-Obudziłaś się?
-Tak. Która jest godzina?
– Dziewiąta prawie. Wcześnie.
– Wcześnie? Cały dzień przespałam!
-Dziewiąta rano.
– Rano? Acha… to co dzisiaj robimy?
-????
-No bo przecież ta wigilia dzisiaj, trzeba się ubrać, przygotować.
– Mamo, jest lipiec. Popatrz za okno.
– No właśnie dlatego to takie dziwne z tą wigilią. Może mi się pomyliło. Może Wielkanoc.
– Wielkanoc już była.
-Pomóż mi się tylko ubrać, bo nie będę jadła przy stole w koszuli nocnej.
– Zazwyczaj jesz w łóżku. Przy stole jest niewygodnie.
– No dobrze, to ja pościelę i potem skoczę na zakupy.
– Na zakupy?? A co chcesz kupić?
– To co trzeba, jakieś warzywa. Na sałatkę. Nie wiem, zobaczę. Przecież od przyjazdu nie byłam w sklepie. Kiedy ja tu przyjechałam?
– Dwa lata temu.
– Jakim cudem? Niemożliwe! Muszę sobie wszystko uporządkować. Mnie się wydawało, że dwa dni.
3 lipca.
-Hej, nie śpisz już?
-Nie śpię, nie śpię, przecież nie mogę spać cały dzień.
-Ale jest dziesiąta rano.
-Boże, dziesiąta rano? Skąd się wzięła dziesiąta rano?
-No tak jakoś. Chcesz iść do łazienki? Pomóc ci?
-Nie no skąd. Do łazienki przecież codziennie chodzę sama i piorę sobie rzeczy, pościel też czasami.
– Ok. A chcesz śniadanie?
– Nie, już poczekam na to świąteczne śniadanie. Skoro jest dziesiąta.
– Ale nie ma żadnych świąt, mama. Jest normalne śniadanie.
– Odwołałaś wszystko? I co, ludzie nie przyjadą?
-Jacy ludzie mama?
-No, wszyscy – dzieci, Ewa.
-Ewa nie żyje.
-Ach, przecież, rzeczywiście. Ciągle zapominam. Muszę sobie wszystko uporządkować w głowie. To pomóż mi do tej łazienki, bo ledwo chodzę. Coś mi się stało dzisiaj i nie mogę chodzić.
-Nie możesz chodzić od kilku miesięcy.
-Nie opowiadaj.
– Nie opowiadam. Po to masz chodzik. Bez niego byś się przewróciła.
– No dzisiaj na pewno.
4 lipca.
– Mamo, chcesz śniadanie?
-Śniadanie o tej porze?
-O jakiej porze.
-No w środku nocy! Idź spać!
-Ale jest jedenasta.
-No właśnie.
-Jedenasta rano.
-Jedenasta rano? To ja dwa dni spałam?
-Nie. Spałaś dziewięć godzin, całą noc.
– A przedtem?
-Przedtem był wczorajszy dzień.
– A ci ludzie za oknem? Jakaś kobieta ze sztalugą.
-Nikogo tam nie ma.
– Bo ty nie widzisz. Wyjrzyj, to zobaczysz. Ładnie maluje.
-Nie ma nikogo za oknem, tylko psy.
-Psy też. I ta kobieta.
-No dobra, przyniosę ci śniadanie.
– Ale przecież ja sobie sama zrobię śniadanie.
-No nie bardzo.
– Jak uważasz. Całe życie sobie robiłam śniadanie i nic się nie działo z tego powodu.
-Ale dzisiaj ja ci zrobię.
-To znowu jakieś święto?
-Znowu?
-No bo wczoraj była wigilia. Tyle jeszcze pamiętam.
4 lipca.
– Hej, jak się czujesz?
-A jak mam się czuć? Normalnie, która godzina?
-Dziesiąta. Rano.
-Dziesiąta rano? I ciągle jesteśmy same? Kiedy oni przyjadą?
-Nikt nie przyjedzie.
-No tak, ty przecież lubisz być sama na święta.
-Mamo nie ma żadnych świąt.
-Ale i tak muszę się jakoś ubrać, jak będę ze wszystkimi przy stole.
-Nie ma nikogo.
