Święta geometria i głowa węża.

Pewien bardzo bogaty koncern sfinansował rewolucyjny projekt ratujący życie chorym z nieoperacyjnym guzem mózgu. Udało się sklonować fragment zaatakowany przez chorobę i wstawić tak otrzymaną część zamienną w puste miejsce powstałe wskutek usunięcia kawałka oryginału. Mózg chorego jest odtąd na trwale podpięty do urządzenia stymulującego jego pracę i będącego własnością sponsora. Otwiera to nowe, atrakcyjne możliwości. Dzięki specjalnej aplikacji w telefonie pacjent może śledzić swoje nastroje, a jeśli wykupi droższy pakiet – może je sobie także wedle upodobań podkręcać lub wyciszać. Pewnego dnia łapie się na tym, że całkowicie bezwiednie – przy nadarzających się okazjach, nie zawsze trafionych – zachwala produkty oferowane przez koncern. Na przykład kawę podczas rodzinnego śniadania albo książkę w trakcie rozmowy o sztuce. Częstotliwość tych dziwacznych wystąpień zaczyna sprawiać, że  przebywanie w towarzystwie wymyka się spod kontroli i zaczyna być krępujące. Zdesperowany wydaje wszystkie pieniądze na wyższy pakiet – bez reklam. Ale kolejne innowacje zmuszają go do coraz to większych wydatków, bo zostają wprowadzone nowe opcje dostosowane do indywidualnych potrzeb, a poprzednie są potwornie skomercjalizowane.  Doprowadzony do bankructwa nieszczęśnik zaczyna tęsknić za swoim guzem, o którym mógł decydować sam. To rzecz jasna film – jeden z odcinków świetnego serialu Czarne Lustro. Obejrzałam go w idealnym dla siebie momencie, bo przecież na tym polega jungowska synchroniczność, że pojawia się idealny moment – trudny do wytłumaczenia związek pomiędzy umysłem a rzeczywistością w obliczu jakiegoś wewnętrznego dylematu. Rodzaj odpowiedzi, czy też wskazówki z kosmosu. A pytanie moje od wielu tygodni brzmi – czy chemioterapia bardziej mnie wyniszcza czy leczy?  Końcówka programu, którym mnie objęto to postępująca ruina odporności, wydolności, sił i psychicznego napędu do życia. Zostały trzy sesje, a ja na samo wspomnienie dźwięku przetaczających się po podłodze stojaków z kroplówkami mam mdłości i zawroty głowy. Wszystko, co przypomina szpital wywołuje u mnie fizyczny wstręt. Zapach płynu do dezynfekcji toalet, odgłos zatrzymującej się windy, woń południowej zupy z marchewką, obraz pokoju zabiegowego, dotyk ceraty, którą jest pokryta leżanka, widok mojej spakowanej torby. Ciało wyraźnie mówi – nie. Odchorowuję te wizyty coraz ciężej, nie mogę spać, mam anemię, potworne bóle głowy, biegunkę, mdłości, kołatanie serca, zmęczenie każdym najmniejszym nawet wysiłkiem, oczy na zapałkach od samego rana. Nie mogę pisać. To ostatnie najgorsze, ale zasnąć też nie mogę.

Wyniki badań wydają się krzepiące, ale nikt ich nie komentuje, dopóki nie wezmę całej zaplanowanej dawki. Jestem statystycznym pacjentem, którego należy potraktować statystycznie najskuteczniejszą, opracowaną przez uznane ośrodki formą terapii. Obejmuje ona 12 sesji co dwa tygodnie i żaden lekarz nie weźmie odpowiedzialności za skrócenie cyklu. Tym bardziej pacjent takowej odpowiedzialności nie weźmie, chociaż teoretycznie ma do tego prawo.

