Dziennik 2016 – święta z końmi, miłość i piekło Dantego.

23.12.2016

Czy to ja porzuciłam świat? Możliwe, ale w jakimś stopniu świat też się ode mnie oddala. Wiedziałam, że jeśli kiedyś mi się uda zdobyć własny dach nad głową i własny sposób na to, by się utrzymać – porzucę świat z nieopisaną ulgą.

Obejrzałam dokument, którego bohaterem jest bezdomny, nowojorski fotograf Mark Reay.

https://geekweek.interia.pl/styl-zycia/news-mark-reay-bezdomny-ktory-brylowal-na-salonach,nId,1936818

Były model, obecnie w średnim wieku, ale nadal atrakcyjny, (nie mój typ, ale moje typy już się nie rodzą), bywa na imprezach milionerów i gigantów mody, robi zdjęcia top modelkom i idzie spać pod nieprzemakalną derkę na dach wieżowca. Nie jest w stanie zarobić tyle, żeby wynająć lub kupić mieszkanie odpowiadające standardom właściwym człowiekowi, za którego się podaje. Jeśli uniknęłam podobnego losu to tylko dlatego, że się nie podaję za tego, kim nie jestem, zadowalam się swoimi standardami i grzecznie spłacam kredyt. Gdybym się uparła dostałabym się bez większego trudu na imprezy warszawskie, gdzie jeden wieczór kosztowałby mnie trzy razy tyle co jeden portret i spałabym potem na grobie Maćka przykryta nieprzemakalną derką. Końską zapewne. Hahahahaha! Potem zrobiliby o mnie film, tak jak zrobili o nim i dzięki filmowi zaczęłabym, jak on – zarabiać nareszcie wystarczająco, żeby chodzić na imprezy i spać we własnym łóżku pod wymaganym adresem. Sprytne jak cholera! Pozbawiona elementarnego sprytu pozostaję nikomu nieznaną babcią, co ładnie maluje, nie głoduje i ma pod lasem domek na kurzej stopce.

Jest jeszcze jeden kontekst tego dokumentu. Migawki z owych nowojorskich imprez. Dla mnie to czysta ilustracja Piekła Dantego, gdyby ją przenieść do jego epoki. A gdyby ją przenieść do czasów prehistorycznych – cały ten dziki tłum o twarzach znaczonych skalpelem, grubo pokrytych pudrem, szaleńców ustrojonych w opalizujące draperie, pokrytych łuskami, cekinami, piórami, potrząsających krzykliwą biżuterią i łańcuchami, o palcach zakończonych brokatowymi szponami, spowitych  dymem, pijących odurzające płyny z powtykanymi w szklanki patykami z chorągiewką, rzucających się obłąkańczo w rytmie niezidentyfikowanych dźwięków dobywanych przez szamana rysującego czarne płyty za pomocą wajchy zakończonej igłą  – to cały ten obraz wpisałby się w owe czasy, czyli epokę jaskiniową doskonale i bez poprawek. Jeśli więc nawet myśl ludzka jest motorem rozwoju, to niewiele zmienia w kwestii obyczajów.  Stroimy się w pawie pióra… czyli od wieków rządzi nami pęd szalony i hormony. Esseńczycy, ojcowie pustyni, tybetańscy mnisi – to pojedyncze, zamknięte enklawy.  Dla homo sapiens liczy się seks, a teraz seks zastępują pieniądze, to za nimi trwa pogoń. Moda stała się wyznacznikiem wartości pieniądza, czyniąc tę wartość niekiedy zupełnie abstrakcyjną i absurdalną. Modą, jak sama nazwa wskazuje rządzą dyktatorzy. Dyktatorzy wymyślają, co ma się nam podobać, wzbudzać zazdrość i pożądanie. Co kupić, co posiadać, żeby być atrakcyjnym. Już nic nie jest z natury, wszystko jest z reklamy. Mężczyźni nagle polubili chude kobiety, bo tak postanowili biseksualni projektanci. Cienie z podkrążonymi oczami, pozbawione znamion płci – oto współczesne madonny. Obrażone, wyniosłe, zimne, nieprzeniknione, w sumie upiorne. Istny taniec szkieletów. Nic to. Żądza posiadania atrybutu dyktowanego przez modę, emocja dyktowana przez modę jest nie do przeskoczenia. Nieustanne „musisz to mieć” -cokolwiek to jest -napędza całą ludzkość, napędza ją prosto na ścianę.

