PIĘĆ PUDEŁEK ZE ZDJĘCIAMI i mrozy. DZIENNIK 2017 styczeń.

Styczeń pierwszy 2017

Najpierw napisałam tę datę używając formatu cyfrowego (formatu cyfrowego! A to co, wniosek o dowód osobisty???) No, ale stało się, napisałam 01.01. I natychmiast głupi komp zafiksował się na wyliczankę. Wyskoczyło pod spodem 02, a niżej 03, po bokach pojawiły się szerokie marginesy, tekst się ułożył w podłużny blok i stracił wszelki sens, ale wyglądał porządnie, jak lista płac. Nie dało się tego cofnąć, jedynie usunąć. Po usunięciu (na szczęście były to trzy zdania) zaszyfrowałam datę za pomocą słowa „styczeń” i wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Czytać ta maszyna nie potrafi, potrafi tylko wyliczać.  Word jest głównie dla analfabetów. Jeśli nie umiesz pisać, system zrobi to za ciebie. To nie żarty, można dyktować tekst a program go zapisze. Ludzie, świat się kończy! – jak mówiła co chwilę pani Rozalka w Białym Zdroju i nikt jej nie słuchał, a ona za każdym razem miała rację.

Obejrzałam wczoraj Easy Rider na Kulturze, nie wiedziałam, że to reżyserował Denis Hooper. Aktorzy bardzo często zaczynają reżyserować, bo chcą być w pełni odpowiedzialni za to, co grają i chcą dostać rolę, w której będą mogli coś zagrać. Tym razem zapewne też tak było. Film, wiadomo, wszyscy wiedzą co to za film, więc się nie będę rozpisywać. Nie jest nakręcony według książki i to jest uczciwie postawiona sprawa. Scenariusz napisali aktorzy i reżyser, dzieło w pełni autorskie, tak trzymać. A nie – przerabiać czyjeś teksty, co jest pod każdym względem uwłaczające dla pisarza. Jeśli bowiem książka jest dobra, to po co film? Zwalnia z czytania ostatnich zwolenników słowa pisanego. A jeśli kogoś zachęca do czytania, to znaczy, że bez filmu książka pozostałaby niezauważona. Jeszcze gorzej. Tak źle i tak niedobrze. Film na podstawie książki zawsze jest dla autora książki źródłem stresu, ale kto się tym przejmuje? Who cares?

Nie wiem, czy należy zaprzestać filmowania literatury, ale patrząc na szaleństwo kinematografii niedługo ludzie zapomną, że istnieje jakaś literatura poza filmem, czyli literatura sama dla siebie. Jest w tym jakaś groza. Wyobrażanie sobie scen, postaci, kolorów, twarzy – wszystkiego, o czym się czyta – jest zadaniem wyobraźni. Nie wyobraźni reżysera filmu tylko wyobraźni czytelnika książki. W czasach, kiedy film nie istniał –teoretyczna możliwość UJRZENIA tego, co się czyta – byłaby rzeczą przerażającą. I we mnie ten lęk jest silny.

Nasze mózgi zamieniają się w komputery, zamiast, żeby było odwrotnie, co jest teoretycznie celem komputeryzacji – odciążyć umysły i wyzwolić ludzkość od tabliczki mnożenia, by mogła rozwinąć skrzydła i zająć się czystą sztuką, cokolwiek to oznacza. Ale okazuje się, że dupa. Dupa płaska! Zapełniając wolną przestrzeń gotowymi ekranami żywimy się cudzą wersją. Stanowimy magazyn bezużytecznych, przypadkowych plików. Tymczasem kreatywny komputer potrafi już stworzyć olśniewające, filmowe sceny. Wygenerowani cyfrowo bohaterowie mogą się okazać tą jedyną, ogólnie przyjętą wersją książkowych postaci. To się już zaczęło i postępuje. Nikt sobie nie wyobraża innego Kmicica, niż Olbrychski, innej Scarlett niż Vivien Leight, że przytoczę prehistoryczne przykłady, ale one pokazują, że Trylogia w formie pisanej (w formacie, w formacie) to dla wielu zaskoczenie, a być może tylko ja wiem, że Przeminęło z Wiatrem, które (o losie, trzeba to wyznać) czytałam ze 200 razy tam i z powrotem przez całe liceum – to była książka, nie film. Teraz to są tytuły znane z historii kinematografii a nie literatury. To żem się nawymądrzała jak klasyczna kulturalna ciotka.  

