Dwie minuty wieczności.

Kiedy zabrałam do siebie Balladę bałam się, że ucieknie. W hotelu, w którym wylądowała po bezdomności też wszyscy się bali, że ucieknie. Założono jej smycz i obrożę, żeby mogła wyjść z kojca na smyczy. Dawała się głaskać, ale nie ruszała z miejsca. Ogarniał ją natychmiastowy paraliż. Tak mijały dni – kojec – buda- smycz wyjście z kojca, bezruch przed kojcem, powrót do kojca.

To nie miało sensu. Kazałam ją pakować i przywozić.

Bardzo się bałam się, że ucieknie. U mnie pełna wolność, płot dziurawy, spacery bez smyczy. Jeśli ucieknie – trudno. Żaden jeszcze nie uciekł, kiedy zrozumiał, że nie jest uwięziony. W nocy przyśniła mi się biała miska, którą jej przydzieliłam. Miała zdartą emalię na dnie, tak była poobijana, że prawie czarna. Będzie tutaj aż do śmierci – pomyślałam, chociaż miałam nadzieję, że młody urodziwy pies znajdzie dom. Rano otworzyłam kojec i odtąd była wolna. Nigdzie nie uciekła. Pół roku później zginęła pod kołami samochodu podobnie jak ona rozpędzonego na pustej drodze przez las.

Wzięłam ją na ręce – martwą, taką ciepłą jeszcze, bezwładną, wyglądała, jak pies w narkozie. Ani śladu uderzenia, tylko strużka krwi przy pysku.. To była dziwna scena, jak pieta. Wiedziałam, że to już jest tylko ciało, że ona właśnie je zostawia i jest już innym bytem, a to, co niosę będzie mi strasznie ciążyć także później. Człowiekowi ciąży ciało, jego własne, cudze, cała ta materia, jeśli nie ma w niej życia lub jest go za mało – robi się potwornie ciężka. Podobnie nie mogę podnieść matki z podłogi, kiedy upadnie, bo starość powoli odłącza jej systemy niezbędne do dźwigania samej siebie. Jest jak ciasto, nie współpracuje. Ciało Ballady było zdrowe, pięknie umięśnione, ożywione mogłoby zeskoczyć na trawę i pognać przed siebie. Przed chwilą wszystko działało, ale prąd został odłączony, niosę tylko powłokę, przedmiot, kompletny ale martwy. Ta martwość, którą pamiętam przy Hugo, kiedy umarł mi na rękach. Też tak nagle zwiotczał i to była ta chwila, kiedy życie uciekło. Kiedy Maciek umierał w szpitalu miałam sen na jawie – zobaczyłam ładowarkę nagle wyrwaną z kontaktu. Ale potem ktoś ją włączył, światełko znowu zaczęło migać. Po drugiej stronie zaczęło migać.

Zawsze wybieram wolność, dla siebie i dla innych. Wolność nade wszystko. Nigdy żaden mój pies nie wpadł pod auto. Dzień w dzień od wielu lat prowadzę na spacer po okolicy ogromne stado i nigdy żaden nie wpadł pod auto. Los nie jest ślepy. Jest tylko trudny do pojęcia. Michał Komar w książce „Piekło Conrada” pisze, że los nigdy nie jest zewnętrzny.

Czy więc była częścią mojego losu i to mój los zakładał, że zginie? Czy może odwrotnie – jej była pisana szybka śmierć a ja się załapałam na cudzy scenariusz bez żadnej możliwości, by go zmienić? Przecież nie ma przypadków, a ten musiał być bardzo starannie wyreżyserowany, żeby się wydarzył. Lojalnie także zostałam ostrzeżona w dniu jej przybycia za sprawą snu o misce, która z białej stała się nagle czarna na skutek uderzeń. Mogłam coś zrobić, ale co? Trzymać ją w kojcu, mogłam ją trzymać w kojcu. W jakiś sposób zaryzykowałam to, co się stało, ale całe nasze życie jest jednym wielkim ryzykiem. Poczucie bezpieczeństwa pozbawia nas poczucia wolności, chociaż panuje przekonanie, że jest odwrotnie.

W sytuacji dramatu, katastrofy, nieszczęścia zwracamy się nagle ku Bogu. Pokorniejemy w kwestii jego istnienia. W zderzeniu z nieodwracalnym, z czymś, co odbiera wszelką nadzieję – pozostaje tylko On – tajemniczy Bóg. Jeśli istnieje – gwarantuje ciąg dalszy i odsłania głębszy sens w imię dobra, którego na razie nie ogarniamy. Istnienie Boga, czy też wyższego wymiaru pozwala wierzyć, że świat się tutaj nie kończy. W przeciwnym razie kończy się tu i teraz. Nie ma po co dalej żyć. Jeśli Jego nie ma, nie zostaje nic. W pustce i beznadziei Bóg zaczyna być bardziej widoczny. Wybór jest pomiędzy Nim a rozpaczą. Inaczej straty są nie do odrobienia, wszystko co było wcześniej – okazuje się daremne. Życie traci wartość w przeszłości i w przyszłości.

Czym jest strata? Przede wszystkim straconym wysiłkiem, nadzieją, energią włożoną w to, co nagle zostaje zabrane, jakby złodziej ukradł.

Zaakceptowanie Boga jako prawdy i czegoś niezależnego od miejsca i czasu pozwala zrozumieć, że nic nie jest zmarnowane, co było prawdziwe.  Piękno Ballady – jej umięśnione, sprężyste ciało, jej susy przez łąki, jej rozwiane uszy, zwinność i radość życia to było coś, co mnie permanentnie zachwycało. Lubiłam patrzeć na jej szczęście. Jak mogę teraz powiedzieć, że to był czas zmarnowany? Bo umówmy się, tracąc kogoś płaczemy wyłącznie nad sobą. Na tym właśnie strata polega. Wszyscy tutaj dajemy światu swoje życie – czy można je nazwać straconym, jeśli jest ofiarowane? Nie ma znaczenia, jak długo trwało, tylko czy było PRAWDZIWE. Niektórzy latami czekają, aż się takie stanie, a niektórzy nie potrzebują tyle czekać. Ona nie potrzebowała. Była maksymalnie szczęśliwa i spełniona. Cokolwiek bym w jej sprawie postanowiła – nie byłoby to w jej pojęciu lepsze. Tutaj miała pełnię szczęścia na swoich warunkach. Źle to zabrzmi, ale umarła szczęśliwa.

Pies maratończyk, który miał subtelność powietrza. Gdyby go zapytać z perspektywy wyborów pozaziemskich co wybiera – długie życie z krótką smyczą, czy krótkie bez smyczy – bez wahania wybrałaby to, które się dzisiaj skończyło. W jej pojęciu nie straciła ani minuty. Też bym tak chciała.

Czas jest tylko w naszym umyśle, po to, żeby odznaczyć przemiany jakie zachodzą w strukturze materii. Poza tym go nie ma. Jak w komputerze są strony, które się wyświetlają, ale kiedy się nie wyświetlają – nadal tam są. Poza moim umysłem i czasem Ballada biegnie jak szalona przez dużą łąkę, którą potrafi przemierzyć w dwie minuty. Te dwie minuty nie różnią się od wieczności.