Klikając po kanałach natrafiłam na kolejny serial o znaczącym tytule – Wąż z Essex. Zmierzch wiktoriańskiej Anglii, początek współczesnej medycyny, nauki, emancypacji – w starciu z zabobonem, prymitywną religijnością, wszechobecnym lękiem, jaki budzi postęp i rewolucyjne odkrycia w wielu dziedzinach.  Uwolniona dzięki śmierci małżonka psychopaty, po którym został jej na szyi wypalony pogrzebaczem ślad w kształcie węża – czterdziestoletnia Cora postanawia zrealizować swoje paleontologiczne pasje.  Jedzie do Essex, by rozwiązać zagadkę wodnego potwora, według legend nawiedzającego okolicę w ramach kary za ludzkie grzechy.  Jak wierzy lokalna społeczność – jest to olbrzymich rozmiarów bestia, posłaniec Boga czy też diabła, na jedno wychodzi. Poluje na niewiernych, grzesznych i sprzeniewierzonych kościołowi. Wydaje się jak najbardziej realny, widać go z daleka, pruje fale i wywraca łodzie. Jest też i ofiara w postaci martwej dziewczyny wyrzuconej na brzeg. Ze swoim znamieniem na szyi i wizją zbłąkanego plezjozaura Cora staje się obiektem ataków i wyzwisk. W atmosferze nadchodzącego linczu jedynym jej obrońcą okazuje się pastor, próbujący oddzielić przesądy od duchowości. Rzecz jasna sam pada ofiarą podejrzeń, zwłaszcza że, jak się łatwo domyślić – darzy Corę zakazanym uczuciem, jest bowiem żonaty, jak to u pastorów bywa. Wszystko się straszliwie gmatwa, ale od czego mamy dobry scenariusz. Z największych zakrętów i zagadek da się wyprowadzić wiarygodne rozwiązanie i długo oczekiwany happy end. Wielce usatysfakcjonowana i pełna pozytywnych myśli na temat oświeconej duchowości pozbierałam się z kanapy i popatrzyłam na siebie w lustrze. W mojej szyi tkwił wąż – rurka wprowadzona do żyły, przez którą w szpitalu wlewają mi chemię. Głowa węża, trochę poniżej – to tak zwany port – okrągły guzik ze śladami po ukłuciach. Dzięki temu urządzeniu wszytemu pod skórę mogę brać kroplówki w domu podłączona do czegoś co się nazywa infuzor. Chodzę z tym 46 godzin a chemia kropla po kropli wnika przez port do krwi i wysyca organizm swoją trucizną. Pytanie brzmi – czy ta trucizna mnie uzdrowi? Czy zniszczenie szybko namnażających się komórek doprowadzi do tego, że organizm przestanie je wytwarzać? Czy je wytworzył przeciwko samemu sobie? Kto o tym zdecydował? Co było pierwsze, jajo czy kura? Czy reakcja chemiczna zatrzyma coś, co powstało z niezbadanych do końca powodów? Czy w moim ciele mogą się toczyć procesy, na które NIE MAM WPŁYWU??? Czy jestem maszyną pozostawioną samą sobie, ewentualnie podległą wiedzy i doświadczeniu wykwalifikowanych maszynistów w plastikowych klapkach?

W jakiś sposób każdy z nas jest wytworem swoich czasów. Stanowimy żywy obraz zmieniających się relacji pomiędzy duchowością a materią, te relacje nas kształtują. Znalezienie złotego środka jest prawie niemożliwe, a jednak śmiem twierdzić, że dążenie do idealnej równowagi stanowi jedyny cel i sens ludzkiego życia. Człowiek nie może żyć bez ciała, nie jest też wyłącznie ciałem. Nie potrafi się wyrzec ani duchowości, ani materii. Ale naszą specjalnością są wszelkiego rodzaju odchylenia od równowagi, religia i medycyna raz się od siebie oddalają, innym razem niebezpiecznie na siebie nachodzą tworząc anomalie. Kiedy religia zastępuje duchowość wąż pożera grzeszników. Kiedy zastępuje ją medycyna – dzieje się podobnie – chemia wypala wszystko a leczenie i tak jest nieskuteczne.  Kwadratura koła pozostaje nierozwiązana.

