(…) W listopadowy, deszczowy wieczór witryny Klubu pod Jaszczurami wysyłały wędrowcom słabe światełka, których odbicie drżało na powierzchni kałuż oznaczając nam drogę. (Te czarne jeziorka potrafiły być tak głębokie, że wpadało się do nich po ciemku z całym butem, który natychmiast, jak przechylona łódź napełniał się lodowatą wodą). Wewnątrz klubu panował zaduch, było ciepło i smrodliwie. Cała komuna obfitowała w smrody tak nasycone i natrętne, że do dziś pamiętam każdy z nich, gdziekolwiek napotykam ślady PRL -u. Smród stołówki, smród publicznych toalet, podłych papierosów, spalin z brudnych, nakrytych plandeką ciężarówek, smród potu w tramwaju, wiercący odór kiełbasy zwyczajnej, żelazista woń wody z kranu, trujące opary proszków do prania, herbata zalatująca sianem. Niezawodne drogowskazy stałych tras – do szkoły, do pracy, na imprezę i na obiad. Nieusuwalne przez dwadzieścia dziewięć lat mojego życia przenikały codzienność skutecznie dystansując wszelkie, bardziej subtelne doznania.
W gęstej chmurze dymu z papierosów i oparów podłego piwa torował sobie drogę swąd nieświeżej golonki lub, co gorsza – wiecznie odgrzewanego bigosu, którego agresywną kwaśność przebijał tylko straszliwy śledź z cebulą, możliwy do przełknięcia wyłącznie w całkowitym zamroczeniu. Snopy reflektorów pomiędzy sceną a przeciwległą ścianą ślizgały się po wykrzywionych twarzach prawdziwych i nieprawdziwych, pijanych studentów. Na scenie grali jazz, a Formanow uwielbiał jazz. Nie lubiłam jazzu ani piwa, dlatego nie chodziłam do Jaszczurów. Nieliczne moje uczestnictwo w koncertach pozostawiło wrażenie wizyty na dnie piekieł, gdzie nikt, prócz mnie samej nie był świadom dziejących się wokół potworności. Kelnerki, niechętne do podawania czegokolwiek, snuły się dzwoniąc butelkami zapatrzone w scenę, bo gwiazdy estrady zawsze były w cenie, nawet mało znane gwiazdy jazzu w ponurych czasach.
Przeciskałam się z obrzydzeniem przez pijany tłum ciągnąc za sobą parę przerażonych Francuzów. Turyści z zachodniej Europy stanowili atrakcję w każdym towarzystwie, bo przyjeżdżali z wolnego świata a my czuliśmy się przy nich jak białe niedźwiedzie oprowadzające pojedynczych śmiałków po swojej wydzielonej, pilnie strzeżonej gawrze. Każdy nieostrożny ruch mógł spowodować zastrzelenie niedźwiedzia a przy okazji zwiedzających. Ci ostatni robili więc wszystko, żeby się nie wyróżniać, nie drażnić niedźwiedzi i nie zwracać na siebie uwagi. Cóż za naiwność! Ubrani w ich pojęciu bardzo zwyczajnie prowokowali, by z nich zedrzeć wszystko razem z butami, na czele z butami! Czując na sobie taksujące spojrzenia byli uprzedzająco grzeczni, usłużni, odnoszący się ze zrozumieniem do licznych anomalii dnia codziennego i chętni do nauki języka polskiego. Potulnie się upijali i płacili za wódkę. Przybywali z wyższego wymiaru, stanowiąc równocześnie niezbity dowód na jego istnienie.
Nieco gorsze notowania mieli Amerykanie – przesadnie wyluzowani, brzydcy, pryszczaci, przerośnięci, bezkształtni, zupełnie nie przypominający tamtejszych gwiazd filmowych. Pojawiali się nagle na mocy jakichś przedziwnych projektów wymiany studentów, (nie znałam nikogo, kto by pojechał do Stanów na ich miejsce), chodzili na zajęcia, uczyli się przeklinać i pić czystą bez coca coli, szukali na korytarzach automatu z kawą i sandwichem, co nas niezmiennie przyprawiało o atak śmiechu i nie próbowali nawet marzyć o podrywaniu studentek traktowani jak poczciwe trolle, których płeć pozostaje bez znaczenia. W przeciwieństwie do nich Europejczycy, w szczególności Francuzi byli towarem deficytowym a Francuzki luksusowym. Prowadziłam ich więc na koncert bez poczucia, że bezproduktywnie zajmą ciężko zdobyte miejsca przy stoliku.
