12 stycznia 2017.
Dzień już trochę dłuższy, liczą się minuty. Żyjemy w ciemności przez cały grudzień, a nagle w styczniu różnica zaczyna być widoczna. Za oknem sypie śnieg, ja też się zaraz posypię. To moje ostatnie podrygi jako człowieka w pełni sił, kiedy jeszcze nikt o mnie nie mówi per starsza pani. Ale zaraz się zacznie, jak z tym facetem, co szybko zamawia drinki zanim się zacznie pytanie o rachunek.
Więc zanim się zacznie, zanim mi życie wystawi rachunek za te wiadra z wodą targane przez podwórko, za odśnieżanie, za naręcza drzewa układane piętrowo przy kominku od których mam posiniaczone ramiona i drzazgi za paznokciami, za osiem kostek siana i cztery kostki słomy ściśnięte sznurkiem wrzynającym się w palce, za taczki z obornikiem pchane przez zaspy i za to, że pot mi zalewa plecy przy kilkustopniowym mrozie – zanim się zacznie buntować moje stare ciało muszę jeszcze tę zimę przetrwać. Dłonie mam sękate jak nie przymierzając Scarlett O Hara. „Co zrobiłaś z rękami – czyś orała?” – zapytał Rett Buttler, kiedy zobaczył rękę wielkiej, wyniosłej damy, o którą to rękę walczył przez cały pierwszy tom i połowę drugiego – bez rękawiczki.
13 stycznia 2017.
„Sala samobójców” – dobry film zrobił mały Komasa. A Maćkowi roli nie dał, jak obiecał. („Wujku, zagrasz u mnie kiedyś ?” ) I wujek umarł i nie zagrał. Umarł Maciek, umarł, już leży na desce…Kieby mu zagrali, zatańcyłby jesce – prześladowała mnie wtedy ta piosenka.. Dlatego teraz źle mi się ogląda polskie filmy.
14 stycznia już.
Byłam na promocji książki – rodzinna saga bardzo zacnych i szanowanych ludzi, tutejsza elita. Opowieść starannie wydana przez lokalne wydawnictwo dzięki wsparciu – tak się to mówi – dzięki wsparciu patronów – prawie jak jeden wyraz. Wyliczanie tych patronów zajęło połowę czasu antenowego (dziwne słowo antena, tu lepiej pasowałby antenat). Potem wyszedł pan bez twarzy i rozpoczął czytanie wybranych fragmentów. Wokół garnitury, perły, rzęsy i paznokcie. Wielki, postkomunistyczny gmach Domu Kultury w Skarżysku, zawsze się zastanawiam jak to ogrzać. Książka – klasyczne wspomnienia niebieskiego, czy też raczej szarego mundurka, pamiętniki babci harcerki z iłżańskich stepów. Historie, które przerosłyby każdego dzisiejszego terapeutę i wszystkich jego pacjentów. Od razu mi się przypomniała moja babcia – człowiek absolutnie normalny, pogodny i poukładany. Swoją najfajniejszą siostrę straciła w ten sposób, że Niemcy wyprowadzili rano z domu całą rodzinę z piątką dzieci, z których najmłodsze miało niecałe dwa lata, ustawili wszystkich w szeregu, zastrzelili i wrzucili do przygotowanego dołu. Rzecz jasna w życiu mojej babci nie było dnia, żeby o tym nie myślała, ale nie zwariowała, nie została alkoholikiem i nie brała prochów na sen. Nawet papierosów nie paliła. Nigdy nie korzystała z pomocy psychologa. Jedyny ślad po tych wydarzeniach był taki, że do końca życia nie odezwała się słowem po niemiecku, chociaż bardzo dobrze znała niemiecki. Niewielu ludzi o tym wiedziało.