Nie rozśmieszajmy pana Boga pisząc o swoich planach, więc ja nie o planach. Opowiem mu o swoich marzeniach i to już nie będzie takie zabawne. A więc – po kolei.

1. Chciałabym znowu mieć poczucie, że rozmawiając z Opatrznością nie mówię do ściany.

2.Chciałabym namalować sporo nowych gwaszy na niczyje zamówienie.

3. Chciałabym jeździć cały rok co najmniej tyle ile w zeszłym roku. Oznacza to jeszcze jeden rok sprawności.

4. Chciałabym pisać i zarabiać pisaniem. Oto prawdziwe marzenie. Marzenie polega na tym, że jest mało realne i tym się różni od planu. Pan Bóg się czuje wyraźnie zakłopotany naszymi marzeniami i uśmiech znika z jego boskiej, wkurwiająco niezmąconej facjaty.   

Ale, z drugiej strony, choć to może za wcześnie na tego rodzaju ostrzeżenia w sytuacji, kiedy opublikowałam tylko jedną książkę – zarabianie portretami mnie zabiło. Więc może lepiej jak pozostanę przy pisaniu bez zarabiania.

3 stycznia 2017

Umarł biedny owczarek potrącony przez ciężarówkę.  Czemu Los pozbawił życia tak doskonałą istotę a zostawił troglodytę za kierownicą, zabójcę… Kiedyś mi się wydawało, że to rozumiem, ale wtedy żyłam w świecie ludzi. Nieszczęścia zwierząt sprawiły, że się pogubiłam. Sens życia i sens śmierci dotyczył człowieka, nie psa. Nie wiem, o co chodzi z cierpieniem i umieraniem zwierząt. Mam nadzieję, że nie stanowią naszych karnych powrotów z opcją pokuty. (opcja pokuty…zamieniam się w worda).

Staram się żyć zgodnie z własnym biologicznym zegarem. To chyba jedyny przepis na zdrowie. Kompletnie mi to staranie nie wychodzi.

Istnieje taki punkt widzenia, według którego zmarnowałam życie, ale to by położyło moją wiarę w wyższe wymiary. Z tej też przyczyny zakładam, że nic się nie marnuje.

Przekopałam dzisiaj kilka zakurzonych pudełek ze zdjęciami. W pierwszym pomieszane, czarno białe fotki z młodości, która wydawała się pewna i wieczna. Na wszystkich mam grzywkę zasłaniającą oczy i pijacki uśmiech. Nie żebym jakoś specjalnie piła, ale uśmiech nie stanowi mojego wyrazu twarzy, śmieję się tylko do kogoś, z czegoś, w jakimś celu. W przeciwnym razie jestem przeraźliwie smutna. Tylko sytuacje towarzyskie stymulują pozytywną mimikę. Coś podobnego! Byłam towarzyskim człowiekiem… kto by pomyślał. Niektóre zdjęcia wywoływane w ciemniach, ogromne, pozaginane na rogach, nawet do czarnych albumów były za duże.