-Jak to nie ma, widzę, że ludzie na podwórku jacyś. Te dziewczyny ci pomagają? Kręcą jakieś ciasta w garnku, skąd ty masz takie wielkie garnki? Takim zamaszystym ruchem w tym garnku kręcą i kręcą.
-Mamo chodź do łazienki, umyjesz się trochę, pomogę ci.
– A łazienka wolna?
-No raczej.
-No to trzeba się pospieszyć, zanim będzie zajęta. Ale zaraz, chwilę. Muszę ci złożyć życzenia.
-Później mama, teraz idziemy się myć.
-Muszę sobie wszystko uporządkować w głowie. Czyli jakie to są święta?
-Nie ma świąt.
-To po co ja tu przyjechałam. Odwieź mnie do Krakowa.
– Jak chcesz to wracaj.
– Nie kpij sobie. Tyle jedzenia się zmarnuje.
-Mamo, nic się nie zmarnuje, psy zjedzą.
-No to chociaż tyle.
5 lipca.
-Możesz tutaj przyjść do mnie na chwilę?
– Tak, już idę.
-Musimy porozmawiać. Bo ja muszę nareszcie wiedzieć, gdzie ja jestem i co ze mną będzie, jak długo tu posiedzę, co z moim życiem w ogóle. I gdzie są wszystkie moje obrazy?
– Ciągle ci powtarzam, że masz 95 lat i nic poza starością ci nie dolega. Ale nie możesz być sama, więc mieszkasz u mnie. Obrazy są bezpieczne, nic się nie martw.
– No to już nareszcie wiem. Czyli nigdzie nie jadę dzisiaj, nikt mnie nie zabiera, nic mi nie będą robić, żadnej operacji ani zabiegu?
-Nic.
– I tak już tylko będę leżeć i patrzeć w okno?
-Na to wychodzi, ale przecież jesteś w domu, ze mną, dostajesz dobre jedzenie, wstajesz o której chcesz, psy cię kochają. Nie możesz być sama, bo jesteś już bardzo niedołężna. Niewiele rozumiesz, mało słyszysz, musisz zażywać leki na nadciśnienie, takie rzeczy.
-Acha. No to ja już nareszcie wszystko wiem. Trzeba mi było od razu wytłumaczyć jaka jest sytuacja.
-No to ci wytłumaczyłam. A teraz idę zrobić śniadanie.
– Świąteczne?
Wydaje nam się oczywiste kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i co jest ważne w życiu. Potem się okazuje, że to tylko informacje zapisane w mózgu. Mogą nagle zniknąć, nie są chronione. Delete i kosz opróżniony. Nic nie wiesz, nikogo nie znasz, nie pamiętasz gdzie jesteś, ani jak się nazywasz. Nie rozpoznajesz otoczenia, jakbyś dostał mapę obcego świata jeszcze bardziej szaloną niż u Tolkiena. To, co widzisz, próbujesz ułożyć w całość bez uprzedniej wiedzy. A może właśnie widzisz prawdę? Spod hałdy informacji wyłania się niezakłócony obraz, czyste istnienie, twoje własne, bo to ty sam nareszcie je odkrywasz. Ty nieznający świata zaraz po narodzinach, albo ty bez pamięci, którą zabrała starość.
Dziecko się rodzi, uczy się nazw i tworzy obraz rzeczywistości zgodnie z tymi nazwami. Czasami się buntuje, nie wszystko mu się podoba, nie wszystko pasuje do jego wyobrażeń, ale presja jest zbyt silna. Kiedy tracimy tożsamość? Wraz z nauką czytania? Z samodzielnością wymagającą kompromisu? Godząc się na małżeństwo? Macierzyństwo? Wierząc w sukces? Informacje płyną i tworzą skorupę, którą rozbije dopiero śmierć.
Śmierć wraca nas do początku. Śmierć niezawodny sprzątacz. Starość nie jest drogą na skróty, Trwa odpowiednio długo, żeby poczuć dzień po dniu, godzina po godzinie, jak świat topnieje w oczach. Staje się złudzeniem, jak cała materia – swoista droga po skarb przez labirynt pułapek i pokus, które należało rozpoznać. Bo inaczej nie rozpoznamy także skarbu.