Wracając do promocji książki o harcerce, która podobną kolekcję przeżyć opisywała w sposób bezpretensjonalny i ładną polszczyzną – słuchałam siedząc na twardym krześle, schowana za obdrapanym filarem, ubrana w miarę porządnie jak na moje możliwości i usilnie starałam się wzbudzić w sobie patriotyczne uczucia, rodzinne uczucia, w ogóle jakiekolwiek uczucia. Wszystko na nic. Pchały mi się do głowy myśli bardzo nieuczesane, ogarniała mnie bezbrzeżna nuda, powstrzymywałam ziewanie. Te wiadra jednak mi ciążą pod wieczór.
W pierwszym rzędzie siedziała liczna rodzina – potomkowie autorki, przedobrzy ludzie. Nigdy nie miałam takiej rodziny, albo też nie chciałam jej mieć, bo przecież jak się nie ma, to zawsze można założyć. Ja też założyłam, ale potem konsekwentnie tępiłam każdy przejaw tradycyjnej rodzinności, wszystko mnie mierziło, wszystko potrafiłam wyszydzić. Żadnych jasnowłosych dzieci pod dębem. (Według cytatu mojego ojca – Wiem, że to ładnie brzmi – jasnowłose dzieci pod dębem, ale one nigdy się tam nie nauczą mówić po angielsku! – jęczał na wieść o naszej wyprowadzce z miasta i to mi na zawsze zapadło w pamięć ). A więc żadnych dzieci pod dębem, rodzinnych świąt, wspólnych wycieczek nad morze (bo przecież mieszkaliśmy na wakacjach) ani cholernych obiadów niedzielnych. Żadnej ściemy. Życie to nie święty obrazek. „Życie jest gdzie indziej” – Kundera. Na pewno nie tam, gdzie wszyscy szukają. I znajdują, a jakże. Ja nie znalazłam. Nigdy go nie znalazłam w takich okolicznościach jak tutaj, w pierwszym rzędzie, w którym trzy zgodne pokolenia zasiadają wsłuchane w historię swojej babki uhonorowaną wydaniem książki. Urodziwi, wykształceni, porządni. Lekarze i adwokaci. Ich dobrze wychowane, spokojne dzieci, ich albumy ze zdjęciami, ich letni domek, gdzie razem spędzają święta. Babcie mają wnuki, wnuki mają chomika. Pieska nie mają, ja mam czterdzieści siedem piesków. Może w tym tkwi problem, nie wykluczam.
Prawdziwy problem to satyr. Nie potrafię go uciszyć im bardziej sytuacja tego wymaga. Oni układają wieńce na brzozowych krzyżach i przysięgają, że pomścimy, ja układam w głowie szyderstwa. Teatr ma rację bytu wyłącznie w teatrze. Gówniany patriotyzm i ojczyzna wampirzyca. Nie tylko nasza, w sumie każda. Nieustannie żądna krwi ojczyzna. Wszystkich by posłała na te lufy i czołgi. W kółko mścili jedni drugich i ginęli aż wyginęła cała inteligencja, bo matki nie nadążały z produkcją wymaganej liczby mścicieli. A teraz wielka trwoga, jak to patriotyzm przepadł. No i dobrze, że przepadł, bo czego tu bronić ? Kto tu został? Buraki, ziemniaki, dogmolesterzy i matki polki cycolki. Zaorać granice, wpuścić trochę ludzi, którym ruskie nie wytłukły wykształconych dziadków, zamieszać w genach. Jestem za zjednoczoną Europą. Te napuszone, nacjonalistyczne armie zbawienia machające rodzinną szabelką. Pycha zawsze jest ślepa na rzeczywistość i sama siebie za to karze. Polskie ziemniaki na polskim gnoju zwalczają zgniły zachód. Ruskie czołgi nam ziemniaków nie rozgniotą na puree, a jeśli tak, to pomścimy! Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. Pomścimy. Sami, bez pomocy, cuda nad Wisłą się zdarzają, Matka Boska królowa Polski nam pomoże odeprzeć każdy atak na polskość. Trzeba powiedzieć – nie – kulturze trawki i małżeństwom gejów! Chryste! Może to czas, żebyś odstawił krzyż i wrócił z tęczową flagą. To taka moja wersja powtórnego przyjścia, ale paruzja każdemu się marzy z innym rekwizytem, dlatego dopóki nie wypracujemy wspólnej opcji nie ma na co liczyć.