Pudełko numer dwa – czas rozrodu – osiemnaście miesięcy ciąży a po nich cztery lata bez snu. Włos rozdwojony, brzuch pocięty, wzrok obłąkany. Moja twarz identyczna jak twarze wyjętych z mojego brzucha niemowląt – atak klonów. Pozujemy razem podczas urodzin, chrzcin, świąt i obiadów rodzinnych. Macierzyństwo – pociąg, który mnie przejechał na pół. Będę już miała zawsze obwisłe piersi, blizny od pasa w górę i od pasa w dół, wszędzie ślady szwów. Venus z Villendorfu. Za to one gładkie, okrągłe, dorodne, zdrowe, nigdzie nie zagniecione, nie musiały się przepychać przez ciasne tunele rodne, uszy im nie odstają, głowy jak od cyrkla, równa fryzura, bystre oko. Żarłoczne, codziennie większe, głośniejsze, sprawniejsze, coraz więcej mają zębów, zachcianek, pomysłów, pewności siebie. Już się nie uwolnię. Nigdy. Nigdy. Nigdy. One tak. Ja nie. Wyssają mnie i pójdą. Zostawią mi resztki życia jak psu ochłapy. Powiedzą, że je za mało kochałam.

Pudełko numer trzy – czas kieratu i pensjonatu – Biały Zdrój. Ucieczka z miasta, spróchniałe stropy, pokrzywy, remonty, piwo, wędzone ryby, pasztety z saren.  Psy, dzieci, konie, letnicy, rowery, kajaki, pstrągi. Sytuacje towarzyskie to moja praca, nieustanne imprezy przyprawiają mnie o skrajne wyczerpanie. Zdjęcia przypadkowe, robione i wysyłane potem przez naszych gości. Dom przepastny, okazała skarbonka w środku wsi. Wieś z krowami, kurami i sąsiadami. Pokoje do wynajęcia, obiady, grille, spływy, jazda konna, wódka z sokiem pomarańczowym. Goście tratują kuchnię, włażą mi do pokoju, gdzie usiłuję rysować albo do łazienki, gdzie usiłuję poczytać, we wrześniu grzybobranie, w zimie sylwestry, w styczniu i lutym ferie, w maju majówki, w lecie wakacje i we wrześniu znowu grzyby. Bosko. Kunie i waćpanny, jak pisał mój narzeczony z Ameryki o innym narzeczonym z Ameryki i jego amerykańskim ślubie w polskim stylu – a więc kunie i waćpanny. Prowadzenie dwóch terenów dziennie, zakupy na czternaście osób, zbiorowe żywienie, bieganina, zadyszka, sterty brudnych garów. Lata dziewięćdziesiąte. Jestem chuda, ubrana na czarno, zagoniona, przypominam wieśniaczkę z jakichś ponurych obrazów, w ręce ściskam ścierkę do naczyń albo świeżo wyrwaną marchewkę – uprawiałam ogródek. Mniej bym się siebie zaparła uprawiając spadochroniarstwo (mam lęk wysokości). Z tą marchewką, ledwie żywa, w długiej spódnicy ze sklepu tekstylnego w Kaliszu Pomorskim uśmiecham się płaczliwie a w środku dyszę jak zgoniony pies. Na każdym zdjęciu gdzieś biegnę, albo jadę na koniu, żeby było jeszcze szybciej. I tak przez dziesięć lat.

Pudełko numer cztery – Kraków i kolejna ucieczka autem pełnym dzieci i psów. Albowiem pewnego dnia, wbrew ogólnemu niedowierzaniu porzuciłam mojego sympatycznego męża i wróciłam do Krakowa, by kontynuować męczeństwo na własny rachunek. Swąd palonych mostów unosił się nad blokowiskiem, gdzie miejsca było tak mało, że nocowałam i pracowałam w pracowni – pomieszczeniu bez łazienki, z kiblem na klatce schodowej i kranem z zimną wodą, ale był spokój. Rano jechałam do pracy zabierając ze sobą moją Miętę – posokowca w zaawansowanej ciąży. Miałam 4 godziny spokoju dziennie do rysowania i na zdjęciach od razu lepszą minę. Wszędzie łażą szczeniaki niezwykłej wprost urody. W przeciwieństwie do nich jestem mizerna, mam zmęczoną twarz i krótkie, czarne włosy, ale jestem lepiej ubrana, noszę spodnie firmy Esprit kupione w nowopowstałej galerii Kazimierz za pieniądze zarobione na gwaszach. Robiłam ich wtedy dziesiątki, czasem jeden dziennie i sprzedawałam za cenę spodni z Esprita. Gdzie jesteście, moje najlepsze prace z tego czasu? Bo spodnie mam do dzisiaj w szafie.

