O szpitalach można pisać w nieskończoność, bo szpital to miejsce wydzielone, żyjące własnym życiem. Mniejszy, zamknięty świat ukryty w ogólnie znanym, widocznym z zewnątrz, jak w ruskiej matrioszce. A oddział chemioterapii klinicznej to już w ogóle czysty Lem. Wjeżdżam tam co dwa tygodnie z wielką walizką na kołkach. Hall na dole niewiele się różni od dworca albo lotniska, bo szpital jest gigantyczny – takich jak ja wysiadających z samochodów przed głównym wejściem i prowadzących walizki jest w godzinach przedpołudniowych cała masa, lekarze też na dyżury przyjeżdżają z bagażem jak na samolot. Z hali odlotów kierują mnie do odprawy, czyli na rutynowy pomiar ciśnienia i na ekg, Potem w szatni zostawiam płaszcz i buty, przebieram się za pacjenta i jadę windą na drugie piętro. Znajduję swoje łóżko w zazwyczaj czteroosobowej sali, która jest zaprojekowana na dwuosobową, ale liczba chorych przeszła wszelkie szacowane statystyki. Wyciągam z walizki kosmetyczkę, książki, ładowarkę i telefon. Potem idę się podłączyć. W pokoju zabiegowym uśmiechnięte pielęgniarki wkłuwają mi wenflon a koniec rurki wtykają w małą elektryczną pompę zawieszoną na stojaku, u którego u szczytu wisi ładunek w postaci kilku zielonych worków. Pompa wskazuje 22 godziny i zaczyna się wyścig z czasem.
Kroplówki trwają ok 46 godzin, jest godzina 14 czyli mam szansę skończyć pojutrze. Jeśli jednak sobie zarządzę przerwę, żeby się jakoś umyć czy przebrać – bo przecież nie da się niczego ubrać na rękę jeśli ręka jest połączona mnóstwem rurek z metalowym stojakiem – to czas pobytu się wydłuża i koniec wypada w piątek około 22. A wtedy jest już za późno, żeby jechać do domu. Dlatego cisnę, nie kąpię się i nie przebieram, a pani doktor widząc moje poświęcenie – przyśpiesza tempo i pisze na worku 20 godzin. Pielęgniarki przeprogramowują pompę i kapie szybciej. Co jakiś czas trzeba przełączyć na nowy worek i wtedy przemaszerować ze stojakiem do pokoju zabiegowego, to jedyne urozmaicenie pobytu. Po korytarzach krążą nieustannie stojaki ze swoimi pacjentami, jak dziwne, zdalnie sterowane łaziki, bo sal jest około 40 i co chwila ktoś jedzie na przełączenie rurek. Prócz 22 godzinnych worków w zestawie są też kilkuminutowe butelki przerywniki – kapią szybciej, ale wymagają osobnych kursów do zabiegowego. Nieustanny turkot kółeczek stwarza wrażenie kosmicznej stacji pracującej całodobowo na nieznanej orbicie.
Jeśli ktoś sobie wyobraża, że oddział onkologii klinicznej to przedsionek domu pogrzebowego, gdzie się snują jak cienie blade ludzkie mary, to śpieszę ze sprostowaniem. Życie towarzyskie kwitnie, czasem nie sposób przeczytać choćby strony tekstu, bez słuchawek nie ma co liczyć na możliwość skupienia.
Z męskich sal dobiegają więc przechwałki na temat podroży, zdobywania świata, polowań (sic!), wyczynów za kierownicą, rekordów w piciu, wygranych meczy i politycznych zwycięstw.
Kobiety nieustannie dzwonią do domów sprawdzając czy kluski się nie rozgotowały, czy dzieci znalazły w zamrażarce pierogi z mięsem i czy wystarczy zupy do piątku. Mówią o kiszeniu kapusty, o zaprawianiu grzybów, bo sezon był i urodzaj, o wnukach, którym się wyrzynają zęby, o sąsiadach nie dających żyć i o tym, co trzeba kupić na niedzielę.