Cała ta historia z patriotyzmem źle mi się kojarzy. Jest w plemiennym myśleniu gotowość na śmierć, skrajnie egoistyczna, żądna chwały gotowość. Efekt? Wielkie, szlachetne rody wystrzeliwane jak kaczki przez większych, silniejszych i tak samo przekonanych o swojej misji. Nie chcę takiej śmierci. Moja ma być zwyczajna, bez oprawy. Ani polska, ani tyrolska, zużywam się po latach noszenia wiader, porzucam ciało jak zszargany płaszcz i spierdalam stąd. Taki koniec sobie wymarzyłam. Nie ma nic wspólnego z krzyżem i wieńcem. Z tęczową flagą w sumie też nie. Jeśli w ogóle Chrystus to saute.
Zatajone wśród miejskich zapadlin ukrycia
Całe pola cmentarzy i zarośla życia (…)
I stopimy się w jedno z szeroką równiną
Kiedy obok nas ziemia i niebo przeminą (…)
I czy się nasza wiedza naprawdę wzbogaci,
Gdy będziemy wiedzieli, czyśmy Europejczycy, czyli też Azjaci?
– taki wierszyk napisał Iwaszkiewicz. Artysta dużej miary, ale z ojczyzną różnie pogrywał. Był ogólnie respektowanym kolaborantem. Chciał mieć spokój i chciał mieć paszport. Ani go nie potępiam ani nie bronię. Czytam go.
Żegnamy się, kwiaty, gratulacje, całuski. Oni naprawdę mnie lubią, ciekawe za co. Jestem urozmaiceniem, już to mówiłam. Element baśniowy, malarka. Zamknięta w lesie ze swoimi obrazami i stadem psów. Trzeba wspierać polską kulturę, więc mi pomagają. Bardzo mi pomagają i na pewno z serca. Kochają mnie i ten kraj. Ja niczego nie robię dla kraju, tego kraju już nie ma. Był bardziej, kiedy go nie było na mapie. Ostatni wyjechał Gombrowicz i zgasił światło.
Styczeń, któryś tam dzień, rok 2017
Tymczasem mój syn i jego rodzony ojciec lecą nad Ameryką Południową w stronę bieguna. Czego kurwa chcieć od mojej rodziny?
Że się rozwiodłam? Nigdy nie byliśmy małżeństwem, więc uspokójta się i pocałujta w dupę wójta.
Kiedy oni szybują nad drugą półkulą – pojawia się J.G, o wiele bliżej, bo w mojej głowie, w dziale snów. Nasz związek zaczyna przypominać drugie życie. Równoległy wszechświat, gdzie się toczy interesujący ciąg dalszy tego, co tutaj zostało przerwane – wyświetla ruchome sceny korzystając z mojej chwilowej nieobecności w realu.
Fizycy odkryli nie tylko czwarty wymiar, twierdzą, że wymiarów jest cała masa, a im więcej, tym mniej niewiadomych w matematycznych równaniach. Dobrze mówię – tym mniej. Ale najciekawsze są fazy przejściowe, tajemnicze złączki -miejsca w których niebo dotyka ziemi. Pomiędzy lewą stroną karkołomnych ułamków a prawą logarytmów postawiony jest znak równości. Wszystko się zawiera w takim znaku. Najwięcej wizji doświadczam w chwili, kiedy już nie śpię, ale sen jeszcze trwa pod powiekami. Z umarłymi spotykam się w strefie neutralnej, na obrzeżach sfer. Połączenia tego rodzaju to bezczasowe, niemające sztywnej struktury przenikanie. Z mojego śpiącego ciała uwalnia się duch, a reszta towarzystwa na chwilę przybiera dawną postać. Zazwyczaj wszyscy jesteśmy w tym samym wieku, nie ma tam dzieci i starców. Fajnie. Ten latający cyrk niewątpliwie istnieje, bo tam bywam, tam mnie ciągnie, jak wilka do lasu.
