Mamo, ty jesteś kompletnie żółta! – powiedziała Zośka, która przyjechała z Warszawy zobaczyć szczeniaki i skosztować mojego curry z mango i krewetkami.
Popatrzyłam w lustro i rzeczywiście, byłam żółta jak Chińczyk z ilustracji do chińskich bajek. Miałam żółtą skórę i żółto- niebieskie oczy, zazwyczaj mam biało – niebieskie.
Bez paniki, bo curry wystygnie, też żółte.
To była niedziela.
W poniedziałek rano poszłam z życiem na kompromis i pojechałam do diagnostyki w Szydłowcu zbadać krew za 52 złote. Wieczorem zadzwoniła do mnie pani z laboratorium, że moje wyniki wskazują na konieczność natychmiastowego zgłoszenia się do szpitala i że liczy się każda godzina.
Ładna historia. A kto zostanie z psami? Psów było 13 w tym pięć żarłocznych szczeniaków, których się z oka nie da spuścić, które się pchają do domu, a w tam siedzą zabarykadowane staruszki coraz bardziej zdeterminowane wobec faktu, że niedawne maleństwa zrobiły się większe i silniejsze od nich i że cały czas jest ich pięć. Beze mnie wszyscy się pozagryzają, więc nie mogę tak o – jechać sobie do szpitala. Pan Bóg pozwolił mi na 13 psów, więc teraz niech mi pozwoli poczekać do jutra i ogarnąć jakiś dyżur.
Nie umarłam, wyjechałam z domu we wtorek po spacerze, wydałam wszelkie instrukcje, po drodze zajrzałam do konia, czułam się zupełnie dobrze. Zaparkowałam auto na strzeżonym, zapłaciłam za dwa dni z góry i z torbą, w której miałam ręcznik, przybory toaletowe i pidżamę ustawiłam się w kolejce na sorze.
Wybrałam szpital ze względu na nazwisko jedynej znanej mi pani doktor, która jakiś czas temu zajmowała się moim nie do końca rytmicznym biciem serca. Po skomplikowanych badaniach za 500 zł okazało się, że serce mam zdrowe. Przyśpieszało z sobie tylko wiadomych przyczyn. Pani doktor była kardiologiem w szpitalu, gdzie mogłam wylądować na każdym oddziale prócz kardiologii, ale lepszy rydz niż nic.
Nie zadzwoniłam do niej, bo z założenia nie lubię protekcji. Najpierw trzeba spróbować w standardzie, żeby móc powiedzieć, że to nie działa. Jakoś tam działało. Po 3 godzinach przekazywania moich wyników badań kolejnym specjalistom zza różnych parawanów w hali odlotów przeszłam nareszcie do pierwszego terminalu, gdzie jeszcze jeden gabinet i zupełnie nowa pani doktor. Na jej widok lekko zadrżałam, bo w niczym nie przypominała lekarza cokolwiek to oznacza w powszechnym mniemaniu. To, że była chorobliwie otyła, miała tłuste włosy i brudne stopy w jeszcze brudniejszych, postrzępionych klapkach to był tylko wstęp do mocniejszych wrażeń. Popatrzyła na mnie z niesmakiem, na coś wyraźnie wściekła cisnęła papierami o stół, zadała kilka pytań, na które grzecznie odpowiedziałam, założyła wenflon i pobrała krew, a ja się ośmieliłam dodać, że żółtaczka to coś, na co zmarł mój mąż. I że nigdy sobie nie zrobiłam testu na antyciała. Na co ona zarechotała, że mąż to nie rodzina. Odrzekłam, że wirus to nie gen. Udając, że nie słyszy dopisała ten test do badania krwi i wysłała jakieś wici na zakaźny. Z zakaźnego odpisali, że proszą o usg i tomografię. Tomografia! – ryknęła ubawiona – i co jeszcze! Tomografii im się zachciewa. Usg wystarczy, niech ją pan zaprowadzi na to usg bo nie trafi – poleciła pielęgniarzowi, który na mnie popatrzył ze współczuciem.
Weszłam do gabinetu, przed monitorem siedział skacowany człowiek z czerwonym nosem i oczami jak szparki. Wgniótł mi do brzucha twarde narzędzie, pojeździł jeszcze po żebrach i orzekł – żółtaczka jest mechaniczna.
