Nie rób z tata wariata, czyli o tym, czego nie ma a jest.

Nie każdą bolączkę ludzkości można uleczyć dzięki kolejnej endoskopii, biopsji, czy innemu wyrafinowanemu technicznie zabiegowi, który jedynie potwierdza wstępne spostrzeżenia, ale nie rozwiązuje problemu – Gabor Mate – „Kiedy ciało mówi – nie.”

Nie piszę ostatnio wiele, bo mnie dopada tak zwane zmęczenie leczeniem. Nadrabiam więc czytaniem. Ostatnich kilka książek nie może się doczekać na recenzję. Zachwyca mnie Grudziński swoją bezbłędną erudycją, mądrością, literackim kunsztem. A przecież to tylko „zwyczajne, codzienne zapiski”. Ja też je robię systematycznie od wielu lat. Nie mówię sobie, że nigdy nie zostanę Grudzińskim, bo już wiem, że to głupie, trzeba być sobą i to już wystarczy za cały wysiłek życia. Nie zostanę Grudzińskim podobnie mój syn Franek nie zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, co, według mojego ojca stanowiłoby niekwestionowany dowód na życiowy sukces wnuka. Swoją drogą obecny prezydent ośmiesza ten urząd czyniąc go nieprzewidywalnym, ojciec, gdyby żył zmieniłby zapewne kryteria pomiaru ludzkich osiągnięć.

Zatrzymam się trochę przy temacie ojca, bo niewątpliwie wielki był z niego człowiek – poliglota, badacz i mędrzec, ale miał kilka ułomności mogących szokować. Dziś wiem, że w jakimś sensie przejawiał cechy osobowości autystycznej, o czym świadczył z jednej strony geniusz naukowy, możliwości intelektualne, zasób wiedzy, niesłychana łatwość uczenia się języków i fenomenalna pamięć plus niezrównane poczucie humoru – a z drugiej – patologiczna potulność i posłuszeństwo wobec rządzących nim kobiet – najpierw matki, potem żony i maniakalna wręcz obowiązkowość, jaką mogą się pochwalić jedynie roboty. Przy tym wszystkim wykazywał trudną do pojęcia nieumiejętność odczytywania emocji (reagował paniką na mój płacz, albo żal, a często sam płakał bezradnie, kiedy nie udawało mu się pogodzić zobowiązań wobec mnie i nowej rodziny). Był, łagodnie mówiąc – niedomyślny w sferze uczuć i nastrojów, ale nie był gruboskórny. Martwił się moim problemem ponieważ nie wiedział, jak go rozwiązać, ale nie dlatego, że potrafił wejść w czyjeś położenie.  Człowiek nieprzenikniony w sferze emocji i zarazem niezwykle dobry, poczciwy, łagodny i uległy, jednak z ograniczoną wrażliwością na temperaturę relacji, całkowicie bezradny w sytuacjach wymagających wyczucia.

Dziecko, przecież ja cię kocham i chcę dla ciebie jak najlepiej – powtarzał i to było szczere. A potem prosił swoją żonę, żeby mi wybierała prezenty z ich wspólnych, dalekich podróży po świecie nie mając pojęcia jak bardzo mnie rani. Przeciwnie, cieszył się, że znalazł wyjście z impasu, a impas polegał na tym, że kilka razy z rzędu dostałam od niego rzeczy szalone – na przykład klapki numer 43, a ja noszę 38. Męskie spodnie. Kostium kąpielowy dla pięciolatki, kiedy byłam na studiach. Sztywną, czarną kurtkę wielkości namiotu, którą określił mianem „bluzeczka”. Nie odróżniał krótkiej fryzury od warkocza. Nie wiedział, jakiego koloru ma auto. Wychodził na koncert w garniturze i sandałach. Czasem miał na nogach dwa różne buty. Męczył się na zakupach, co tam męczył, cierpiał straszliwie! Błagał, żebyśmy już wyszli ze sklepu. Kiedyś wpadł na pomysł, że sam sobie kupi spodnie. Zapytał ekspedientkę czy są jakieś spodnie, a uzyskawszy odpowiedź twierdzącą oznajmił– w takim razie wezmę jedne.