Graliśmy w karty: ja, dwa kościotrupy
Pewna trupianka i ksiądz Kalinowski
Oni zgarniali sztonów wielkie kupy
Ja przegrywałem. I przegrałem duszę.
Oni się śmieli. Chichot był czartowski
I z klekotaniem tańczyli po stole.
A potem w niebo. Tu przyznać się muszę,
Zemdlałem. Potem było pole
Szerokie i wiatr. W polu stół i obrus rozdarty.
I nic.
Skończyły się karty.
– też Iwaszkiewicz, ze zbiorku „Mapa Pogody” . Zakupiłam w antykwariacie za 20 złotych. Cena na odwrocie wydrukowana taka sama- 20 złotych. Rok wydania 1977. Dzisiejsze i niegdysiejsze 20 złotych to zupełnie inne 20 złotych. Pomiędzy jednym a drugim 20 złotych przetoczyła się historia, ale cena się zgadza. To właśnie takich znaków równości szukam w życiu.
Dzisiaj z J.G. nad ciemną wodą rozmawialiśmy o miłości, we śnie to nigdy nie zalatuje kiczem. I kiedy tak pięknie sobie o tej miłości prawiliśmy on nagle zwymiotował, chlusnął jakimś strasznym barszczem z glonami w przepaść, w nieruchomą taflę i tafla się zamknęła. Uśmiechał się potem przepraszająco jak zakokainowany Jim Morisson… Z pewnością czegoś nadużywał i zabił się w pijanym widzie… To mi dzisiaj chciał powiedzieć.
Wieczorami, kiedy telefony nareszcie przestają gdakać, robię się senna i potwornie, potwornie zmęczona. Czytam Kunderę, znakomity. Buty lecą. Na wszelki wypadek od razu zdejmuję buty. I czapkę z głowy też.
I znowu styczeń, niekończący się styczeń, a rok 2017.
Mam kolejnego psa na podwórku – Prospera. Nie wytrzymałam, zaprosiłam go do środka. Bardzo zmarznięty, bardzo głodny, bardzo wychudzony pies sołtysa. Ten sołtys i sołtysowa, ich brudne dziecka i babka charcząca w ciemnym przedpokoju, wszyscy będą się tam męczyć i kotłować jedno na drugim do dziesiątego pokolenia, ale nie Prospero, który był ich psem tylko do wczoraj.
21.01. 17
Moje idiotyczne imieniny, nigdy ich nie lubiłam, bo nigdy nie dostawałam porządnych prezentów, tylko byle jakie. A to różowy koc, a to podgłupiaste skarpetki. A ja chciałam sweter Benettona albo skórzany plecak. Nie cierpię jarmarku. Od jakiegoś czasu sama sobie kupuję prezenty niezależnie od imienin. Tak jest cool.
Tymczasem kwitnie grupa „Osób pokrzywdzonych przez Fundację Maćka Kozłowskiego” . Czyli jednak nie zwierząt. Nie deklarowałam uszczęśliwiania osób.
Trzymanie poziomu w obliczu tych wszystkich ordynarnych prowokacji i hejterskich komentarzy nie jest łatwe, ale nie niemożliwe. Należy być człowiekiem kulturalnym niezależnie od okoliczności, bo kultura bierze się z głowy, a nie z cyfrowej wyszukiwarki. Wszystko najpierw bierze się z głowy, także wybór – słów, tematów, zdjęć, sformułowań. Savoir vivre pozyskany zawczasu to baza na całe życie. Forma obowiązuje wszędzie, niezależnie od treści. Chociaż moja pewność co do tego jest coraz bardziej zachwiana.