Pudełko numer pięć, pękate. Żona aktora. Nie wyglądam ci ja dobrze i nie jestem tak szczęśliwa, jakby się niektórym mogło wydawać.. Wiele musiałam w sobie zmienić wbrew własnym zasadom. Maciek z upodobaniem mnie ubierał w rzeczy, na które bym w życiu nie spojrzała. Jakieś buciki lakierowane na słupku, błyszczące marynarki, wieczorowe bluzki. Pamiętam, jak wchodziliśmy do bardzo eleganckich sklepów i jak wtedy stanowczo odmówiłam współpracy. Powiedziałam, że to wszystko jest za drogie jak na to, czego nie chcę nosić. Wtedy zaczęliśmy chodzić do Nastrojów, to był taki luksusowy lumpeks niedaleko teatru. Tam mu pozwoliłam wydawać na to, co w jego pojęciu było konieczne. Markowe, używane rzeczy na tak zwane imprezy. Po jego śmierci wszystkie te ciuchy i buty gdzieś porozdawałam. Kiedy był w Anglii kupił mi jedwabne bluzki, ale ja nie noszę bluzek, mam za krótką szyję. Zawsze chciałam mieć spódnicę w szkocką kratę z wielką agrafką, granatowy sweter w dobrym gatunku i płaskie, czarne, sznurowane buty do kostki. Niczego z mojej listy nie było w Nastrojach. Na imprezach z fleszami czułam się jak królowa second handu z grzywką przyciętą nożyczkami do paznokci. Uciekałam do kibla, żeby złapać oddech. Miałam wrażenie, że wszyscy widzą, jak bardzo jestem „przebrana” i jakie to wszystko na mnie przypadkowe. Patrzę teraz na te zdjęcia i być może nie było tak źle, ale ja wiem, że było.

Czemu nigdy swojej przeszłości nie wspominam z rozrzewnieniem? Czy tak bardzo męczące miałam życie? Czemu nie tęsknię za tymi, którzy zostali gdzieś daleko, czemu tęsknię tylko za umarłymi? Ciągle na coś czekałam, czekałam, jak ci Arabowie nad Niagarą, aż się to wszystko skończy. Teraz się chyba nareszcie skończyło, wiele rzeczy się skończyło – dzieciństwo, młodość, macierzyństwo, małżeństwo, uczucia, seks, a nawet śmierć, śmierć ojca i Maćka też już mam za sobą. Już na nic nie czekam, chcę tylko, żeby samotność trwała tak długo, jak jest mi potrzebna. Czyli jak najdłużej.

5 stycznia 2017.

Z dwojga złego rysowanie jest lepsze niż nierysowanie. Praca zawsze uspokaja sumienie. A może trzeba przeprogramować sumienie? Czuję się usprawiedliwiona podpisując obrazek. Co to za wymogi? Kto mi je narzucił? Społeczeństwo, które artystów ma za darmozjadów i nieustannie ich rozlicza. A może ja chcę malować dla potomnych? Potomni mnie będą rozliczać, a współcześni niech się odpierdolą.

Gwasz namalowałam, święci pańscy, po roku namalowałam gwasz. Niestety mam kolejkę zamówień na portrety, ale bez paniki. Jak bez paniki, kiedy mi cierpnie ręka po godzinie pracy, a przede mną ogromne płótno – pan rektor w todze z buławą.