Taki był mój tata, którego pamiętam i kocham jak szalona do dzisiaj, bo nie dało się go nie kochać. Jednak pojęcia nie miałam, że jego dziwaczne zachowania wskazywały niezbicie na konkretny rodzaj psychicznej ułomności dającej się dzisiaj zdiagnozować i pozwalającej lepiej rozumieć siebie i innych. Psychologia to teraz wielka, otwarta księga, można w niej czytać i odczytywać ludzi, na czele z samym sobą. Dawniej nie było anoreksji, ADHD, lekceważono depresję, o autyzmie niewielu słyszało, podobnie było z  przypadłościami w rodzaju border line. Daleka jestem od traktowania ludzi jak przypadków, ale czyż medycyna tradycyjna tego nie czyni lecząc nas lekami a pomijając nie fizyczne źródła choroby? Nie wyrzucę do kosza całej medycyny, bo to by było nierozsądne, podobnie jak nie zaneguję istnienia konkretnych, psychicznych ułomności dziś opisanych i nazwanych i nie odniosę się z lekceważeniem do faktu, że mogą mnie dotyczyć. Do faktu, że mogę sobie ich nie uświadamiać mimo całej mojej pracy ze świadomością. Nie powiem, jak betonowa babcia, że „kiedyś nie było psychoterapii i ludzie jakoś żyli” bo ludzie umierali na choroby, które dzisiaj leczy się aspiryną, więc może dobrze, że wynaleziono aspirynę.

Jest masa, masa badań naukowych potwierdzających fakt, że czynniki emocjonalne są dla przeżycia istotniejsze, niż sam stopień zaawansowania choroby (Gabor Mate – Kiedy ciało mówi nie)

Przyzwyczajeni do powszechnej znajomości objawów reumatyzmu, zaziębienia, zatrucia, migreny, nie potrafimy czytać samych siebie pod kątem ukrytego stresu a on – według najnowszych badań – ma kluczowe znaczenie w prawidłowym funkcjonowaniu naszych komórek. Rak to skonfliktowanie komórek, w którym udział stresu jest niezaprzeczalny. W tym kontekście leczenie raka jest leczeniem skutków. Nad usunięciem przyczyn lekarz się nie zastanawia uznając, że jakie by nie były – za późno na usuwanie. Nic bardziej błędnego. Organizm domaga się uzdrowienia w całości, ponieważ jest całością.  

Gabor Mate, którego cytuję powyżej, psychiatra z ogromnym doświadczeniem w pracy z osobami dotkniętymi śmiertelną lub przewlekłą chorobą– napisał sporo książek na temat psychicznych przyczyn chorób powszechnie uznawanych za genetyczne, czy będące wynikiem niezdrowego trybu życia a w ostateczności dziełem przypadku.  Nie ma czegoś takiego jak przypadek. Ciało jest elementem większej całości, która się składa na bycie człowiekiem. Naprawione resory nie sprawią, że ruszy auto z zepsutym silnikiem. Nie ruszy nawet z naprawionym silnikiem, jeśli nie istnieje droga. Medycyna holistyczna to coś, do czego lekarze i firmy farmaceutyczne odnoszą się bardzo nieufnie. Podobnie jak do rewelacji  takich, jak pamięć komórkowa, zbiorowa nieświadomość czy neuroplastyczność mózgu. Bo to wszystko składa się na obraz o wiele bardziej złożony niż diagnoza po tomografii.

Wpływ umysłu, naszych przekonań, osądów, lęków, oporów – na zachowanie poszczególnych komórek jest potwierdzony badaniami, mimo to ciężko się zdobyć na odwagę i być głównodowodzącym swojego leczenia. Kto się uchyli przed wykupywaniem recept i stosowaniem ogólnie przyjętych metod?

Instynktownie czułam, że mój rak to wezwanie do zmian, metafizyczny problem, obraz wewnętrznego konfliktu, manifestacja długotrwałego stresu. Własnym ukrytym stresem przeraziłam się bardziej, niż genami rakowymi w rodzinie. Bo przecież zawsze uważałam, że sobie radzę z życiem. Prowadzenie fundacji to powracający obraz cierpienia zwierząt i okrucieństwa ludzi, hejt czyhający za rogiem, dodajmy do tego dwa lata wyłącznej opieki nad matką z demencją, poczucie, że jest się całkowicie samotnym w konfrontacji z najniższą energią, z tak zwanym złem – to wszystko spływało po mnie jak po kaczce. A teraz czytam, że spływało do wewnątrz…

Na takie złogi nie pomoże ani chemia, ani tabletki. Chemia i tabletki mogą naprawić silnik i resory, ale ja muszę znaleźć drogę. Inaczej zgniję gdzieś w zamkniętym garażu.  

Wiele rzeczy udało mi się samej uzdrowić, przede wszystkim strach przed operacją, przed nagle zakwestionowaną przyszłością, przed ogromem odpowiedzialności za pozostawienie wszystkiego własnemu losowi, skoro mój jest przesądzony. Nie jest, wiem, że nie jest. Ale nie potrafię uzdrowić czegoś, co nie daje żadnych objawów.  Ciało wysyła mi sygnały, których nie ignoruję. Jak czuję, że za dużo tych lekarstw, to nie zażywam. Zapisują mi osiem obrzydliwych zastrzyków – biorę cztery. Dają termin następnej chemii za dwa tygodnie, zjawiam się po trzech. Ostrzegają przed surowymi warzywami i kapustą – wracam do moich vege obyczajów. Wiele spraw czuję intuicyjnie i mam coraz lepsze wyniki. Z lekarzem rozmowa jest trochę jak z księdzem. Możesz mu wszystko powiedzieć, ale Maryja i tak była dziewicą. Jak panią mgli po zastrzyku proszę wziąć paracetamol.