Pamiętam dobrych i porządnych ludzi, którzy nam bardzo pomagali, ale zupełnie nie wiedzieli, jak się zachować w sytuacjach towarzyskich, ponieważ duże pieniądze uczą tylko tego, jak się zachować w sytuacjach biznesowych. Kiedy przychodziłam na ich zaproszenie do biura wielkiej firmy – on – szef i właściciel siedział rozparty w fotelu z nogami na stole i nie drgnął nawet by wstać i się przywitać. Zwrócenie uwagi było w moim pojęciu równie niestosowne, jak jego zachowanie. Niezwrócenie zaś uwagi zaprzepaszczało szansę na to, że następnym razem, w stosunku do kogoś mniej życzliwego ode mnie – popełni straszliwą gafę. To było jakieś 30 lat temu. Wynalazek internetu nie sprawił, że społeczeństwo jest bardziej kulturalne, chociaż ma teraz dostęp do treści pozwalających za darmo i bez świadków zdobyć wiedzę na temat towarzyskiego kodu, którego stosowanie określa człowieka dobrze wychowanego. Wyżej wymienione treści są mało popularne i w zasadzie coraz mniej przydatne, bo wirtualnie porozumiewamy się w sposób uproszczony i pozbawiony gestykulacji. Jak chcesz komuś dojebać wstawiasz mema albo emoticona albo telefonem z błędami wystukujesz kilka osobliwych poleceń, gdzie i w co ma się cmoknąć, co possać, albo czym potraktować najbliższą rodzinę. A jak się chce kogoś skomplementować, też nie trzeba wysilać mózgu, tylko zastosować opcje przeciwne z tego samego sklepu z naklejkami. Serduszka, ciasteczka i słodkie kotki, bicepsy supermana itp. Codzienne relacje z bliźnimi sprowadzają się do trzech rodzajów – spoko, cool, git, ok – to relacja towarzyska bez emocji a dwie pozostałe – wyrażające sprzeciw lub aprobatę – opisałam powyżej. Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają wprost, dużo łatwiej jest się wypowiedzieć jako zdjęcie profilowe z pieskiem niż jako „twarz innego” – że przytoczę Lewinasa, choć to może przykład z odległej galaktyki.
Czy świat zgłupiał, czy zubożał werbalnie, czy tylko werbalnie, czy po całości, czy tylko zwielokrotnił publiczną wypowiedź. Inteligencja z czasów mojej młodości i studiów była skoszarowana w grupach nie zawsze łatwych do przeniknięcia dla osób niewtajemniczonych i swoich komentarzy nie wysyłała do gazet. Rozmawialiśmy po prostu. Kraków to zacne koszary, wtedy tego nie doceniałam. Dane mi było dorastać w błogim poczuciu, że wszyscy są w miarę interesujący i czają czaczę. Możemy sobie popierdolić farmazony a dowcip i tak iskrzy, jak śnieg w słońcu. Nie pamiętam, żeby mnie jakoś szczególnie zajmowały plotki, nie miałam straszliwych wrogów ani zaprzysiężonych przyjaciół, ważne były tylko riposty i zasób wiedzy, którą można było je poprzeć. Była sztuka, imprezy, muzyka, cały ten jazz, niby pustka, niemniej jednak pustka najwyższych lotów! Sens życia stanowił nieustanny przedmiot dyskusji, która się toczyła w oderwaniu od upierdliwej doczesności. A mnie się wtedy wydawało, że to ciągle za płytkie! Co ja wtedy wiedziałam o płyciźnie.. Pieniądze, ciuchy, żarcie – to nie były atuty przesądzające o wartości towarzyskiej. Dzisiaj to podstawa, można nie mieć nic do powiedzenia, ale nie można nie mieć nic. Wtedy najważniejsza była lotność, lotność obowiązywała nawet na ciężkim kacu. Impreza poza wszystkim innym stanowiła nie lada wysiłek intelektualny. (Dzisiaj to głównie wysiłek finansowy – gdzieś się pokazać.) Te dyskusje na podłodze, na której się gasiło pety… Nocne powroty przez całe miasto, żeby jeszcze pogadać. O surrealizmie, o wolności i o nowym albumie Franka Zappy .Teraz widzę, jak bezcenne to było doświadczenie, jak nie przymierzając uczta Platona dla Platona. Nie sądziłam, że takie wyjścia będą w przyszłości możliwe tylko pod rękę z umarłymi.
