
Hiob ma przerąbane. Ma przerąbane, chociaż jest dobrym człowiekiem. W przeciwieństwie do Hioba pan Bóg ma się świetnie, ale trudno Go określić słowem – dobry. Pan Bóg czyli Jahwe pogrywa z Hiobem totalnie nie fair. Trudno znaleźć przyczynę takiego zachowania, ale od czego jest psychiatra. Jung kładzie Jahwe na kozetce i analizuje krok po kroku Jego przypadek od zarania dziejów. Stopień zdziczenia, jaki nasz pan i władca wykazywał początkowo wobec ulepionych przez siebie istot- był zaiste zadziwiający. Czego wyrazem księgi Starego Testamentu opisujące boskie humory, wybuchy gniewu i nieobliczalność. Poza tym pacjent jest skupiony wyłącznie na sobie i swoim dziele stworzenia świata, stanowiącym nieustanny przedmiot zachwytu nad własną wielkością. Tragedia Hioba nie jest w stanie mu zepsuć nastroju. Z lubością wspomina chwilę, w której wymyślił i powołał do życia takiego na przykład hipopotama. Wciąż nie może się nacieszyć uzyskanym efektem. Świadomość Jahwe wydaje nam się niewiele większa od świadomości człowieka pierwotnego. (…) Dzisiaj stan ów określilibyśmy mianem nieświadomego, prawnicy zaś powiedzieliby tutaj o „stanie niepoczytalności”. Oto pułapka bycia wszystkością wszystkiego. Istota tak wszechstronnie wyposażona nie rozróżnia pojęć. Moralność zakłada świadomość. Oczywiście nie oznacza to, iż Jahwe jest niedoskonały, czy zły, jak choćby gnostycki demiurg. Jahwe w swej całkowitości posiada każdy atrybut, jest między innymi sprawiedliwy, ale ile że jest całkowity, stanowi również przeciwieństwo sprawiedliwości i to w równie doskonały sposób.
Tak więc świetne samopoczucie Jahwe pozostaje niezachwiane a nieszczęścia Hioba spływają po nim jak po kaczce. Do czasu jednak. Co jest powodem pierwszej boskiej refleksji nad sobą samym? Otóż fakt, że, pomimo konkluzji, do jakiej doszedł Hiob po rozmowach z Najwyższym, że (pozostając w temacie pomysłowych zwierząt) w swej istocie bardziej On przypomina stworzonego przez siebie krokodyla niż człowieka (każde mocne zwierzę się lęka jego, króla wszystkich stworzeń) – a więc pomimo tych niepokojących wniosków dane mu było – nędzarzowi w łachmanach – POZNAĆ potęgę Boga. Jahwe roztoczył przed Hiobem cały wachlarz swoich mocy i pokazał do czego jest zdolny, chociaż miał przed sobą tylko marną, słabą i całkowicie podległą jego woli ludzką istotę. Czyż mocarz musi tak prężyć muskuły, by przerazić myszkę?
Najwyraźniej coś sprawiło, że musiał. W pojedynku na moralność sromotnie przegrał z Hiobem. Dał się wciągnąć do gry szatanowi, któremu Hiob nie uległ. Dotkliwa ta porażka dała początek różnicowania się świadomości Jahwe i zarazem stanowiła pierwszy krok na drodze jego duchowego rozwoju. Człowiek ma coś, czego nie ma Bóg, przewyższa go prawością i świadomością, chociaż nadal strasznie się Go boi. W związku z tym pojawia się konieczność wcielenia, jedynej możliwości poznania ludzkiego punktu widzenia i ludzkich myśli. A także zatarcia fatalnego wrażenia, jakie historia z Hiobem mogła pozostawić na co bardziej wrażliwych i dociekliwych czytelnikach.
Pomimo lęku przed boską mocą Hiob rewolucjonizuje pojęcie Boga i przypisuje mu atrybut sprawiedliwego. Jest to sprawiedliwość pełna okrucieństwa, nielicząca się z ludzkim życiem i cierpieniem, jednak w jakiś sposób przewidywalna, mieszcząca się w systemie kar i nagród, piekła i nieba, wyroków i ułaskawień. Sam Chrystus – widomy znak boskiego wcielenia też nie jest wolny od lęku przed własnym ojcem, chociaż coraz odważniej nazywa go Miłością. Jest to jednak miłość uwarunkowana cierpieniem, pozwalająca na robienie ofiary z własnego dziecka, co więcej – ową ofiarę przedstawiająca jako dowód wyjątkowej dobroci dla ludzi. Istny Lord Farquaad ze Schreka.
Horror krzyża na całe wieki zdominował postrzeganie Boga jako istoty wymagającej, kochającej warunkowo i oczekującej wypełniania woli nie zawsze zgodnej z tą, darowaną nam jakby trochę na wyrost – wolną wolą.
