Dzień Ojca – fragmenty 3.

W separatce na dwa łóżka ojciec dzielił szpitalną gehennę z grubym osobnikiem – chrapiącym i sapiącym karmelitą. Na jego żelaznej półeczce walały się różańce i biblia zalana kompotem. Facet charczał i gadał bez przerwy, siorbał kompot, grzechotał paciorkami i wycierał nos serwetką w IHS-y. Szczęść Boże! – ryknął na powitanie. Profesor dzisiaj w formie, nawet wstawał, ale na ścianie widzi mapę i krzyczy na mnie, bo ja nie widzę. Na potwierdzenie tej historii ojciec wskazał ręką szpitalną lamperię w kolorze zbielałej jajecznicy, z wiszącym nad nią niedoschniętym kwiatuszkiem w doniczce. -Cały czas mnie męczy ta mapa. Jest ogromna, ogromna- ojciec szeptał przez zwiotczałe gardło. Przesuwa się do góry. Tu jakby Afryka, ale ja znam Afrykę, to nie do końca jest Afryka. Ocean pod nią, nie mam pojęcia jakie to wody. Za szybko się przesuwa, nie wraca. Może bym coś rozpoznał ale nie ma czasu, bo ona jedzie, wciąż jedzie w górę…I ta..ta doniczka pośrodku zasłania- dodał z rozbrajającym uśmiechem. Najgorsza ta doniczka! –  krzyczał ubawiony Karmelita. Fakt- umieszczenie doniczki z półżywą paprotką w samym centrum ogromnej mapy, którą jest w stanie zobaczyć tylko jedna osoba na świecie – to przeraźliwa arogancja. Już nic nie róbmy, ale zostawmy chociaż puste miejsce tam, gdzie może się pojawić mapa. Nie wieszajmy paprotki w oknie kosmosu. Nie wieszajmy bogów na ołtarzach ani białych kart nie zapisujmy dogmatami. Augustyn miał rację – litera zabija, a co dopiero ciężka doniczka.

(…)

Szpital miał na ojca fatalny wpływ. Na kogo zresztą dobrze wpływa szpital?  Szczęśliwi ludzie chorują i umierają we własnym łóżku. Szpitale są dobre dla bezdomnych włóczykijów, drobnych pijaczków i degeneratów. Ojcu nic nie było prócz tego, że odkrył alternatywną rzeczywistość, która zdemolowała cały jego naukowy porządek. Żył, podobnie jak ja, w swojej nowej postaci, chociaż wyglądał identycznie i starzał się zgodnie z chorobą i wiekiem. Ale poza starzeniem i wyglądem nie podlegał już prawom czasu. Bez pamięci i z nową tożsamością koncertowo się im wymykał. Lekarze nie mieli o tym pojęcia.

(…)

Wakacje spędzał w ogrodzie, a lato było upalne. Ze szpitala wyniósł torbę uspokajających leków, które powodowały nowe halucynacje, tak jakby wcześniejsze wizje, całkowicie autorskie, specjaliści uznali za herezję. Od czasu do czasu, ocknąwszy się z letargu mówił o człowieku z pudłem na głowie. W pudle, jak na ekranie wyświetlały się sny, ponoć malownicze. Klimaty, jak z Margritte’a  przeplatały się ze stanami świadomości powodującymi agresję. Bezimienna nie raz zarobiła pod oko odważywszy się go upomnieć, że nie założył spodni albo czapeczki. Małżeństwo w wersji poczciwych staruszków nawzajem zatroskanych o swoje małe dolegliwości to było coś, za co ojciec, nawet doprowadzony do ciężkiego upośledzenia, był w stanie zamordować. Nie chciał być pociesznym dziadkiem, nie chciał być miły, bezbronny, nieszkodliwy, uległy. Smażył się na słońcu bez kapelusza jak zasuszona jaszczurka, nieruchomy na turystycznym krześle, z którego jeszcze potrafił wstać. Całe życie jeździł na pustynię w celach badawczych, katrupił tam z pasją setki myszy albo nietoperzy, które później, w ciemnym namiocie patroszył i rozpinał na planszach albo upychał w słojach z formaliną. Miał skórę spaloną słońcem i wysmaganą wiatrem, był  wciąż silny, wysportowany, człowiek z żelaza. Umierał jakby wrócił z urlopu.