Może nie jest tak źle, może nadal istnieją tego rodzaju rozmowy, może są rzeczą młodości, wiążą się bezpośrednio ze środowiskiem studenckim, z życiem uczelni, a może z jakimś artystycznym projektem albo inną oderwaną od rzeczywistości okazją. Może wracają w szpitalach, gdzie się umiera, albo w klasztorach, po których się zrzuca sutannę. Może istnieją tajne stowarzyszenia, które się się oparły potędze facebooka i ktoś z kimś gdzieś nadal zawzięcie dyskutuje o czymś całkowicie niepraktycznym mając wyłączony telefon. Może. Jednak ilość Dzienników po Gombrowiczu, który ten gatunek usankcjonował i ostatecznie uwolnił z szuflad – wskazuje na rosnący problem braku partnerów do rozmów. Nie mając się do kogo odezwać czy to w promieniu kilkuset kilometrów czy to w wielomilionowym mieście – mówimy do siebie. Myśli lubią się usłyszeć. A skoro się nie dają usłyszeć, dają się jeszcze zapisać, zyskując przynajmniej szansę na odczytanie gdzieś, kiedyś, przez kogoś, w przyszłości. To właśnie nazywam chodzeniem pod rękę z umarłymi.
23.stycznia.2017
Ten rok nie może być gorszy od poprzedniego. Nie może.
Ból rąk mnie przeraża, życie mnie przeraża, odpowiedzialność mnie przeraża. Okazuje się, że to przeraża wszystkich. Wczoraj poczytałam fragmenty Prousta, gdzie nie otworzysz jednakowo genialny, nic go nie przebije. Ale śmiem twierdzić, że poszukiwanie straconego czasu na tysiącach stron pisanych maczkiem wskazuje na wysoki stopień przerażenia!
Choroba jest hamulcem bezpieczeństwa ciała. Krążą po mnie bóle i nerwobóle. Czuję ukłucia, kolki, szarpnięcia mięśni. To szpile internetowych czarownic. Kobiety, które mnie hejtują mają złe oko. Sfrustrowani ludzie mają złe oko. Rozumiem ich frustrację i to, że poczuły krew. Jestem ranną zwierzyną. Łatwą zdobyczą, nareszcie!
Świat się zmienia, ale instynkty ludzkie pozostają te same. Człowiek jest myśliwym. Polujemy, węszymy, zastawiamy sidła. Życie to czujność, refleks i atak. Pojedynki należy wygrywać, niedźwiedzia przechytrzyć, a dzika wytropić. W ten sposób łapiemy okazje w sklepach, wchodzimy w relacje z ludźmi, zyskujemy przyjaciół, mężów, żony, zabijamy ofiary. Nic się nie zmienia, nasze mózgi rozwijają nowe umiejętności, ale wszystko służy wyłącznie udoskonaleniu łowów.
A jednak, wbrew temu co krzyczą obrońcy zwierząt, do których rzecz jasna i ja należę – myślistwo nie potrzebuje nienawiści. Przeciwnie – postrzegam je w kategoriach pierwotnego instynktu, czegoś w rodzaju biblijnej konfrontacji z Naturą. Biblia przecież spływa krwią. Nie uznaję świętości biblii, ale wiem na pewno, że prawdziwe, tradycyjne myślistwo z czwartej księgi Pana Tadeusza nie bierze się z nienawiści do zwierząt, choć z pewnością brak w nim empatii w rozumieniu takim, jak ją dzisiaj postrzegamy . Z tej przyczyny pozwolenie na odstrzał powinno być rozważane jedynie w celu kontroli populacji. No, żeby można było w nocy wyrzucić śmieci bez obawy, że nas dzik poszarpie. Natomiast hejt zrodzony z frustracji jest sprowadzeniem polowania do zemsty na niedźwiedziu.