Śniło mi się, że zaprosiłam gości i ugotowałam im zupę. Niestety okazało się, że to była zupa dla psów…

6 stycznia 2017

Rachela jest tak piękna jak śpi. Czasem, kiedy rysuję, wiem, że dużo potrafię.  Ale kiedy patrzę na śpiącą Rachelę ogarnia mnie bezbrzeżny zachwyt nad doskonałością natury.  Tego się nie da wyrazić, to trzeba zostawić.

Dzisiaj wiozłam na tymczas biedną, porzuconą Dinę i poczułam więź z tym psem, odczytałam jej myśli, pojęłam jej strach i niepewność pomieszaną ze świeżo zdobytym zaufaniem, całą tę psychiczną kombinację w małym, zwierzęcym sercu. Nigdy z żadnym człowiekiem nie osiągnęłam takiego stopnia zjednoczenia.

7 stycznia 2017.

Pierwszy miesiąc roku rozpoczął się burzliwie. Wypluło mnie z turkoczącego młynka różnych akcji i misji dopiero dzisiaj, 6 stycznia.  Przyszedł mróz minus 17 w nocy i szczęśliwie wszystko zamroził. Freez! Zaczęłam wieczorami malować gwasze, dzisiaj muszę zacząć rektora z buławą, ależ mi się nie chce. Coraz słabsze mam ręce, cierpną mi w nocy, dolegliwości wydają się przerażająco podobne do utrapień mojej matki, ona już taka stara, a dzieli nas tylko 30 lat. Nocami chodzi po pokoju, żeby krew spłynęła przez niedrożne nadgarstki i ożywiła palce. Nie może rysować. Ja też jestem na ostatniej prostej. Trzeba się spieszyć, bo za chwilę będzie trzeba zwolnić. Zwolnić jest dużo trudniej, niż przyśpieszyć, przyśpieszyć to każdy głupi potrafi.

Kolejny dzień, wieczór, noc, środek nocy, dni przebiegają jednakowe, jak pejzaże za oknem pociągu, każdy chciałabym jeszcze chwilę potrzymać w dłoni przed snem.

Oddałam portret jakimś strasznym Krakusom, co za zjeby. Marudziły, ale zapłaciły. Ich wnuki za ten portret kupią sobie pół willi. Daj im boże.

Minus osiemnaście, może chociaż konto w poniedziałek odmarznie.. Nanosiłam się wiader z wodą, jestem fizolem.

10 stycznia 2017.

Mrozy puściły, auto u mechanika, piszę o życiu Jarka, o jego rozpaczliwej pracy po to, by się poczuć docenionym. Nie wiem, czy którykolwiek uczciwy artysta, wliczając w to aktorów – czy którykolwiek w swoim pojęciu poczuł się doceniony. Bo to gówniana robota. Trzeba dla niej zrezygnować z życia a ona dalej jest gówniana. Niepraktyczna, niepewna, irracjonalna.  Nie to co lekarz ratujący chorych. Kim jest w społeczeństwie artysta? Urozmaiceniem. Taka żywa ozdoba, durnostojka, żałosny w sumie błazen.  Smutne jest życie błazna, bo nikt prócz błazna nie bierze go na serio. Trudno szacować wartość takiego życia, dlatego istnieje możliwość, że jest bezcenne. Stąd poczucie niedocenienia, co zamierzałam udowodnić. Żaden sukces tego nie zmieni, bo jest niewymierny. Kapryśny. Nieprzewidywalny. Niepoparty liczbami. W takim sukcesie zawsze czai się oszustwo, tkwi w nim jak cierń i kaleczy skórę.   

Ludzie mnie wkurwiają, załamują, smucą, ale w przedziwny, wręcz cudowny sposób ich rozumiem. Głupio się czuję z tego powodu, trochę jak oszust. Ich grzechy i błędy rozpoznaję poprzez moje własne. Księdzem nie jestem, nawracać ich nie zamierzam, ani nawet się przyznawać, że mi ich żal, ale doskonale wiem co czują i co nimi kieruje także wtedy, a nawet szczególnie wtedy, kiedy działają przeciwko mnie.