Miłość do pustyni to była u ojca specyficzna cecha w kontekście dobrych samochodów, wina i kobiet na obcasach. Kiedy przez rok nie udało mu się postawić stopy na jakimś gigantycznym, upalnym pustkowiu – chodził wściekły. Przemierzył Gobi i Saharę „żywiąc się odpadkami”, jak to sam określał, rezygnując ze zdobyczy cywilizacji, zarośnięty, trzeszczący piaskiem, bez żadnej łączności z bazą lub rodziną, samotny lub w małej grupie jemu podobnych pasjonatów. Stanowił osobliwe połączenie snoba i eremity.

(…)

Spiekota krakowskiego lata, komary, które nagle zaatakowały miasto, spalone trawniki, topniejący asfalt, całe okropieństwo fali upałów było mu ukojeniem, podczas gdy pozostała ludność uciekała przed żarem do nielicznych ocienionych miejsc, wypatrując wieczoru, który był równie gorący, bo powietrze stało.

(…)

Słońce trawiło chorobę w jego organizmie , jak chemia raka. Po miesiącu w nagrzanym piekarniku poczuł się lepiej.

Jesienne popołudnia spędzał w towarzystwie cierpliwej jak anioł pani Klocek a masażysta Józef męczył go i ugniatał bez żadnego widocznego efektu. Napięty grafik człowieka, który nie wiedział kim jest i gdzie mieszka był niewątpliwym sukcesem całej, skupionej na nim rodziny. Specjaliści od poszczególnych niedomagań mijali się w drzwiach od rana do wieczora. Pacjent, wiecznie zajęty, nie miał czasu szukać drzwi do biblioteki. Pod palmą Witkowskiego znów toczyło się życie, chociaż salon bezimiennej przypominał siłownię w domu wariatów.  

Parkinson to nie była dotąd jakaś bardzo popularna choroba, ale traf chciał, że równo z moim uczonym ojcem dopadła największą gwiazdę polskiego katolicyzmu jaką był niewątpliwie przesympatyczny, medialny jak cholera papież Polak. Jak dzieci z zespołem Downa tak ojciec i papież coraz bardziej przypominali siebie nawzajem. Parkinson rzeźbił ich ciała i oblicza na obraz i podobieństwo swoje. Szli łeb w łeb z postępami choroby zapisanej w gestach, mimice twarzy, sposobie mówienia, czy też raczej – niemówienia. Razem podpierali ręką brodę, żeby zamortyzować trzęsienie, razem się garbili, razem zamieniali głos w charczący szept. Obaj z jednego rocznika, z krakowskich uczelni i z matek urodzonych w Wadowicach. Byli w tym samym wieku i młodość spędzili w tym samym mieście i w tych samych czasach. Mieli tyle samo lat za sobą i prawie tyle samo przed sobą. Ale różnica między nimi była taka, że jeden szukał mitycznych drzwi do biblioteki, a drugi już je dawno znalazł.

Podczas gdy papa Karol spokojnie żegnał się ze światem i księdzem Dziwiszem ojciec mówił o niebie, o drabinie za oknem, która tam prowadzi, o samolotach odlatujących z ogrodu i o planach domu, na których były zaznaczone miejsca dotychczas nie zbadane. Widział rzeczy niewidzialne i podobnie jak ja, nie potrafił ich opisać. Wydawał z siebie bełkot, podobny do tego, który od czasu do czasu i ja wydawałam próbując zanotować moje stany świadomości. Można rzec, i to bez żadnej przesady, że w owym czasie jedynym moim partnerem do rozmów naprawdę szczerych, był Pan Parkinson zamieszkały w jego ciele.

Muzyka nie jest z pianina. Ludzki organizm nie jest jeszcze człowiekiem, jest instrumentem człowieka. Dawno temu pewien niespełniony reżyser po medycynie rzekł mi nad ranem, że pan Bóg jest jak rak. Przenika wszystko, nie da się go oddzielić od tkanki, jest nieoperacyjny. Nie spocznie, dokąd nas nie zeżre zjadając przy okazji sam siebie. Nie ma raka bez człowieka, tak mówił. Rzeczywiście Pan Bóg, jakby go malował. Z Bogiem nie umawiasz się w ciele, bo się go tam nie dogrzebiesz. Gotujesz się na śmierć, opuszczasz własne jestestwo, pozwalasz się zeżreć żywcem byle zobaczyć, co zostanie, kiedy nic nie zostanie. W nicości, która wyglądała jak śmierć – czeka nas miła niespodzianka. Full HD i cztery wymiary. Pożyć sobie nie żyjąc można wyłącznie dzięki głębokiej świadomości. Inaczej robi to za nas rak, pan Parkinson, różne pomysłowe wirusy, wypadki drogowe, katastrofy ekologiczne, zużycie materiału…Znikamy stąd ostatecznie, dosłownie i bezpowrotnie. Trudno się z tym tak zwyczajnie pogodzić, dlatego wszyscy szukają jakiejś alternatywy dla przemijania. Magicznych soczewek, wehikułu czasu, cudu będącego dowodem na coś więcej niż prawa przyrody. Wtedy też wszyscy czegoś szukali. Fizycy teoretyczni tunelu czasoprzestrzennego, mój chory ojciec nieszczęsnych drzwi w murze, wierni cudu dla Wojtyły, blondyn kobiety swojego życia a pani Klocek okularów. Tylko my z papieżem nie szukaliśmy niczego, bo przypuszczam, że on, podobnie jak ja wtedy – myślał, że znalazł wszystko. Armstrong też się dziwnie czuł, kiedy patrzył na księżyc ze śladami własnych butów. I komu wytłumaczysz takie uczucie?