Psychoanaliza Jahwe jest więc w jakiś sposób psychoanalizą całej ludzkości, bo to przez nią Bóg przemawia, w niej istnieje i w niej ewoluuje. To Jego wyobrażenie przesądza o naszym systemie wartości, o sposobie myślenia i w ogóle o przyszłości ludzkiego rodzaju. To sprawa naszej duchowości, wcale nie tylko religii. Jung porusza wiele aspektów wyobrażenia Boga w człowieku, przedziera się przez mroki Apokalipsy świętego Jana, stanowiącej przerażające odbicie wypartego cienia, jaki zalegał w umyśle nieszczęsnego autora. Pojęcie cienia, obecnie tak powszechnie rozpracowywane i uznane przez psychologię – poddane zostało wtedy ostrej krytyce wobec faktu, że za przykład posłużyła prawda objawiona. Zdaniem Junga Jan strzegł swojego wizerunku osoby bezgrzesznej do czasu, kiedy mu nie „wywaliło” – jak to się dzisiaj mówi – po całości. Jeśli chodzi o moje doświadczenie, nigdy czegoś podobnego nie spotkałem, wyjąwszy kilka poważnych psychoz i stanów zbrodniczego opętania. Nie to jednak jest kluczową sprawą w komentarzu Junga do janowej Apokalipsy. Jest nią gorzka refleksja, że tym, czego większość ludzi nie może dziś dostrzec czy zrozumieć, jest fakt, że uważam psyche za rzeczywistość. Ta rzeczywistość ma swoje odbicie w koszmarze drugiej wojny światowej, holokauście i straszliwych wydarzeniach dwudziestego wieku, które każą się zastanowić nad pojedynczym przypadkiem czyjejś chorej wizji w kontekście istnienia zbiorowej podświadomości.
I na koniec kwestia włączenia pierwiastka żeńskiego, jako brakującego elementu w wyższych wymiarach. Akurat za życia słynnego psychiatry papież ustanawia dogmat o Wniebowstąpieniu Maryi. To milowy krok na drodze ewolucji świętości – bez kobiety Stwórca okazał się niekompletny. Obecność bogini daje ludziom nadzieje na kolejne boskie wcielenia, a może nawet wcielenie powszechne. Wszyscy odtąd jesteśmy trochę Bogami, poznajemy swoje moce, a dzięki kobiecie, która prędzej siebie samą niż własne dziecko zgodziłaby się sprowadzić do roli baranka – coraz mniej się boimy, zauważając przy tym, że miłość i lęk to przeciwstawne pojęcia. Coraz odważniej także poczynamy sobie z tym nowym Bogiem w nas, traktując go jako partnera a nie szefa.
To nie tylko sposób na pokierowanie swoim życiem, to ogromna odpowiedzialność człowieka za losy świata.
Teraz nie może szukać wymówki w swojej małości i nicości, albowiem ciemny Bóg wcisnął mu w dłonie bombę atomową i broń chemiczną, tym samym zaś dał mu władzę nad apokaliptycznymi czaszami gniewu które może wylać na głowy swoich bliźnich. Ponieważ, by tak rzec dana mu została boska władza, nie może pozostać ślepy i nieświadomy. Musi poznać naturę bóstwa i to, o czym traktuje metafizyka, aby zrozumiał siebie a w ten sposób pojął także boga.
Żarty się skończyły, teraz już naprawdę się skończyły, chociaż tekst Junga skrzy się dowcipem. Jednak za sprawą niewiarygodnej wnikliwości i zarazem zasięgu spiętych razem treści – przede wszystkim wstrząsa.
Olga Tokarczuk, która napisała posłowie ( swoją drogą w pełni potwierdzające jej literacki geniusz i wrażliwość) – przyznała, że po przeczytaniu książki zakupiła kilkadziesiąt egzemplarzy, żeby rozdać znajomym. Także Maria Janion zaliczyła „Odpowiedź Hiobowi” do zbioru trzech tekstów, od których należy zacząć jakąkolwiek refleksję nad kulturą człowieka.
Nic więc dziwnego w tym, że od kilku dni chodzę jak pijana, wracam jeszcze raz i kolejny raz do lektury Junga po to, żeby ponownie poczuć ożywcze poruszenie umysłu. Bo oto nadeszło potwierdzenie wszystkich moich intelektualnych decyzji w ostatnim czasie. Poważna choroba zmusiła mnie do pilnej aktualizacji wewnętrznych drogowskazów. Czyli wyobrażeń o losie, Opatrzności i własnej roli w ich kształtowaniu. Odkryłam, że pomimo tylu zjedzonych przeze mnie mądrości obraz Boga w mojej głowie niewiele się różnił od Hiobowego. To nie był dobry Bóg. Miałam więc do wyboru – albo go tak zostawić i czekać na ruch z zewnątrz, albo go zmienić. Bóg jest tym, za jakiego go uważasz. Strach przed chorobą jest takim samym strachem jak każdy inny, a na jego dnie leży strach przed nieuchronnością, a więc wyrokami boskimi. Przed cierpieniem, śmiercią i jakimś następującym wraz z nią rozliczeniem. Mój Bóg potraktował mnie podobnie jak Hioba, z tej przyczyny rozpatrywanie czy na to zasłużyłam czy też nie – było czystym absurdem. Należało zacząć od rewizji samego wyobrażenia Miłości.
W zasadzie przeszłam tę samą drogę, co cała ludzkość w książce Junga. W jakiś sposób wygrałam z bogiem Hioba przez sam fakt, że tak długo wytrwałam w pokornym posłuszeństwie jego priorytetom swoje pozostawiając na potem. Na starość. Na święty nigdy. Bo dzieci, bo konie, bo psy, portrety, niedołężna matka. I w jakiś sposób, za sprawą choroby, którą na mnie zesłał zamiast podziękować – zyskałam głębszą świadomość, a dzięki tej świadomości możliwość wcielenia się w kogoś, kim zawsze chciałam być. Mister Bóg będzie się musiał dostosować do mojej nowej wersji siebie samej. Zdrowej, bogatej i szczęśliwej. Uznając potęgę, którą niejednokrotnie mi pokazał dodam mu do atrybutów Miłość. I zobaczymy co się stanie.