Dzień Ojca – fragmenty. (3)

Zdezerterował z małżeństwa z moją matką artystką w wigilię roku 1974, w czterdziestym roku swojego życia. Jakiś czas później zobaczyłam go z obrączką i byłam pewna, że wrócił. Niestety, obrączka oznaczała coś zupełnie odwrotnego, coś, co nie mieściło mi się w głowie do tego stopnia, że przez rok sikałam do łóżka na myśl o jego ślubie. Sikałam świadomie, zaopatrzona w ręczniki, które podkładałam, żeby ocalić tapczan. Do dziś nienawidzę obrączek, przysiąg, rodzinnych imprez, białych sukni, ślubnych podróży i obyczajów, bo każde małżeństwo przypomina mi małżeństwo mojego ojca. Piszę to i od razu chce mi się sikać. Nienawidzę rodziny, rodzinnych obiadów, świąt, wigilii, tradycji, choinek, ciasteczek z dziurką i stołów na 12 osób. Nienawidzę imienia jego żony i wszystkich żon o tym imieniu.

(…)

Kłamałam, kradłam pieniądze na płyty z punk rockiem, pisałam straszne rzeczy o Bogu i ojczyźnie a w nocy czytałam Potop lejąc łzy na przemian z popuszczaniem w przygotowany ręcznik. Jakby nie patrzeć, nie był to szczęsny czas w moim życiu, a ojciec zwiedzał świat ze swoją nową żoną i wysyłał do mnie kartki z Tower Bridge zakończone zdaniem – „Całuję mocno, bądź zdrowa moja kochana dzielna córeczko.” Zgrabną tę formułkę za każdym razem ręcznie wypisywał, teraz pomocna okazałaby się funkcja „kopiuj-wklej”.

(…)

W wieku dwunastu lat znałam już życiorysy większości sławnych artystów. Założyłam gruby zeszyt, w którym po kolei spisywałam maczkiem dzieje ich życia i wklejałam reprodukcje słynnych obrazów wycięte z różnych publikacji albo zdobyte w postaci kartek pocztowych. Koleje losu gigantów sztuki dawały nadzieję na przejście do historii, bo wszyscy mieli pod górę. Większość umierała w nędzy, wymieniała swoje prace za kilogram cukru, a w najlepszym razie traciła zdrowie na nieustannej szarpaninie z nieuczciwymi marszandami. Moi bogowie byli, podobnie jak ja, całkowicie samotni w swoich rodzinach, o ile je mieli. Żeby nie zwątpić nieustannie malowali i rysowali, gdzie się dało i na czym się dało. Praca tytaniczna i niezauważona nikomu szczęścia nie przynosiła, ani im, ani komukolwiek poza nimi. Byłam skazana na podobny scenariusz i nie buntowałam się, chociaż każdy by się zbuntował. Zakładałam, że umrę na kupie niesprzedanych obrazów a jednak nie przestawałam ich produkować. Pisałam do szuflady. Głównie o tym, o czym nie dało się porozmawiać. O Bogu, którego nie ma.

(…)

Tej wigilii, kiedy ojciec nas zostawił– nie wspominam jakoś szczególnie, chociaż po raz ostatni rodzina była w komplecie. Wtedy jednak niczego niepokojącego nie zanotowałam, wszystko było na swoim miejscu. Spektakl się odbył, chociaż aktor uciekł przed zakończeniem. Dobry zespół zawsze sobie poradzi na  scenie, pod warunkiem, że załoga jest zgrana i potrafi improwizować. Tak też wszyscy uczynili, wskoczyli w swoje role – diabłów, aniołów i poszukiwaczy pierwszej gwiazdki. Wiara moja w obecność sił nadprzyrodzonych w tym wydarzeniu była niezachwiana. Gigantyczny archanioł z worem prezentów szamoczący się w oknie frontowego pokoju zawsze potrafił mnie wykiwać. Pomimo grozy takiego widoku próbowałam się na niego zaczaić, ale w chwili, kiedy lądował z hukiem na parapecie, w przeciwległej jadalni gasło światło i ciotka wydawała z siebie przeraźliwy kwik, a kwik obwieszczał pojawienie się na niebie pierwszej gwiazdki, której nie widział nikt prócz kwiczącej ciotki i skamieniałych ze strachu dzieci. Czciliśmy gwiazdkę minutą ciszy a po minucie rozlegał się dzwonek do drzwi, równie potworny jak poprzednie dźwięki, ostry, krótki, przecinający trzewia i nieboskłon. To anioł dawał znak, że właśnie wyfrunął. Rodzina biegła truchtem, w kompletnej ciemności do frontowego pokoju, gdzie drżała jeszcze skrzydłem trącona futryna i było okropnie zimno przez te anielskie manewry. Ale choinka świeciła pozaziemskim blaskiem i stawała się jasność. Zawsze zapalał świeczki, ale nigdy nie zamykał za sobą okna. Zimno mu nie przeszkadzało, ciemno tak.

Następne święta spędzałyśmy już daleko od domu, w blokowisku w mieście P. Tam, na życzenie matki artystki, ciotki pianistki i babki socjalistki- co roku przez wiele lat zamieniałam się w aniołka by rozdać brzydkie paczki sobie i trzem samotnym kobietom z wypisanym na czole stanem cywilnym. Panna, wdowa i rozwiedziona. Święta z nimi w mieście P tak się miały do wigilii w Krakowie jak Polska powojenna do przedwojennej. Nie dość, że nic nie było jak dawniej, to jeszcze należało udawać, że jest. Była więc choinka -karzeł, na której moja matka wariatka zawieszała jakieś odpustowe ptaszki, była jedna świeczka obok, były prezenty z głupimi wierszykami, bez żadnej tajemnicy składane pod ławką i byłam ja – pomysłowy archanioł. Szopka – to jedyne określenie z wigilijnego słownika, które tutaj pasowało jak ulał. Żałosne przedstawienie w moim wykonaniu skrzyło się od zjadliwych metafor, niczym kabaret Olgi Lipińskiej. Był zatem anioł polityk, anioł rockman, anioł kurwa, anioł dysydent i anioł ćpun. Na koniec anioł z widłami i czarnym, kosmatym ogonem ohydnie wystającym spod sukienki – przewidywalny owoc tych kombinacji. Byłam w swoim żywiole, ale to był żywioł zemsty, goryczy i mokrych ręczników. Obśmiałam moje magiczne dzieciństwo dokonując kolejnych, strasznych profanacji rodziny, obyczajów, tradycji i wszelkiej świętości. Nie było mi lżej, wrzód się sączył, temat wracał co roku pod koniec grudnia, kiedy śmierdzący, zatłoczony pociąg ruszał z Krakowa do miasta P.

(…)

O domu mój rodzinny, na zawsze w pamięci, na zawsze przed oczami, w snach powracający jako początek i koniec wszystkiego. Domu z psami, żółwiami, oranżerią, szklaną werandą i zabytkową kapliczką przy rajskiej jabłonce. Domu inteligencki i bezpartyjny, przedwojenny w formie i oświecony w treści, tradycyjny i niekatolicki, z całym dobrodziejstwem profesorskiego piętna pod rządami hołoty. Domu mój, obrośnięty winem, wybudowany pośród łąk i sadów w pobliżu rzeczki. Dzisiaj to pięć przystanków od Kościoła Mariackiego. Domu pełen książek, wysokich przedpokoi i serwantek z porcelaną. Domu ocalały pośród kanciastych, szarych wieżowców zaglądających nam bez przerwy do ogrodu, na ścieżkę prowadzącą do furtki wzdłuż której kwitły ojca czerwone róże.