Czytanie książek zaczyna być coraz trudniejsze za sprawą tak zwanego rozproszenia. Rozproszenie jest odwrotnością skupienia i efektem ciągłej, wzmożonej obserwacji ekranów różnych urządzeń. Telefonu, laptopa, telewizora, tabletu, a nawet zegarka(!). Konieczność włączenia całodobowej podzielności uwagi na zmieniające się dookoła ruchome obrazki powoduje, że bardzo trudno jest się przestawić na tryb wewnętrznej koncentracji, a taka jest potrzebna do czytania książki. Nie jeżdżę pociągami, ale zapewne mało kto już czyta w pociągu. Na przystankach i w poczekalniach ludzie nie patrzą na siebie nawzajem, nie patrzą czy jedzie, czy nie jedzie, patrzą w telefon. W autobusach, tramwajach i w metrze „stoją wszyscy jak pośnięci”. Telefon rozwiązuje wszystkie problemy w sytuacji chwilowego unieruchomienia. Mimo to są miejsca, gdzie telefon nie wystarcza. Na przykład więzienie albo szpital. Wielogodzinne wpatrywanie się w mały ekranik męczy wzrok, dlatego do szpitala wciąż jeszcze zabiera się książkę. I próbuje czytać pomiędzy jednym a drugim sygnałem Messengera albo poczty, a wtedy, co za ulga, można odłożyć lekturę i sprawdzić co nowego. Książka wzroku nie męczy, ale wyczerpuje umysł, zazwyczaj już po kilku stronach pacjent zasypia. Czytanie okazuje się straszliwym, intelektualnym wysiłkiem. Nie wiem, ile by trzeba wchłonąć filmików z tic toka, instagrama i facebooka żeby obciążyć szare komórki w takim stopniu, w jakim potrafi je zmasakrować jeden średniej wielkości rozdział średnio grubej powieści. Nie musi to być w żadnym razie pozycja z najwyższej półki, literatura trudna, albo naukowa, wystarczy zwykły bestseller. (Bestseller to coś, co potrafi wciągnąć. Cała reszta jest tylko lepszym lub gorszym, zazwyczaj gorszym dodatkiem do efektu zatrzymania wzroku.)
Wracając do upadku czytelnictwa, też się do niego przyczyniłam w pewnym okresie życia. Kiedy fascynacja ekranami zamieniła się w rutynę dnia codziennego (na przykład zamiast, jak dawniej – czytać przy jedzeniu- przynosiłam sobie laptop) postanowiłam wrócić do książek. Wtedy do mnie dotarła skala spustoszenia, jakie się dokonało w mojej głowie. Migające obrazki z lektorem skutecznie nas pozbawiają umiejętności przyswajania tekstu. Cała, wielka dziedzina kultury, żeby nie powiedzieć – spuścizna ludzkiej myśli zapisana w słowach – zaczyna być niedostępna człowiekowi epoki cyfrowej. Jego mózg operuje skrótami pozwalającymi ogarniać coraz większy chaos zewnętrznych bodźców, skakać z tematu na temat, robić siedem rzeczy równocześnie, rozmawiać z kilkoma osobami na czacie przeglądając pocztę i oferty na allegro, ale nie potrafi się skupić na jednej stronie książki.
Każdą kartkę czytałam po cztery razy, moje myśli wędrowały byle gdzie i nie potrafiłam nad tym zapanować. Opadały mnie urojone konieczności, biegłam wstawić pranie, dołożyć do kominka, zaparzyć kawę. Wracałam do czytania i dalej nie wiedziałam co czytam. Miałam poczucie straconego czasu. Ale też porażki, pustki, ogłupienia. Byłam jak nałogowiec świadomy postępującej destrukcji, której nie potrafi zatrzymać. A przecież kiedyś przestałam palić. Rok trwało rzucanie, ale rzuciłam bezpowrotnie. Zadałam więc sobie na początek pięć kartek dziennie bez odrywania wzroku. Potem jeden cały rozdział, dwa i trzy rozdziały, dwadzieścia stron. A kiedy po raz pierwszy straciłam poczucie czasu, kiedy przeczytana sentencja poruszyła mnie tak bardzo, że sięgnęłam po ołówek i zakreśliłam cytat – poczułam nieopisaną radość zwycięstwa.