I cóż mnie to obchodzi, jestem przecież poza światem. Wywaliło mnie z orbity, sama się wyautowałam. Miałam dzisiaj napisać tekst na bloga, zamiast tego nieustannie piszę dziennik. „ Miałem coś pisać” – jak mówił Witkacy, kiedy zamiast pisać zażywał peyotl. Miałam chociaż skończyć portret, cokolwiek… Przespałam popołudnie, chętnie prześpię resztę życia. Śniła mi się dziewczyna na szczycie wieżowca. Naprzeciwko niej siedział chłopak, który ją zdradzał, choć ona wolała mu wierzyć, kiedy temu przeczył. Zobaczyłam, że chłopak ma ręce zaplecione z tyłu, ukrywa je za plecami. Te ręce były złączone z jakimiś obcymi rękami… Ona to zrozumiała i rzuciła się w dół. Obudziłam się pełna złych przeczuć.   

Czytam i zaraz chce mi się spać, nic mnie tak nie usypia jak czytanie i pisanie. Jako analfabetka obchodziłabym się bez snu.

Chyba jestem śmiertelnie zmęczona tym rokiem. Dzisiaj miała przyjechać właścicielka konia, miła skądinąd ale w moim życiu każdy jest intruzem. Nie przyjechała. Moje ciało zareagowało totalnym odprężeniem. Skoro dzień i tak byłby stracony dla twórczości – postanowiło zgasić silniki. I zgasły. Niesamowite uczucie. W takich chwilach wkracza menopauza i dokonuje niezbędnego uaktualnienia. Uruchom ponownie, ale jutro. Trzeba jej pozwolić wszystko przeinstalować.

25.12. 2016

Wal się menopauzo.

O 11 w nocy poszłam malować gwasz. Potem jeszcze leżałam na kanapie myśląc o tym, że przez 50 lat nie mogłam z niej korzystać, bo była zajęta. Jedyne co miałam z wspólnego kanapą, to wieczorne układanie poduszek i wyciąganie spomiędzy nich powciskanych brudnych skarpet.  

Kiedyś, kiedy bardzo kochałam Maćka i nikt na świecie, na czele z nim samym nie wiedział, że go tak kocham, ćwiczyłam się w oswajaniu uczucia. W zaufaniu do uczucia.  W wierze, że uczucie to coś normalnego i dobrego. Że może mnie prowadzić niekoniecznie w przepaść i na manowce, że będzie ok z tym uczuciem na co dzień, że mnie to nie zabije i nie zniszczy, że się nie muszę zamartwiać tym, że kogoś kocham, denerwować, że mnie zdradzi, porzuci, zada jakiś koszmarny ból. Że z tym można zupełnie dobrze funkcjonować, także we dwoje. Teraz mam to samo z moją odpowiedzialnością finansową za psy, muszę przestać się bać, z czego to wszystko zapłacę. Zaufać życiu i żyć, jak gdyby nigdy nic wsłuchując się w jego wskazówki. I kasa poleci.

„Take This Waltz” –https://www.filmweb.pl/film/Take+This+Waltz-2011-558338 – film z Michelle Williams, biedne te aktorki, im bardziej są wiarygodne, tym większym je darzę współczuciem.  Dla dobra sprawy, czyli filmu godzą się przekraczać granice intymności dla większości ludzi nieprzekraczalne!  To je zapewne pustoszy uczuciowo, bo raczej po nich nie spływa. Romanse na planie to nic innego jak moralne usprawiedliwienie gry. A jeśli partner filmowy budzi w nich odrazę? Grają wbrew sobie. Źle, kiedy nic nie czują, a kiedy poczują, jeszcze gorzej. Straszny zawód, w dodatku wymagający udziału innych osób w realizacji artystycznych działań. Co może sam aktor? Bez reżysera, operatora, bez innych aktorów i całej reszty w liczbie kilku tysięcy pracujących nad każdą sceną, co może? Rzucić się z mostu.

Film był to o mnie z pewnością, obejrzałam i pomyślałam – boże jak dobrze, że życie w takim pojęciu w jakim ona go przeżywała – takie życie jest już za mną. Byłam jak ćma lecąca do kolejnej lampy, kolejnego światła, które znowu okazywało się sztuczne. Zamieniłam Godfreya na innych niegodfreyów i trzeba było zostać przy Godfreyu, wystarczył mi za wszystkich, jak się potem okazało.   Ten rodzaj życiowego napędu jakim jest pożądanie kolejnego faceta, kiedy się ma dwadzieścia lat -nie jest miłością, lecz głodem. Chwilowe spełnienie daje poczucie sytości. Ciało nasycone jest emocjonalnie obojętne. Trzeba natychmiast wybrać nowy cel, by ożyć i poderwać się do lotu. Teraz to tak widzę, wtedy pisałam całe księgi płaczu na przemian z zeszytami szczęścia, każda chwila miała być ważna całe życie, a pamięć ją potem bezlitośnie umieszczała w niszczarce. Usunąć? Jeśli usuniesz, utracisz na zawsze dostęp do tej informacji. Ok. Usunięto. Pozostała jedynie świadomość istnienia niebywałych czasów pomiędzy syfem a hifem czyli tych, które przypadały na okres mojej młodości. To się nazywa mieć szczęście. Obecnie mamy do wyboru kruchtę albo anonimowe piekło w rodzaju opisywanych przeze mnie scen z filmu o nowojorskiej elicie. Smutek, panie.

