niebo lepszy niż w czasach, kiedy się chodziło do biblioteki wypożyczyć stare roczniki „Poznaj Świat” albo kolekcjonowało ocenzurowane serie podróżnicze. Za to ludzi mających jakie takie pojęcie o planecie, na której żyją, tak zwanych ludzi światłych ze światłem dzisiaj szukać pomimo faktu, że każdy w swoim telefonie ma informacji więcej, niż jest zawarte we wszystkich razem wziętych kronikach razem wziętych królestw w dziejach całego globu. Ale to się nijak nie przekłada na ową światłość. Dlaczego, na Boga??? Co jest nie tak?
Ano to, że możliwość sięgnięcia po informacje w dowolnej chwili – owo sięgnięcie pozostawia w sferze możliwości. Wiedza to nie hamburger, nie umrzemy bez niej. Wiedzy się dzisiaj nie zdobywa, jest się przez nią zdobywanym. Wiedza to towar mający kształtować nasze umysły w jakimś celu – politycznym, handlowym, duchowym – a jakże. Wiedza już się nie gromadzi w naszych głowach, tylko na dyskach zewnętrznych, czyli w pamięci urządzeń. Właściciele urządzeń proponują nam pakiety najlżej strawne, żeby zarobić na wyświetleniach. Gazeta jest zbyt wymagającym medium, te szpalty, drobne druczki, dzisiaj nie do przeskoczenia. Książka podobnie. Podcast już lepiej, ale trzeba się trochę skupić. Gapienie się w ekran nie wymaga takiej koncentracji. Tak samo się gapimy w okno podczas jazdy pociągiem. Wiedza w postaci, jaką sobie wymyślił reżyser, w formie, jaką sobie wymyślił scenograf, w ujęciu, jakie sobie wymyślił operator trafia na nasz twardy dysk bez korekty, bo film leci i nikt go nie zastopuje, żeby zgłębić temat, co najwyżej, żeby się wysikać. Obraz rejestrujemy w wyznaczonym tempie i bez poprawek. Sztuka filmowa kształtuje pojęcie o świecie większości społeczeństwa, dzięki czemu większość społeczeństwa przejdzie do porządku dziennego nad faktem, że babka Królowej Wiktorii była murzynką. Po co tracić czas i energię na walkę z segregacją rasową, skoro jeden zgrabny serial z powodzeniem zmienia historię i przestawia ludziom optykę w sześć wieczorów.

Co sprawia, że z pewnym przekazem się zgadzam, a z innym się nie zgadzam? Czy to tylko konfrontacja z tym, czego się dowiedziałam wcześniej, czy coś zupełnie niezależnego? Mówi się, że ludzie wyczuwają fałsz. Wyczuwają go natychmiast dzieci. Także zwierzęta są na niego wyczulone. Istnieje wewnętrzny sprzeciw, indywidualna odporność na wciskanie kitu. Ja w tym filmie nie wyczułam fałszu, chociaż daleko mu było do pierwszej, czerwonej wersji. Pytanie – dlaczego.
Dzieje świata są pełne krwi, a więc przede wszystkim czerwone. Czerwień jest obecna w polityce, reżimach, łamaniu praw człowieka, upodleniu kobiet, represjach politycznych, zamachach stanu, religijnych prześladowaniach, etnicznych konfliktach i wciąż wybuchających wojnach. Wizja wirującego wokół słońca, rozgrzanego globu, na którym nie ma ani chwili spokoju i zgody – to przygnębiająca świadomość dla pojedynczej komórki. Bo żyjemy tu jak komórki w ciele smoka ziejącego ogniem. Ja, moje życie, mój dom, moja historia, moja osoba -podlegam w całości mechanizmom, które są wszędzie identyczne, różnią się jedynie natężeniem, etapem, po którym przychodzi następny, spodziewany etap będący konsekwencją poprzedniego. Seria podkastów o krajach arabskich, afrykańskich i południowoamerykańskich tego właśnie dowodzi. Program ministra Czarnka ma odpowiedniki w wielu zakątkach świata, w których po chwilowej liberalizacji powróciły rządy religijnych ekstremistów. Niczego nowego nie jesteśmy w stanie wymyślić od początku powstania cywilizacji. Ziemia wędruje wokół słońca a na jej powierzchni co chwilę pojawia się wrzenie, toczą się wciąż te same wojny o to samo – o rzeczy nietrwałe. O pieniądze, o wpływy, o dominację.
Gdzie to wszystko zmierza? Co z tym można zrobić? Co może zrobić jedna komórka? Czy w chorym organizmie mogą istnieć zdrowe komórki? Żadna się nie uwolni i ze smoka nie wyskoczy, nie wyskoczy, bo go tworzy. Może jedynie trwać w świadomości lub trwać w nieświadomości. I w zasadzie to jedyny wybór, jaki nam pozostaje.
Trwanie w świadomości polega na nieustannym konfrontowaniu wiedzy z prawdą. Prawdą absolutną, dla której materia jest tylko symbolem, narzędziem poznania. Wtedy się okazuje, że zmiana koloru skóry, która się przydarzyła Charlottcie Mecklenburg-Strelitz 300 lat po śmierci nie szkodzi prawdzie tak bardzo, jak zamykanie uniwersytetów dla kobiet w imię Allacha. Może to i na skróty droga, może wielu od tego do reszty zgłupieje, ale węzeł gordyjski jest tylko kawałkiem sznurka i da się go przeciąć razem z całą tradycją. Król jest nagi a królowa czarna. Pora się z tym pogodzić.