Formanow wyczuwał obcokrajowca na sto metrów, nie zwiodły go zasieki z papierosów i golonki, na nasz widok wynurzył się z tłumu – ogromny, fantazyjnie rozczochrany, w długim, sięgającym kostek wojskowym płaszczu z postawionym kołnierzem. Mimo gorąca pozostawał w nim cały czas. Zesunął dwa stoliki pod ścianą i bezceremonialnie zajął czyjeś zajęte krzesła zrzuciwszy z nich uprzednio porzucone bluzy i kurtki prosto na uświnioną podłogę. Sprawnie porozdzielał miejsca i usadowił moich gości na tych honorowych – naprzeciwko sceny. Strząsnął z blatu okruchy wielkim zielonym rękawem i rozpoczął starania o nadejście kelnerki. Machał ręką, podnosił się, krzyczał – możemy panią poprosić? Królowa tac pozostawała nieprzejednana. Odwracała się tylko i w oczach miała straszliwą niechęć do pracy. Poda nam pani to piwo wreszcie? – krzyczał próbując przekrzyczeć saksofon, ale wejście perkusji go zagłuszało. Kelnerka podrygiwała i dawała nam do zrozumienia, że podejdzie, jak skończą grać. W końcu podniósł się i wrzasnął – przyjdzie pani czy mam tę budę wysadzić w powietrze! To mówiąc wyciągnął z kieszeni granat i położył na stoliku. Wtedy ona wydała z siebie długie, pełne dezaprobaty westchnienie i nieśpiesznie ruszyła w naszą stronę przyjąć zamówienie. (…)
Agnieszka Kowalska – Sangwina – fragment.
(…) Jechali na wakacje do krajów Europy Wschodniej. Na szarych ulicach, przed znacjonalizowanymi sklepami, w których nieliczne, pozbawione etykiet towary pakowano w szary papier, w mieszkaniach oświetlonych wieczorem jedynie zwisającymi z sufitów nagimi żarówkami mieli wrażenie, że podróżują po niespiesznym, pozbawionym wdzięku świecie lat powojennych, gdzie brakuje prawie wszystkiego. Było to słodkie i niewypowiedziane uczucie. Nigdy nie chcieliby tam jednak zamieszkać. Przywozili haftowane koszule i rakiję. Chcieli, aby zawsze istniały gdzieś kraje, w których nie dokonuje się postęp i które pozwalałyby im przenosić się w przeszłość. (…)
Annie Ernaux – Lata. – fragment
(..) Reżim wytwarza w człowieku fałszywą dumę, udawane poczucie godności, pod którą kryje się zwykłe bycie robakiem, który w każdej chwili może zostać rozdeptany bez podania przyczyny. Tyczy się to zarówno ludzi władzy jak i tych, których władza gnębi. Podwójna tożsamość wrasta w nas jak implant w żywą tkankę. Lęk pomieszany z desperackim poszukiwaniem resztek samostanowienia, którego symbolami są banany i dżinsy – oto jest psychika homo sovieticus. Nie ma żadnej godności, żadnej dumy, nie wierzcie w dumne, uciśnione narody. Nie istnieją.(…)
Sangwina – fragment.
(…) czuliśmy, że żyjemy gdzieś obok tych wielkich wydarzeń, zazdroszcząc ludziom ze Wschodu, że przeżywają podobne chwile. Potem widziało się, jak wpadają do sklepów w Berlinie Zachodnim i litowało się nad ich byle jakimi ubraniami i torbami bananów. Ich brak doświadczenia w zakupach wzruszał, lecz spektakl tego kolektywnego głodu dóbr materialnych zaspokajanego bez powściągliwości i nieelegancko, był dla nas przykry. Nie okazali się godni czystej i abstrakcyjnej wolności, którą dla nich wymyśliliśmy . Litość, jaką zwykliśmy odczuwać wobec ludów żyjących w „jarzmie komunizmu” ustępowała surowej ocenie tego, jaki użytek czynili z wolności. Bardziej się ich lubiło przedtem, gdy stali w kolejkach po kiełbasę i książki, pozbawieni wszystkiego, bo pozwalało to nam doceniać szczęście i poczucie wyższości wynikające z przynależenia do „wolnego świata”(…)
Ernaux – Lata – fragment.
(…) Chciał mieć rewolwer. Prawdziwy colt albo nagant, jakim się bawili w „Łowcy jeleni”. Kochał ten film, bił się o wejściówkę na zagraniczne pokazy w kinie „Kijów”. Impreza pod nazwą Konfrontacje co roku nakręcała handel biletami, które na koniec osiągały ceny kilku pensji, dlatego lepiej było wejść siłą. Ludzie się zadeptywali, stali stłoczeni jak w bydlęcych wagonach, robili to na własne życzenie i wychodzili z żalem, że już się skończyło. W takich warunkach, szczęśliwy, że jego głowa wystaje z tłumu – obejrzał po kilka razy kultowego Łowcę, Apokalipsę i Taksówkarza.
(…) Nie chodziłam na Konfrontacje, bo nie chciałam się konfrontować z obcymi ludźmi w tak poniżający sposób. Z tej samej przyczyny nie chodziłam na manifestacje ani do Jaszczurów. Na „papieża” i na Juwenalia. Nie biłam się nigdy o miejsce w teatrze, na koncercie lub w czyimś sercu. Prawdopodobnie dlatego, że w ostatecznym rozrachunku jakakolwiek obecność bliźniego stanowiła zagrożenie dla wolności absolutnej, taka wolność wymaga odosobnienia. Póki co jednak żyliśmy pod sowiecką okupacją, chociaż wtedy niewielu odważało się to tak nazywać. Był socjalizm, ustrój jak wiele innych. Głupi i upierdliwy, ale jakoś żyliśmy. Wiosną ulice nie spływały krwią, lecz błotem. (…)
Sangwina – fragmenty.