To wszystko naprawdę bardziej przypomina stację przesiadkową niż miejsce odosobnienia ludzi z diagnozą śmiertelnej choroby. Żeby jednak nie wiem jak prosty, zapalczywy, ograniczony i niereformowalny był człowiek na sąsiednim łóżku – jest niewątpliwie kimś, kto został skonfrontowany z ostatecznością, a to wiele zmienia. Chciałabym rzec, że zmienia na lepsze, bo głębsze jest zawsze lepsze, ale każdy ma swój pomysł na to, jak owa zmiana na lepsze ma wyglądać. I każdy teoretycznie trzyma się życia, ale w obliczu śmierci wielu podświadomie wybiera śmierć, bo wokół śmierci jest zawsze dużo hałasu, śmierć jest medialna. Też się na to dałam złapać w pierwszej chwili. Życie jest czymś zwykłym i oczywistym, ciężko się z nim przebić na wyższe poziomy oglądalności a śmierć to jest coś, śmierć to jest duża sprawa.
Pojawienie się śmierci jako czegoś bardzo konkretnego w bliskiej perspektywie każdego bez wyjątku skłania do konfrontacji z samym sobą. Istotą sprawy jest poradzenie sobie z myślami o wyżej wymienionej ostateczności. Umysł nieustannie wokół tego zagadnienia krąży.
Zatem na różnych poziomach się ową ostateczność rozpatruje, od praktycznych posunięć w rodzaju testamentów, zapisów, oceny otoczenia pod kątem zasług ( bo perspektywa odejścia daje nam niepisane prawo do takich podsumowań) i związanych z tą oceną kroków prawnych, przez wybór postawy zewnętrznej. Do rozpatrzenia jest opcja niewinnej ofiary, męczennika, wybrańca, bycie kimś więcej niż statystyczny, bezmyślny zjadacz chleba, albo na przykład opcja buntownika, postawa gniewna, wołanie o sprawiedliwość– słyszy się czasem dochodzące z gabinetów objawy ostrego wkurwienia, że nie dość, że to czy tamto mnie dojeżdża to teraz jeszcze rak! Nosz kurwa za co! Wybór śmierci dowartościowuje. Jak oni sobie beze mnie dadzą radę! – to kobiety. Mężczyźni usilnie starają się podtrzymać własną legendę racząc wszystkich opowieściami o swoich wyczynach, kiedy jeszcze byli zdrowi. Żyją więc przeszłością mocno stiuningowaną w celu zrównoważenia słabości w chwili obecnej. Choroba nie powinna im odebrać zasług, przeciwnie, to dobry moment na ich wyliczanie.
I to byłby ten poziom materialny konfrontacji z diagnozą. Też go przeżyłam. Jednak śmiem twierdzić, że pozostając w tym punkcie nadal wybieramy śmierć, a chodzi o to, żeby wybrać życie. Odpuścić sobie wszelkie profity jakie daje nieoczekiwana stygmatyzacja, wziąć odpowiedzialność za to co się wydarzyło, nie w sensie winy, ale przyczyny. Szukać jej w sobie.
Parafrazując Witkacego twierdzę, że dialektyka diagnozy, a więc opisu choroby jest identyczna z dialektyką wyroku – tylko irracjonalnie można się temu przeciwstawić. (Witkacy pisał to samo o dialektyce narkotyku i dialektyce socjaldemokracji). Niewielu ma odwagę przeciwstawiać się irracjonalnie czemukolwiek, zwłaszcza jeśli chodzi o medyczną dokumentację, ale okazuje się, że nie tak niewielu, jakby się mogło wydawać.