Dzisiaj wigilia, a ja o pożądaniu. Ale po mnie wigilia spływa.  

Mimo to zamierzam ubrać choinkę w jakieś ubranie, skończyć nieszczęsnego karpia, którego po kawałku smażę od kilku dni, zaśpiewać kolędę z Mrówką, Gretą, Sufi Rachelą i Truśką, wypić dobre, białe wino, podreptać w nocy do stajni pocałować skórzany nos Wenecji i Wicka. Espania mi pewnie nawrzuca, jeśli jej powiem, że dzisiaj może. Zawsze marzyłam o samotnych świętach i mam. Święta w gronie rodzinnym sprowadzały się do przygotowań, potem było bieganie dookoła stołu a potem gigantyczne sprzątanie. Postrzegałam to w kategoriach kataklizmu. Z Maćkiem żadnych świąt na szczęście nie było, bo jeździł do matki a jedyna w moim życiu wspólna wigilia z teściową mogłaby posłużyć jako podręcznikowy opis tego rodzaju upiornej uroczystości w wydaniu przeciętnej polskiej rodziny w przeciętnym polskim blokowisku, bo nic nie wskazywało na obecność w tym wydarzeniu jakichkolwiek jednostek nieprzeciętnych. Patrz zdjęcia. Siedzimy sztywno na wersalce, mamy na sobie dyżurne kapcie, ja za duże, on za małe, na jego kolanach kocyk wykonany na szydełku, ja w białych rajtkach (co mnie naszło???) i fatalnej fryzurze trzymam w palcach, jak truciznę, kruche ciasteczko. Naprzeciwko fotele zabezpieczone pokrowcami, między nimi lakierowany stolik z haftowaną serwetką, na nim kryształy, w których czekoladki i owe ciasteczka z dziurką. W tle meblościanka z telewizorem. Nasze oczy nie wyrażają nic. Przy oknie z firanami i kurtyną ze śliskich zasłon stoi duża, ustrojona choinka ze złotym czubem. Teściowa pozuje ze sztucznym uśmiechem w białej bluzce, sweterek zarzucony na ramiona, spódnica ciemna, długa, na nogach cieliste rajstopy i przyciasne, wsuwane laczki. Siostra mojego męża z tapirem na głowie w lewej ręce trzyma zapalone pryskadełko, prawą uspokaja falujący żabocik pod szyją. Uśmiechy. A, jeszcze siostrzenica aktora, ciężkiej budowy obrażone dziewczę, które w niedalekiej przyszłości będzie pracować w policji. W przeciwieństwie do reszty nie uśmiecha się, jest wyraźnie wkurwiona, co się na przeciętność w tym wieku i tych okolicznościach składa.

Jednak mój zarzut, moje złe wspomnienie tamtego wieczoru bynajmniej nie dotyczy braku oryginalności, czy też jakiegokolwiek dystansu do świąt w rodzinie, dla której kościół oznacza miejsce, gdzie się chodzi na śluby i pogrzeby, bo musiałabym otwarcie zanegować sens rodzinnych uroczystości większości Polaków, w tym rzecz jasna moich rodziców i dziadków. Neguję go, ale to moja prywatna negacja, nie bojkot. Chodzi o zimno. Abstrahując od nieustannego wietrzenia pomieszczeń, na punkcie którego teściowa miała hopla oraz przykręcania kaloryferów w ramach maniakalnej oszczędności, zimno panowało w sercach i umysłach uczestników. To mieszkanie wyszorowane do krwi, obstawione zdjęciami słynnego aktora, który żył jeszcze, choć dni jego miały się okazać policzone, izba pamięci otwarta przed terminem, uporządkowana i lodowata – wszystko razem wiało straszliwym chłodem.  Gdzie ja jestem, co ja tu robię? – ilekroć to pytanie powraca wiem, że muszę się pakować. Wtedy też wiedziałam.