(…)

Wielkanoc tego roku trwała dobrych parę tygodni, bo wielkanocne  koszmary przedłużyły się o kolejne wielkie umieranie, tym razem  w wydaniu papieża Polaka, bohatera największych zanotowanych w Polsce zbiorowych modłów, histerii i zgromadzeń. Zgodnie z moimi przewidywaniami zachował trzeźwość umysłu przy niemal całkowitym zniszczeniu ciała. Przepoczwarzał się nieśpiesznie w wyższą formę bytu. Nie tak sobie mały Jaś wyobrażał wniebowstąpienie, ale fakt pozostawał faktem. Jan Paweł szedł do nieba powłócząc nogami, wsparty na wygiętym pastorale, z krzywo nałożonym, komicznym nakryciem głowy jak sparaliżowany król krasnali. Cały świat wstrzymał oddech wypatrując duszy papieża prującej niebo nad Watykanem. W godzinie jego śmierci zmierzałam w kierunku dworca PKP. Blondyn dojeżdżał brudnym ekspresem do stacji Kraków Główny a ekspres jak to ekspres zarobił spóźnienie. Padał drobny deszczyk. Weszłam do kościoła na rogu, był otwarty i całkowicie pusty, co mnie niepomiernie zdziwiło. W środku trwał remont. Ołtarz zasłonięty żółtą folią, między rzędami pustych, pokrytych pyłem ławek porzucony odkurzacz. Oparte o mur sceny męki pańskiej, Chrystus przygnieciony krzyżem i zwiniętym dywanem. Usiadłam na rozkładanym krześle przy drzwiach i usłyszałam dzwon Zygmunta. Po ostatnim uderzeniu przyszedł  sms -Dojechałem.

(…)

Martwy papież okazał się dla Polaków jeszcze lepszy niż żywy. Znów tłumy szalały w miejscach kultu, ale nie było człowieka, który by nad tym jakoś panował. Został po nim pan Parkinson składany do dębowej trumny w obecności prezydentów wszystkich krajów i całej armii kościelnych dostojników. Rzym świętował jak za cesarstwa, kibice Wisły znów ściskali ręce kibiców Cracowii, wiatr unosił czerwone sutanny arcybiskupów jak na słynnym zdjęciu Merlin Monroe nad wentylatorem. Śnił mi się pęknięty dzwon wielkości katedry, wytaczany ze świątyni przez tłumy niewolników, całkiem podobnych do tych, którzy na filmach o starożytnym Egipcie budowali piramidy. Dzwon milczał a ludzie hałasowali. Krzyczeli, bębnili w bębny i gwizdali jak górale przy zaśpiewkach. W bocznej nawie zamiast Chrystusa wisiał ukrzyżowany Stańczyk. Żarty się skończyły.

Ojciec żył jeszcze rok. Jakoś sobie upodobał nieszczęsną wigilię do dezercji, bo pogotowie zabrało go zaraz po tym, jak skończyli rybę. Bezimienna podzieliła więc los mojej matki. Kompot z suszu wypiła z rodziną męża, ale już bez męża. Z tą samą rodziną, przy tym samym stole dosiedziała samotnie do pierwszej gwiazdki gładząc ręką ten sam sztywny obrus, na którym 25 lat wcześniej ojciec zostawił talerz z niedojedzonym sernikiem cioci Irenki. Znowu wyszedł bez słowa, tym razem dlatego, że już prawie nie potrafił mówić. Wylądował na ostrym dyżurze w szpitalu w Nowej Hucie, a ja wylądowałam jeszcze gorzej. Karpia z buraczkami zjadłam wspólnie z matką blondyna i jego prowincjonalną siostrą w blokowisku brzydkiego osiedla w mieście N. Wszyscy byliśmy w czarnej dupie.