I nie chodzi tutaj o to, żeby się nie leczyć, tylko o to, żeby się jakoś zjednoczyć ze sobą samym we wszystkich aspektach od najniższego (za co mnie to spotkało) do najwyższego (oto jest projekcja mojej podświadomości i wynik fałszywych systemów wierzeń. Jeśli jestem ofiarą – to ofiarą przyjętych powszechnie programów które mój mózg miał wgrane, co mi pozwoliło przez wiele lat funkcjonować na autopilocie. Traktuję to, co się wydarzyło jako bezcenną lekcję i przeskok do lepszego życia, bynajmniej nie w lepszym świecie. W tym samym, trójwymiarowym, z samochodami, politykami i katastrofą klimatyczną. W tym a nie innym świecie zamierzam wyzdrowieć zmieniając mój system operacyjny na całkowicie autorski.)
Po drodze jest masa pracy z wyłapaniem kolejnych etapów, które prowadziły do choroby, ale także, co dużo przyjemniejsze – obserwowanie niezwykłej wprost skuteczności powyższego podejścia do zagadnienia.
Po jakimś czasie człowiek przestaje się skupiać na zdrowiu samym w sobie, zdrowiu w sensie pełnej sprawności, po prostu staje się kimś innym i cznia, jak się to zakończy. Życie rusza z kopyta a umysł produkuje endorfiny. Każdy chce być szczęśliwy niezależnie od okoliczności, o to w tym chodzi. Hawkins twierdzi, że rak nie może się rozwijać w polu energii wyższym niż 200 (już on to sobie pomierzył swoimi kosmicznymi metodami) – i rzeczywiście jest coś na rzeczy. Ale tu nie chodzi o raka, bo zawsze chodzi o poznanie samego siebie, co już wyrocznia dawno wiedziała i wszyscy wtajemniczeni.
Rak to przecież nasze komórki rakowe. Nie od sąsiada ani nie od kosmitów. Nasze własne. Rak nas broni przed nami samymi, kiedy sami siebie sabotujemy i wchodzimy ze sobą w konflikt, ten konflikt się manifestuje w taki właśnie sposób. Żółć się we mnie zbierała od dłuższego czasu, no to się zebrała nareszcie w zatkanych drogach żółciowych. Wszystko wołało o zmianę to i zmiana się unaoczniła zgodnie z określeniem – jest zmiana u pani na trzustce. Rak się cofa, kiedy nie jest potrzebny. Nie należy go zwalczać, nie należy go też jakoś specjalnie hołubić, ale proste dziękuję nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Temu panu już dziękujemy.
Mój osobisty rak tak mi poprzestawiał życie, że nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Czy uzna, że dalej już sobie sama poradzę, to zależy ode mnie, nie od niego. Początkowo sprawił, że koziołkowałam jak pociąg, który wypadł z szyn, ale przecież podróż trwa, jadę dalej, tylko zupełnie nowym torem. Więcej widzę, bo wolniej się poruszam i już tak nie trzęsie. Nie umarłam po ośmiu miesiącach, czyli pierwsza diagnoza się nie sprawdziła. Żyję i na własnych nogach co dwa tygodnie wychodzę ze szpitala do domu, po drodze wstępuję do Biedry żeby psom kupić smaczki, w domu palę w kominku, chodzę z psami na kilkukilometrowe spacery, jem dwa razy tyle co kiedyś, czytam dwa razy tyle co kiedyś, wróciłam do rysowania, dużo piszę, podobam się sobie po stracie 10 kg, ale już nie chudnę, za to mam w środku coraz więcej mocy, chociaż moc to zupełnie nie to samo co siła. Moc to irracjonalne przeciwstawienie się systemowi operacyjnemu, który daliśmy sobie wgrać do głowy. System, choćby i w najlepszej wierze tworzą lekarze, politycy i przemysł farmaceutyczny w oparciu o fakty (wybrane) i wybrane dowody naukowe. No i media, media. Historia Ani Przybylskiej i Patricka Swayze nie schodzi z pierwszych stron różnych portali, za każdym razem generując miliony kliknięć, bo ludzkie ego jest łase na tragedie. Rzecz jasna cudze tragedie. A tymczasem historie ogromnej ilości ludzi, którzy sobie pozmieniali życie pod wpływem tej samej przypadłości i nie uznali za stosowne ogłaszać, że wciąż żyją– pozostają gdzieś daleko w cieniu. Rakiem straszy się dzieci, straszy się całe pokolenia rodzin, gdzie rak jest rodzinny, straszy się całe zachodnie społeczeństwo, które ze względu na pogłębiający się strach i całą resztę współczesnych stresów naprawdę choruje. W zbiorowej podświadomości rak króluje od kilku pokoleń. Nie ma wojny, jest rak. Szpitale nie nadążają z operacjami, producenci leków pasą się na sprzedaży hektolitrów chemii, telewizja i inne przekaziory mają gwarantowaną tubę, kręci się karuzela strachu.