Mechaniczna, mechaniczna żółtaczka, żółtaczka mechaniczna przyczyny, objawy, podejrzenia – wstukałam w telefonie i wyskoczyły straszne rzeczy, a im bardziej było bezboleśnie, tym gorzej. Zakaźna byłaby lepsza, chociaż 15 lat temu na pewno gorsza. Teraz gorsza jest mechaniczna. Rzeczywiście liczą się godziny, ale tutaj wszyscy mieli czas. Wróciłam na SOR. Zajęłam pojedyncze krzesło w przejściu. Za moimi plecami, odgrodzone szybą jak w kabinie pilotów siedziały dwie pielęgniarki a w salce wypełnionej leżankami, koedukacyjnej i nie przewidującej żadnej prywatności, bo pozbawionej parawanów leżeli jęcząc, postękując albo niemiłosiernie chrapiąc nocni pasażerowie. Wyjęłam z torby książkę, która miała 1000 stron i zaczęłam czytać. Po paru godzinach poczułam głód, pragnienie i chęć umycia choćby rąk i zębów, bo zrobiła się dziesiąta wieczór. Znalazłam łazienkę bez możliwości zamknięcia od środka, ale z ciepłą wodą w kranie. Lustra też tam nie było, może dobrze, bo mogłam zżółknąć jeszcze bardziej. A tak – spoko luz, wyszorowałam kły i postanowiłam zawalczyć o miejsce leżące. Pielęgniarka, która na chwilę wychyliła się z kokpitu poradziła mi zapolować na pryczę po kimś, kogo wypiszą do domu. Wypisali pijanego w sztok gościa, u którego wskutek podania kroplówki stwierdzono cudowne wytrzeźwienie. Od razu rzuciłam torbę na wgniecione, zielone płachty, sama sobie znalazłam nowe, nieśmigane, podładowałam telefon znalazłszy w ścianie kontakt, założyłam słuchawki i rozprostowałam zbolałe kości. Pomimo głodu próbowałam drzemać pod jarzeniówką.
Około jedenastej wieczorem weszła pani doktor z brudnymi nogami, na jej widok poczułam radość, której bym się po sobie nie spodziewała. Może coś już wiedzą, gdzieś mnie przyjmą. Niestety nie miała dla mnie dobrych wiadomości. Ma pani jakiś naciek, czy guza na głowie trzustki – oznajmiła jakby to był pryszcz na lewym pośladku. Ale nie wiem, kiedy panią wezmą na oddział, może jutro ktoś umrze albo kogoś wypiszą. Na chirurgię czy na onkologię od razu, nie wiem, zobaczymy. Tyle miała do powiedzenia.
Guz, naciek na trzustce, na głowie, nie na głowie, na głowie trzustki, torbiel, włókniak, Ania Przybylska, Daria Trefankowska, pudelek, rokowania, chemia, złośliwy, agresywny, nie daje objawów, żółtaczka mechaniczna – pół roku pacjent dożywa, niewielki procent dożywa 5 lat. W dupę jeża!! Umrę! Moje psy! Moja książka! Mało czasu!
Telefon do przyjaciela. Przyjaciółki. Niezawodnej w każdej sytuacji, ale w takiej szczególnie. Chodzę po korytarzu, gadamy, jak dobrze, że odebrała. Zawsze odbiera. Odbiera, odpisuje, jest lekarzem, ale odbiera o każdej godzinie, jest na urlopie, ale odbiera, po prostu zawsze odbiera albo odpisuje. Cierpliwie objaśnia jakieś łacińskie terminy, tłumaczy niewytłumaczalne. Kowalska przestań te google wertować! Będziesz się martwić jak się czegoś dowiesz, jest sto tysięcy możliwości, a tam zawsze znajdziesz tę jedną najgorszą. Weź wyluzuj, ludzie z tym żyją, nie z takimi rzeczami żyją, a na razie muszą cię przetkać, to przede wszystkim. No niestety zasięgu na Radom to ja nie mam. W Krakowie też się na sorze czeka, pociesz się. A żółtaczka to dla nich nie jest nagły przypadek. Masz pecha. Ale z takimi wynikami powinni cię rano wysłać na oddział.
Wracam na pryczę, drapię się w głowę i wyczuwam pod palcami kleszcza. Jeszcze i to. Podbijam do pani doktor z prośbą o pęsetę. Na hasło kleszcz wszyscy rzucają się do ucieczki. Ja się brzydzę kleszczy! – woła moja wyrocznia od guza i odwraca się razem z krzesłem. Ok, w takim razie sama go wyjmę – to mówiąc wyciągam na czuja większą część, ale wiem, że nie wyszedł cały. Lata doświadczeń. Rzucam kleszcza na podłogę ku ogólnemu przerażeniu i rozdeptuję klapkiem. Została noga, czy ktoś mi ją wydłubie? W żadnym razie. To może wodę utlenioną chociaż mogłabym dostać? Co to, nie wie pani, że wody utlenionej już się nie używa? – pani doktor odzyskuje zimną krew. To może perfumy – próbuję dalej ubawiona. Proszę wracać na leżankę, bo my tu pracujemy a pani nam przeszkadza. Jasne.
Rano ponawiam moją prośbę o usunięcie nogi. Nogi od kleszcza. Guz później, teraz ta noga jest pilna. Siostra oddziałowa, która dopiero co nastała po nocnej zmianie poleca mi – cytuję – po wypisaniu ze szpitala udać się do rejonowego ambulatorium i tam poprosić o pomoc. Zaraz, a to nie jest rejonowe ambulatorium? To, gdzie teraz jesteśmy? Nareszcie jakiś pielęgniarz decyduje się na operację i przeprowadza ją bez znieczulenia za pomocą igły. Noga zostaje usunięta, rana zdezynfekowana. Cud!