Założyłam zeszyt, w którym zapisywałam tytuły przeczytanych książek i ocenę w skali od 1-10. Czyli w skali Richtera – wskazującej jak głęboko mną zatrzęsło. O to przecież chodzi w czytaniu. Pierwszy rok powrotu do książek dał niezbyt zadowalający wynik 8 sztuk. Mniej niż jedna na miesiąc. Ale też nie czytałam byle czego – z dwóch powodów. Po pierwsze miałam gigantyczne zaległości w klasyce, a klasyka zawsze jest dobra. Po drugie – stwierdziłam, że jak już czytać to na poważnie – żadnych tam „80 twarzy Greya”, czy – przy całej mojej sympatii do Grocholi – Grocholi. Nie włączałam do rejestru poradników w rodzaju – „Mowa ciała” albo „Siedem duchowych praw sukcesu”. Poszłam od razu po bandzie – trzy opasłe tomy Dzienników Mrożka, Imre Kertesz, zaległy Nabokov, a jako przerywnik Alice Munro – jakby nie patrzeć noblistka.
Przewierciwszy na wylot mój uśpiony mózg odblokowałam nareszcie właściwe receptory i czytałam coraz więcej nadal prowadząc rejestry z oceną lektury. Ostatnie miesiące dały bardzo dobry wynik, a to za sprawą przedłużających się pobytów w szpitalach. Po prostu najlepszy czas w moim życiu! W notatniku pod datą 2024 mam wpisanych już 30 książek, a rok się jeszcze nie skończył, nie dość tego -przede mną kolejne skierowanie na oddział! I jak tu nie patrzeć na chorobę z wdzięcznością.
W książkach drzemie ukryta magia synchronizacji z losem tego, kto po nie sięga. Co nie znaczy, że łatwo o dobrą książkę, wcale nie łatwo. Ilość reklamowanych hitów to śliski lód, można się wyłożyć a wcześniej wydać kasę, której przecież nie ma w nieograniczonych ilościach. Dlatego kupuję autorów i tytuły polecone przez pisarzy. To zazwyczaj pewniaki. Wbrew pozorom jest ich wystarczająca ilość, żeby czytać dużo i coś z tego mieć. Wróćmy jeszcze na chwilę do synchronizacji, czasem jedno zdanie przeczytane w specyficznych okolicznościach działa jak komunikat z kosmosu i potrafi zażegnać kryzys psychiczny. Ale są też trywialne odniesienia. Do szpitala w Krakowie kupiłam obsypany pochwałami „Słoneczny Szkielet” Mike McCormack. Fabuła kręci się wokół zatrucia wody. Bohaterka ma permanentną biegunkę. Książkę czytałam po operacji obolała jak nieszczęście, a jednak zmuszona podjąć aktywność ruchową niemalże kilka godzin po zabiegu z powodu tej właśnie dolegliwości. Wlokłam więc swoje pocięte wnętrzności do kibla, gdzie wsparta o chodzik spędzałam czas na lekturze „Słonecznego Szkieletu”. I tak się męczyłyśmy razem – ona w książce, ja w realu. Książka jest na przyzwoitym poziomie, porównanie jej do Prousta z uwagi na brak znaków przestankowych to trochę przesada, ale zęby mnie nie bolały. Tylko brzuch.