Pokonanie owego, głęboko zaszczepionego strachu zajęło mi parę tygodni, ale w końcu zniknął. Jego miejsce zajęła wdzięczność. Za co? Za „wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne” – jak to ujmuje katolickie wyznanie wiary. Od ogromnej dawki serdeczności, zainteresowania i pomocy, której początkowo nie bardzo umiałam przyjąć, poprzez niesamowite szczęście, jakie mnie nie opuszcza w tej chorobie oraz narastającą we mnie radość życia. Dawno mi nie było tak dobrze na świecie. Drżę o moje poczucie humoru, bo jak wiadomo poczucie humoru jest sprzężone z niefartem…
„Rak to nie choroba, ale mechanizm uzdrawiania” – brzmi tytuł książki, która ginie pośród poradników na temat walki z tym „podstępnym wrogiem organizmu”. Rak to swoisty test na ruch ku życiu, pożyteczna lekcja zadana nam przez własną duszę. Moja wdzięczność dotyczy także ogromu przemyśleń i wielkiej rewizji rzeczywistości, na którą nigdy nie było czasu, która nie była tak potrzebna. Niewiarygodne wprost przebudzenie. Całkiem nowy obraz Boga, Boga, którego się nie boję. Zaryzykuję stwierdzenie, że to, co nas najbardziej ogranicza to strach przed Bogiem. To się tyczy wierzących i niewierzących – chodzi o ślepą siłę, wobec której człowiek okazuje się bezradny.
Czytając w szpitalnym łóżku kolejną książkę Junga – Wspomnienia, sny, myśli – zrozumiałam początek jego przebudzenia. Ojciec Junga był pastorem, więc temat religii i posłuszeństwa wynikającego z lęku przed Wszechmogącym był na porządku dziennym. Jedenastoletni Karl miał sen, w którym Bóg z wysokości swojego złotego tronu zrobił olbrzymią kupę na kościół. ( nagle spod tego tronu na nowy, barwny dach kościoła spada monstrualnych rozmiarów ekskrement rozbijając ściany świątyni ) Trudno o jaśniejszy przekaz. Ta wizja zapamiętana z dzieciństwa była zaczynem trwającej całe życie Junga potyczki z nieświadomością – własną i zbiorową.
Mój Bóg, którego zobaczyłam we śnie kilka dni przed operacją był zsiniałym, obrzydliwym, oślizgłym dziadem, nagim i jakimś bardzo niezdarnym. Leżał dokładnie w przejściu pomiędzy trzustką a drogami żółciowymi i na mój widok zaczął uciekać. Przypominał stan, w jakim się znajdował Neo z Matriksa po odłączeniu od przewodów wysysających z niego życie. To byłam ja sama wprzęgnięta w ogólnie obowiązujący światowy system operacyjny. Obudziłam się i strach zniknął.
Najistotniejszy aspekt wcielenia – konfrontacja z sobą samym okazuje się stanowić sens i cel życia. Stąd pomysł, żeby żyć, a nie umierać. Umieranie zostawmy bohaterom.