Drugi cud, przyjechała Zośka, przywiozła banany, truskawki, kaszki z owocami, mieszankę studencką i wodę. Uczta. Opinie co do tego czy mam być na czczo czy niekoniecznie – są podzielone. Mierzą mi ciśnienie i temperaturę, nikt nic nie mówi o przyjęciu na oddział. Zamiast tego wchodzą panowie z drabinami i ogłaszają remont. Mamy się pakować, przenoszą nas do jakichś awaryjnych pomieszczeń, przejeżdżają stojaki na kroplówki, siostra oddziałowa- ta od rejonowego ambulatorium – taszczy monitor, fruwają teczki, chaos nieopisany. Ląduję w jakimś magazynie bez okien, ale jest przynajmniej chłodno. Jem ostatniego banana, wypiłam już całą wodę i nikt się mną nie interesuje, mija 30 godzina na sorze.
Pod wieczór śmierć mi w oczy zagląda już nie z powodu guza na głowie, głowie trzustki, ale z głodu, zmęczenia i niewyspania. Na to wszystko jeszcze żółtaczka, prawie o niej zapomniałam. Wokół wenflonu mam siniak, więc wyciągam sobie sama całe to urządzenie, tamuję krew skarpetką.
Decyduję się wysłać prośbę o wsparcie. Wykorzystuję starą, dobrą znajomość z czasów Maćka
Dostaję odpowiedź – już działam.
I oto nagle wszystko się odmienia. Przemiła pielęgniarka zabiera mnie na chirurgię, tam rzutki, młody lekarz tłumaczy się gęsto i przeprasza, że zabieg o tajemniczej nazwie ECPW, który w tej chwili jest mi niezbędny, nie może być przeprowadzony w tym szpitalu, bo chirurg jest na urlopie, ale zaraz przyjedzie karetka i mnie zabiorą do innego szpitala, gdzie mnie od razu przyjmie na oddział doktor taki a taki, oto skierowanie, żebym nie musiała czekać.
Jadę komfortowym ambulansem, ratownicy do rany przyłóż, szpital jak z reklamy, klimatyzacja, ruchome schody, uśmiechnięta recepcjonistka, szybkobieżna winda, świeża pościel, pusto, prysznic, odżywam.
Myślę o ludziach, którzy zostali na sorze i że w tym kraju najbardziej chora jest służba zdrowia. Albo masz do kogo napisać wiadomość albo umierasz w zapomnieniu.
Jeszcze tego samego wieczora przychodzi mój lekarz, mówi, żebym się nie denerwowała, bo jestem młoda (proszę), zdrowa (no właśnie), a ta zmiana nie jest duża. W nocy śni mi się czerwony guzik.
Zmiana być może nie jest duża, ale zmiana, którą owa zmiana dokonuje w moim życiu i otoczeniu jest kosmiczna. Przybywają stęsknione dzieci, na wypadek gdybym jednak kopnęła w kalendarz przez telefon przeorganizowujemy z Justyną całą fundację, szczeniaki wyjeżdżają do hotelu, opatrzność mnie zasypuje sygnałami, pozostaje podziękować. W życiu bym tyle nie zdziałała bez czerwonego guzika. Czuję nieopisaną wdzięczność graniczącą z euforią. Postrzegam całą tę chorobę czymkolwiek ona się okaże w kategoriach zrządzenia losu, masa spraw się klaruje, wszystko wraca na właściwe miejsce. Brama jest do połowy otwarta, a nie do połowy zamknięta.
Po zabiegu żółć ze mnie schodzi, odsypiam ostatnie kilka lat, czytam, słucham muzyki, jest bosko.
Tomografia zaskakuje. Mnie nie tak bardzo, tego się spodziewałam. Niczego nie znaleźli. Nadal nie wiadomo, co mi zatkało przewody żółciowe, ale perspektywa szybkiego zgonu znacznie się oddala. Jednak koniec drogi po raz pierwszy był tak blisko i to było niezwykłe uczucie. Śmierć mnie nie przeraża, przeciwnie, wiele sobie po niej obiecuję. Był czas, że mi się spieszyło umierać. Potem doczesność pochłonęła mnie na tyle, że zapomniałam o śmierci. Ale nie chciałabym przedłużać życia za wszelką cenę. Zresztą życie jest wieczne, nie ma końca. Mam taką teorię, że śmierć zawsze sobie wybiera najlepszy moment. Ufam jej. Być może nie był to jeszcze ten moment właściwy i nie decydują o tym ani badania, ani pani doktor z brudnymi nogami. Każdy tutaj odegrał swoją rolę, żeby mi pomóc poukładać zaległe sprawy i cieszyć się tym, czego nie wiem.
Odkrywam głębię słynnego zdania Sokratesa. Jest w nim bezgraniczne zaufanie do czegoś większego od nas, poczucie bezpieczeństwa stamtąd płynące i pewność, że to, czego nie wiemy jest tym, co nas ratuje od złego. A śmierć? Śmierć to mój wybór, bo śmierć nie jest złem, śmierć to taki sam ratunek, jak zabieg udrożnienia przewodów żółciowych ECPW. Na razie wystarczył zabieg. Kolejne badania wkrótce.
Ilustracja – Tomek Bukowski