Ostatnio bardzo uważam, co kupuję. Do szpitala w Radomiu zabrałam bestseller pod tytułem „Anomalia”. Tytuł odzwierciedlał całość moich szpitalnych doświadczeń, dlatego mnie skusił. Błąd. Cena z wysyłką ponad 50 zł. Czytało się dobrze. Ale nic z tej książki nie zapamiętałam. A co się pamięta z filmu akcji? Przecież nie akcję. Wbrew pozorom pamięta się przesłanie, myśl, sentencję, która sprawia, że umysł nagle się otwiera jak kwiatek na powitanie pszczółki. „Anomalia” autorstwa Herve Le Tellier obiecywała tego rodzaju ożywcze turbulencje, zwłaszcza, że – nomen omen bohaterami są uczestnicy lotu pogubionego w czasie. Igraszki z czasem to ostatnio chwytliwy temat, wszystko w tej książce jest chwytliwe i to jest jej problem największy. Takie książki trzeba teraz pisać, żeby czytelnik był w stanie jakoś skupić rozproszoną do granic możliwości uwagę. Biedny pisarz przemyca swój intelektualny potencjał opakowując go w modne hasła. Bo tam i motyw śledztwa i zdrada i FBI i seks, czyli wszystko, co znane i lubiane.. Biedny pisarz i ja biedna. Tak sobie właśnie pomyślałam i dałam książce 5 punktów w mojej skali Richtera. (Nota bene profesor, który mnie tak wypatroszył w krakowskim szpitalu nazywa się Richter –chwała mu za mistrzostwo wykonania zabiegu, niemniej to wszystko mnie czasami przerasta..).

Po przyjeździe ze szpitala czułam się jak człowiek niekompletny, w sensie dosłownym, bo brakowało mi połowy organów. Idealny moment na Płatonowa. Tyle lat nie potrafiłam się zmobilizować do czytania jego absolutnie genialnej i nie pozostawiającej choćby cienia optymizmu prozy. Brodski, którego „Mniej niż ktoś”( z oceną 7 w skali Richtera) też leżał na szafce obok łóżka, o Płatonowie pisał, że Kafka mu może buty czyścić.. Aż tak to chyba nie, ale każda recenzja skreślona piórem Brodskiego ma swoją siłę. Książeczka o znamiennym tytule „Dół” – miała szanse mnie zepchnąć na dno piekieł. Żeby odzyskać nadzieję trzeba, jak to Tischner mawiał – wybierać pomiędzy sobą a rozpaczą. Zakupiłam więc Dół Płatonowa (Dawniej Wykop- Dół to nowe tłumaczenie), gotowa wpaść na samo dno. Język tekstu rzeczywiście wzbudza najwyższy podziw. Uklęknąć przed jego stylem i mocą słowa – to mało. Na dodatek cały utwór tchnie farsą i jest nią w założeniu. Tym bardziej przepastny wydaje się dół… Przeczytałam więc i wpadłam. A moc literatury mnie ocaliła.

Książki zaczynają być drogie. Ilekroć sobie zadam naprawdę uznanego autora, na przykład wydanego kilka lat temu albo w małej ilości egzemplarzy, cena zaczyna szybować. Za Hegla w twardej oprawie zapłaciłam 300 zł. Pojedynczy tom Herlinga Grudzińskiego to 200. Dzieła -Simone Weil – 250 , Czarodziejska Góra z 2004 – 200 , Człowiek Zbuntowany Camusa z 1998 – 240. Jak sobie już wymyślę tytuł to trzeba poczekać, aż renta przyjdzie. Nie żałuję, bo to inwestycja, jaka po mnie zostanie. Skompletowałam w normalnej cenie wszystkie tomy „Mojej Walki” Knausgarda i też nie żałuję, bo te pierwsze są już na wysokich pozycjach wtórnego rynku. Swoją drogą czytanie Knausgaarda jest jak narkotyk. Więc dobra książka dobrze się zestarzeje. W przeciwieństwie do bestsellerów, których należy unikać jak ognia. W moim przypadku, prócz straty pieniędzy, która mnie wkurza, strata czasu to jeszcze bardziej dojmująca strata.