A jednak po przeczytaniu Mate przeraziłam się, że dźwigam zrośnięty ze mną bagaż, którego nie jestem w stanie odróżnić od ciężaru własnego ciała.

Za chwilę minie rok od diagnozy i ciągle żyję, co już jest sporym zaskoczeniem. Moje życie dokonało wręcz kwantowego przeskoku. Wszystko jest inaczej do tego stopnia, że czasem mam wątpliwości czy jestem tą samą osobą, czy jednak nie umarłam i nie obudziłam się we wszechświecie równoległym. Bardzo być może. Nie zmieniłam tylko adresu, ale i to zakładam. Jednak sama zmiana adresu jest rozwiązaniem siłowym, a chodzi o odzyskanie utraconej energii, o to, żeby tą energią działać na materię. Wtedy rzeczy przestawiają się same.

W paśmie spektakularnych zmian płynących z uzdrowienia duszy – bo stamtąd się bierze osławiona energia – bat na materię – pominęłam jednakowoż pewien bardzo ważny aspekt leczenia, pominęłam psychikę, bo dusza i psychika to niezupełnie to samo. Stan psychiczny może pozostawić trwałe ślady w organizmie i możemy o tym nie mieć bladego pojęcia. Zżera nas wyżej wymieniona pamięć komórkowa i nieprzepracowane, nieuświadomione traumy. Piekło ma się dobrze, chociaż nie parzy. O tym wszystkim pisze Gabor Mate, a ja mam ogromne zaufanie do pokolenia geniuszy urodzonych w latach dwudziestych. Mate to niekwestionowany autorytet i wielki profesor z doświadczeniem. Podobnie jak Jung, którego teraz się na nowo wydaje i potwierdza badaniami jego intuicyjne, niezwykłe odkrycia. Terapia jest w modzie, a cokolwiek jest w modzie sprawia, że trzymam dystans. A jednak po przeczytaniu Mate postanowiłam się zapisać.

Ciekawi mnie bardzo mój przypadek. Wiele sformułowań z książki „Kiedy ciało mówi nie” – sformułowań, na które bym nie wpadła – określa moje zachowania z niebywałą wprost precyzją. Może i jestem zdolna, ale rozpaczliwie niezdolna do stawania we własnej obronie. Na pytanie, czy naprawdę żyję własnym życiem koniec końców nie potrafię odpowiedzieć twierdząco. A taryfa bije. Kiedy nareszcie tym własnym życiem zacznę żyć? I czy ja w ogóle wiem, co to znaczy żyć własnym życiem??  Zawsze musiałam się znaleźć pod ścianą, żeby zrozumieć, że żyłam bardziej cudzym. Dopóki mogę – brnę w ciemności, gówna nie ruszam, spod dywanu nie wymiatam, nie odpowiadam na ataki, chowam się pod ziemię i łykam, łykam trucizny jak koleś z maski, który połknął bombę.

Wiele się zmieniło, ale czy ja się zmieniłam na tyle, by nie wróciły demony przeszłości? Uzdrawianie nie ma końca, dopóki żyjemy. Wydaje się stanowić jedyny sens naszej wędrówki i nigdy nie jest idealnie. Ale zawsze może być lepiej, bo jeśli nie jest lepiej – ciało mówi nie. Ignorując jego racje godzimy się na śmierć ciała. Zabiera nas wieczność i absolut. Też fajnie, ale można dyskutować o terminie, o wszystkim można i należy dyskutować. Ojciec uwielbiał dyskutować. Mam to po nim. Był straszliwie dociekliwy w kwestiach naukowych, ale to, czego nie udało się zmierzyć, zważyć i udowodnić – pomijał. Dyskusje o rzeczach pozamaterialnych uważał za całkowicie jałowe. Umarł na Parkinsona i bezradnie patrzył, jak traci wiedzę.

Jeśli wcielenie jest misją uzdrowienia duszy – wiedza okazuje się balastem, działa jak chemia i tabletki na zatruty organizm. Wyniszcza go i nie leczy. Ciało nadal mówi – nie. Tym, co sprawia, że ludzie wychodzą z choroby – jest potraktowanie jej jak drogowskazu. A gdzie drogowskaz, tam i droga przed nami.  

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.