Umarł jakieś półtora roku później. Nie doczekał uroków życia po pięćdziesiątce, a ja się nigdy nie dowiem, co by było dalej, bo nie ma żadnego dalej. To ucina wszelkie spekulacje dotyczące ewentualnego rozstania. Z czyjej mogłoby być winy? Jeśli, to z mojej. Robiłabym wszystko, żeby mnie zostawił.. To właśnie zawsze robiłam. Godziłam się na wszelkie przejawy wolności drugiej strony, łącznie ze zdradą, bo sama chciałam być wolna. Nie było takiej ceny, której bym się nie zdecydowała ostatecznie zapłacić za wolność. Kochałam wszystkich z przerażeniem, że to nie jest szczere, że nie starczy uczucia, albo z jeszcze gorszym przerażeniem, że mnie to uczucie zniewoli. Czy by mnie zdradził? Nie zanosiło się, ale ten zawód jest specyficzny. Wymaga przekroczenia granic intymności, jak u Michelle Williams. Czy ja bym go zdradziła? Tak, sama ze sobą, bardzo możliwe. Po pewnym czasie przestałby mnie rozumieć i na tym polega zdrada, na tym w ogóle polega zdrada. Mam wielką nadzieję, że nic podobnego by się nie wydarzyło. Ale dręczy mnie to zawsze wtedy, kiedy czuję się szczęśliwa w samotności.

Wszystkie moje uczuciowe związki są powierzchowne, ale szczere. Zawsze byłem aktorem i byłem nim na serio. Zawsze, kiedy kochałem, udawałem, że kocham-udawałem to nawet przed samym sobą. – Pessoa – księga Niepokoju.

Niestety to może być wyjaśnienie na mój temat. Zastanawiające, że nigdy nie płakałam po człowieku tak, jak potrafię rozpaczać po śmierci psa. Nigdy nie potrafiłam kochać kogoś tak do końca, nie pozwalałam sobie na to, z psami sobie pozwoliłam i obrywam strasznie, kiedy odchodzą. Czemu psy, a nie ludzie? Może to wynika z faktu, że ludzie nie są niewinni. Nie są niewinni dzięki świadomości. Świadomość – to, co nas czyni bogami – czyni nas równocześnie winnymi grzechu. Człowiek jest niewątpliwie wewnętrznie sprzeczną i przez to dramatyczną istotą, ale ja nie potrafię ludzi kochać po ludzku. Po ludzku to ja potrafię kochać tylko zwierzęta.  Kocham więc moje psy i konie a ludzi tylko rozumiem, rozumiem doskonale także tych, których nie cierpię, z którymi się nie zgadzam, którzy mnie jakoś tam skrzywdzili, rozumiem ich doskonale. Czasem lepiej rozumiem wrogów niż przyjaciół. Jednak czym innym jest empatia a czym innym zrozumienie. To są niuanse, ale tłumaczą moje odruchy. Nie ludzkie odruchy. Odruchy nieludzkie.

Koniec roku 2016.

Ola wyglebiła z Wenecji. Będzie trochę połamana, w sam raz na sylwestrowy wieczór. Ja już nie spadam z koni, jestem wystarczająco połamana po normalnej jeździe, bez spadania mam to zapewnione.  Od rysowania bolą mnie ręce, od stania przed sztalugą plecy. Tylko od pisania nic mnie nie boli, wniosek sam się nasuwa i piękne wytłumaczenie tego, że pewnego dnia rzucę to wszystko w diabły, całą tę firmę portretową, która mnie trzyma w kleszczach zobowiązań finansowych kosztem utraty własnej duszy. Przestanę więc rysować z przyczyn ode mnie niezależnych. Przestanę też jeździć, bo mój koń się zestarzeje i już nie będę musiała go ruszać z boksu. Będziemy się odtąd tylko całować.

1 stycznia 2017.

Ten rok był okropny, ale dobrze się skończył. Jak film, który warto obejrzeć dla samego zakończenia.

Nie chciałabym, żeby w rozpoczętym dzisiaj roku życie tak wiele ode mnie wymagało, bo żyjąc tak, mam poczucie straty tego, co najważniejsze. I coraz mniej ciekawego mam do powiedzenia.

Tak jak niektórzy pracują z nudów, tak mnie się zdarza pisać dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Rojenia opadające ludzi zazwyczaj wtedy, kiedy nie myślą, u mnie przejawiają się w formie pisanej, bo potrafię marzyć prozą i czerpię dużo szczerych uczuć, dużo prawdziwych emocji z faktu, że nie odczuwam. Pessoa – Księga Niepokoju.

Często piszę dla samej czynności pisania, uwielbiam ją. Kiedyś potrafiłam tak rysować, dla samego rysowania. Teraz z rysowaniem jest u mnie odwrotnie jak upijaniem się. Ktoś powiedział, chyba w filmie Leaving Las Vegas, że fajnie jest się upijać, ale niefajnie być pijanym. Ja nie lubię rysować, czynność rysowania mnie męczy i bardzo rzadko mnie wciąga.  Natomiast lubię patrzeć na swoje gotowe rysunki, czasem jest to jedyny powód, dla którego jeszcze rysuję.

I koniec, koniec, koniec.