Po Płatonowie postanowiłam powstać z martwych i wtedy na mojej własnej, domowej półce trafiłam na bardzo ciekawy tytuł – „Samotność – powrót do jaźni ”– Anthony Storr. Czekał na mnie ten tytuł. Storr pisze o ludziach, którym samotne życie dało możność nieskrępowanego tworzenia a umiejętność prowadzenia takiego życia to cenny zasób, który sprzyja uczeniu się, myśleniu, innowacyjności, godzeniu się ze zmianą, utrzymywaniu kontaktu z wewnętrznym światem wyobraźni. Polemizuje z Freudem, dla którego samotnik był wyłącznie ofiarą traumy dzieciństwa i rzecz jasna osobnikiem upośledzonym seksualnie. Otóż niekoniecznie. Twórcza samotność bywa bardziej satysfakcjonująca niż poszukiwanie na siłę rodzinnego szczęścia. Dzięki takiemu spojrzeniu na sprawę znalazłam się w zacnym gronie, pomiędzy Kafką, Kiplingiem, Wittgensteinem, Brahmsem, Newtonem i Kantem. Uniosłam się nad moim i tak wysokim łóżkiem czytając o ich życiu w opozycji do społecznej presji pozostawania w permanentnych relacjach z bliźnimi jako objawu normalności. Ostatni rozdział tej książki ma tyle moich podkreśleń, że w zasadzie powinnam była oznaczyć całość jako cytat. Traktuje o dodatkowym, bardzo istotnym elemencie wyboru samotności, jakim jest wszelkiego rodzaju duchowe odkrycie – od religijnego przez artystyczne do czysto intelektualnego a nawet czysto naukowego. Ja jestem na tej skali gdzieś pośrodku. Rzecz jasna to jest przeżycie stuprocentowo samotne i często się potem z tej samotności nie wychodzi. Nie jest to żadna patologia, tylko uczciwość wobec siebie. Nie wiedziałam, że ktoś o tym napisał książkę i że ta książka jest na mojej półce od wielu lat. Człowiek się męczy a rozwiązanie leży w zasięgu wzroku.
I znów dzięki książce uwolniłam swoje najgłębsze poczucie winy polegające na tym, że rodzina nie była u mnie nigdy na pierwszym miejscu. W duszy, w duszy, bo od obowiązków się nie uchylałam pozostając z samą sobą w sprzeczności. Paradoksalnie w dniu, kiedy rozpoznałam swój przypadek jako możliwy do zaakceptowania zapragnęłam wspólnej wigilii, albo wręcz obecności moich bliskich u siebie w domu. Tak to właśnie działa.

Na warsztacie mam jeszcze ciągle (jestem dobrze za połową) tysiącstronicowego „Oppenheimera”, kupiłam zgodnie z zasadą– najpierw książka potem film. W połowie pierwszego rozdziału dostałam żółtaczki i wylądowałam na sorze dźwigając wielkie tomisko z bombą na okładce. No i wybuchła. Nie jedna, a kilka, nie tylko w moim wnętrzu, a w obrębie całej rodziny. Był początek maja. Jest wrzesień i jestem we wszechświecie równoległym. Nic nie jest takie jak było. Następujące po sobie wybuchy spowodowały niewiarygodne przetasowania aż do teraz, kiedy się rozglądam wokół siebie i widzę krajobraz po bombie – widzę jak wiele dobrego się wydarzyło i jakim kosztem. Nikomu nie było łatwo.

Książki jeszcze nie przeczytałam do końca, zostało kilkadziesiąt stron. Ale już ogarniam całość owych burzliwych czasów, na które teraz przyszła moda – co chwilę jakiś serial albo film o powojennych latach w Ameryce. Międzynarodowe umowy dzięki którym świat ciągle jeszcze istnieje nigdy by nie powstały, gdyby bomba nie wybuchła pewnego dnia nad Hiroszimą. Człowiek musi zobaczyć zło, zakłamanie, zagrożenie, którego wcześniej nie był świadom – zobaczyć to jak Oppenheimer – konstruktor bomby i zarazem wielki orędownik kontroli zbrojeń. Musi to dostrzec, przeżyć, poczuć, żeby się przeciwstawić, żeby się uzdrowić, żeby się odrodzić. Warto przeczytać w odpowiednim momencie życia. W ogóle warto czytać.