Ta historia jest złożona z ogromnej ilości pojedynczych, prawdziwych historii wielu osób, którym dedykuję książkę.
1.
Każdy ma jakiegoś ojca, ale on nie miał. Jezus Chrystus też nie miał i źle na tym nie wyszedł. (Pomijając ukrzyżowanie). Brak ojca, jeśli nie oznacza dziury w rodowodzie, oznacza zwykle boskość. Ze strony ojca. Ze strony matki miał za to wyjątkowe nazwisko – Formanow. Komiczne, nieeleganckie, niefortunne „ow” psuło cały efekt. Wynikało, jak zgodnie twierdziła rodzina (ze strony matki) – z osobistej, precyzyjnie wycelowanej w ich staroangielski ród niechęci sowieckiego okupanta, jakby cały system komunistyczny stworzono na użytek tego dopisku. Forman, bo tak się nazywał pradziadek (ze strony matki) – był spowinowacony z potomkami sprzymierzeńców Cromwella, którzy po upadku wyżej wymienionego uciekli na wschód i tym samym po raz drugi znaleźli się po niewłaściwej stronie. Na domiar złego Formanow po urodzeniu wpisany został do ksiąg parafialnych w rodzinnym Tarnowie jako Kazimierz Kowalski. Zabolało, choć przecież nie od razu, był w tym czasie tłustym noworodkiem nieświadomym piętna fatalnych wyborów jego przodków. Nazwisko Kowalski było jedyną rzeczą otrzymaną od ojca nie licząc przysłanej w dniu 18 urodzin dużej szarej koperty zawierającej krawat i długopis. Długopis schował do kieszeni a krawat wrzucił do zsypu. Potem poszedł do Urzędu Stanu Cywilnego wypełnić wniosek o zmianę nazwiska. Otrzymawszy nareszcie stosowne dokumenty wszedł do klasy piątej C Zespołu Szkół Mechanicznych w Tarnowie i długopisem napisał na dużej kartce bloku rysunkowego – Nazywam się Kazimierz Formanow. Kartkę położył na katedrze i udał się do swojej ławki.
– Kowalski do tablicy – powiedział pan od fizyki, zgorzkniały , gderliwy karzełek nazwiskiem Gałuszko, natychmiast przerobionym na Pierduszko.
-Nazywam się Formanow – ef,o, er, em, a, en, o, w – powiedział Formanow i wyciągnął z kieszeni wypis z aktu notarialnego, w którym stało jak byk, że tak się nazywa.
-I myślisz, że wszyscy to od razu zapamiętają? –skrzywił się złośliwie Pierduszko ledwie rzuciwszy okiem na dokument .
– Nie ma znaczenia co myślę. Nazywam się Formanow. Pan się nazywa Gałuszko a ja Formanow i jesteśmy kwita.
– Do tablicy Kowalski!
-Nie ma tu żadnego Kowalskiego – powiedział Formanow .
– Więc wyjeżdżaj mi za drzwi, Formanajew! – wysyczał Pierduszko czerwieniejąc i rzucił suchą gąbką, która musnęła tablicę jak umierający motyl, co zapewne nie było zamiarem zamachowca.
-Formanow – powiedział Formanow nie ruszając się z miejsca.
-Formanow – powtórzył Pierduszko i opadł na krzesło.
-Tak panie profesorze – powiedział Formanow.
– Wyjdź z klasy Formanow.
W trzecim tygodniu od osiemnastych urodzin nikt już nie pamiętał Kazika Kowalskiego. Kazik Formanow zdał maturę i wyjechał z Tarnowa. Każdy miał jakiegoś ojca, ale on nie miał. Nazwisko Formanow odziedziczył po matce i było to dla wszystkich oczywiste. Podobnie jak jego boskość, która tak bardzo zachwycała kobiety oraz mężczyzn wrażliwych na piękno męskiego ciała .
2.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia Formanow był dużym, biednym kandydatem na studenta wydziału grafiki uczelni, którą co roku szturmowały zastępy desperatów pragnących udowodnić światu to, czego nie mogli udowodnić własnym rodzicom i sąsiadom. Chodziło oczywiście o tak zwaną wielkość. Formanow nie miał z tym problemów, matka zawsze uważała go za geniusza a on sam godził się z tym poglądem bez udanej skromności. Łatwość rysowania uświadamiał sobie odkąd pamiętał, początkowo jako przypadłość. W tajemnicy rysował tylko po to, żeby zobaczyć rzeczy, które sobie wymyślił. Rysował portrety koleżanek za pieniądze kolegów a raz nawet narysował 100złotych i poszedł za nie do kina. Rysował też dziwne maszyny, bitwy, dzikie zwierzęta i dobre samochody. Pragnął wyjechać z Tarnowa i zostać kimś wielkim. Nie znał żadnych wielkich mechaników, ale artystów znał tylko wielkich, stąd pomysł, by zostać artystą. Po maturze spakował teczkę z rysunkami, których było ze czterdzieści, wyszedł przed swój koślawy blok z napisem KUTAS i po raz ostatni (przynajmniej taką miał nadzieję) potoczył wzrokiem po odrapanej klatce i schodach śmierdzących kocią spermą. Pożegnał skarlałe drzewko zatrute odchodami wszystkich osiedlowych kundli i wciągnął nosem mdlący odór z otwartego zsypu, który był dumą mieszkańców i cudem techniki. Mężowie nie musieli już latać z wiaderkiem przez pół boiska, żeby móc sobie pogratulować dzielenia obowiązków z matką Polką pilnującą kotletów. Przypomniał sobie małego chłopca, z którego wszyscy się śmiali, bo podczas zabawy w wojnę wołał cienkim głosikiem -pitian, pitian, podczas gdy reszta wrzeszczała – bang, bang. Chłopiec ów wzbudzał w nim niepokój duszy. Lżył go razem z innymi bykami z osiedla, a potem cierpiał.
3.
To, co się działo każdego roku w czerwcu na korytarzach artystycznych uczelni w Krakowie było o wiele gorsze od najgorszych osiedlowych bitew. Przewyższało bitwy o paszport w biurze paszportowym, bitwy o mięso w mięsnym i o buty w obuwniczym. Wszędzie panowała zbiorowa histeria a lament odrzuconych słychać było już na przystanku przy Kleparzu, gdzie wysiadł ze skrzypiącego tramwaju szturchany worami z rzodkiewką i brudną marchwią. Zjadł bułkę z kiełbasą przygotowaną przez matkę, obszedł budynek dookoła i znalazł wejście od strony, gdzie nie było widać straganów, tylko ogromny plac imieniem Matejki. Matejko, artysta uznany w Tarnowie, był jego antybohaterem. Taką karierę zrobić to już lepiej żadną.
Wszedł do pracowni z nagą modelką, której szokujący eksterier i donośne uwagi w rodzaju – ja wam powiem jak rysować, żeby zdać – budziły przerażenie. Wydawało się, że ta smoczyca za chwilę wstanie i będzie na golasa przeprowadzać korekty. Pani Dzidianno – prosimy o ciszę – napominał ją szeptem maleńki asystent profesora w okularach z grubego szkła. Sam profesor przemykał się gdzieś w orbicie pomiędzy pokojem rektorskim a kantorkiem z antresolą i niewielu go widziało, a niektórzy, zdaniem Formanowa, spodziewali się zobaczyć samego Matejkę. Szurali węglem po arkuszach swoich oślepiająco białych i wielkich bristoli niepewni swojego losu i roztrzęsieni całą sytuacją. Formanow narysował Dzidiannę w ciągu godziny. Posadził jej ciężkie ciało jak ubite ciasto na twardej podstawie poziomej , grubej linii, workowaty biust oparł na brzuchu i szedł w górę, gdzie haczykowaty nos ginął w splotach brudnawej , zeschniętej grzywki . Tam linie były delikatniejsze i bledsze, zakończone secesyjnym, niesfornym kosmykiem, jak u młodej dziewczyny. Podpisał rysunek i wyszedł z budynku myśląc o kotlecie schabowym z kością, zestawem surówek i ziemniakami z wody. Gniecionych nie cierpiał.
4.
W socjalistycznym Krakowie chodziło się jeść do Warszawianek, do Ermitage, do SPATiF-u albo Klubu Plastyków. Formanow, student pierwszego roku nieustannie potrzebował jedzenia. Opatrzność, czy też dobry Bóg najczęściej bierze człowieka głodem. Całe nasze życie polega na jego zaspokojeniu. Syci szczęściem, pokarmem i miłością – nie musimy już rano wstawać. Osobnik młody, wyrośnięty, z pojemnym żołądkiem i chciwym atrakcji umysłem plądruje rzeczywistość w pogoni za różnego rodzaju zwierzyną, ale dobre jedzenie jest najważniejsze. Głodnemu tylko chleb na myśli, najedzony sięga po więcej. Formanow jadał kotlety schabowe, bo mielone mogły zawierać cokolwiek mielonego, niekoniecznie mięso i po mielonych mu się odbijało. Pochłaniał więc schabowe na przemian z kością i bez, z kapustą i bez, w SPATiF-ie lub Warszawiankach, pozostawiając rumsztyki, bryzole i sznycle pożarskie frajerom z wrzodami żołądka. Chrupał jabłka i żuł precle, kiełbasę domowego wyrobu dostawał od matki razem ze śliwowicą łącką, której picie bez kiełbasy było równoznaczne ze śmiercią. Pozostałe atrakcje wielkiego miasta docierały do niego jedna po drugiej wraz z rozpoczęciem roku akademickiego i otwarciem krakowskich piwnic, wynajętych mieszkań, akademików, odrapanych klubów i nielicznych zaprzyjaźnionych knajp. Kiedy dostawał od matki pieniądze na naukę wchodził do SPATiF-u , głośno żądał karty dań i wołał – od jeden do dziesięć poproszę! Formanow, student pierwszego roku elitarnej szkoły sztuk pięknych rządził w Krakowie nie gorzej niż niegdyś na tarnowskim blokowisku. Miał broń i potrafił krzyknąć – bang bang!