Doskonałe proporcje przez całe wieki dawało się wyrazić za pomocą mandali. Mandala to niezwykła figura zbudowana z prostych symboli odzwierciedlających  geometryczne piękno świata. Matryca rzeczywistości w różnych wariantach, ale zawsze w tych samych, doskonałych proporcjach. Na planie mandali budowano starożytne miasta, wszystkie dawne religie uznawały za centrum środek symbolicznego koła, w które wpisywano kwadraty i promieniście rozchodzące się podziały.  Chrześcijaństwo poprzez znak krzyża zaburzyło te proporcje i wyniosło centrum do góry, niejako oderwawszy ciało od ducha na rzecz potęgi ducha. Zrobił się bałagan, ołtarz został przesunięty ze środka i umiejscowiony pod ścianą głównej nawy. Miasta też zaczęto budować na planie krzyża, są nieliczne wyjątki – jak Waszyngton – pozostający przy mandali. Kwestia materii zeszła na dalszy plan, przestaliśmy słuchać ciała, stało się ono siedliskiem grzechu, symbolem zła, zasłoną, mięsem ofiarnym. Choroba oznaczała zepsucie. Karę za przyjemności. Duch domagał się ofiary z ciała, a w każdym razie na nią przyzwalał. Taka była zbiorowa świadomość przez wieki chrześcijaństwa. Według Junga, bo wszystko to wyczytałam w książce „Człowiek i jego symbole” – to właśnie zaburzona proporcja pomiędzy materią a duchem zaowocowała koszmarem dwudziestego wieku. Wywaliło nam – jak to się dzisiaj określa we współczesnej terapii, wywaliło nam w postaci wojny, bomby atomowej, eksterminacji, obozów zagłady – zamanifestowały się lata zbiorowej świadomości – pogarda dla materii, deprecjonowanie ciała jako przekaźnika, czy też, jak kto woli – świątyni duszy.

Obecne czasy to zmierzch religii i triumf materii. Uważamy, że wszystko można zmienić dzięki odkrytym i opisanym przez nas prawom przyrody. Postęp medycyny odbywa się w oderwaniu od wszelkich zaklęć, rytuałów, wierzeń. Precz z zabobonem, lejemy domestos do żył, wąż to rurka zakończona guzikiem, z którego wychodzi igła i wstrzykuje do krwi zawartość buteleczki. Przyczyny choroby są w genach, a geny można badać. Wszystko można badać, nikt się nie waha majstrować w świecie złożonym z pierwiastków i cząsteczek. Sztuczna inteligencja pokona każdą wątpliwość. Działamy materią na materię, dowody są na tablicy.

Tymczasem podświadomość wciąż pozostaje nieuchwytna, nie daje się wygenerować ani zmierzyć i wyłącznie po owocach ją poznacie.

Kiedy umysł się otwiera na niewypowiadalne – szybuje gdzieś w stronę źródeł, dociera do geometrycznych symboli, na obrzeża czarnych dziur, w obszary potencjalnej energii i zaczyna  się na nowo formować na planie mandali. Pewien niemiecki artysta z początku XX wieku eksperymentował z meskaliną rysując portret odpowiadający kolejnym fazom narkotycznego odlotu. Z realistycznie przedstawionej twarzy na ostatnim rysunku zrobiła się abstrakcyjna kombinacja kresek i plam.

W starożytnym Rzymie bito monetę z wizerunkiem cesarza. Waluta obowiązywała na terenie całego imperium, ale poszczególne, należące do imperium miasta tworzyły własne wzory monet oparte na tym samym portrecie panującego. Im dalej od Rzymu tym twarz władcy stawała się trudniejsza do rozpoznania, odkrycia z najodleglejszych prowincji natychmiast przywodzą na myśl wersję portretu po meskalinie. To w zasadzie trudna do określenia kombinacja kresek i plam.

Sztuka abstrakcyjna, która wybuchła w początkach dwudziestego wieku i zbiegła się z odkryciami fizyki kwantowej, Einsteinem i Jungiem – uwolniła umysł i gromadzoną przez wieki podświadomość. Była bardziej mistyczna niż wszyscy święci męczennicy, a zaraz po niej nastąpiła eksplozja wojny. Cena dotarcia do źródeł to gwarantowane oczyszczenie, efekt puszki Pandory, kosmiczna wywałka.

Możliwe, że ktoś teraz odpadnie i stwierdzi, że mnie poniosło, więc wracam do mojego raka i mikrokosmosu w Gąsawach Plebańskich, planeta Ziemia, rok 2023. Po śmierci mamy odczułam niewiarygodną wewnętrzną wolność. Wolność wypracowaną przez lata przemyśleń, lektur, odosobnienia, lecz była to wolność ze statusem – oczekująca na realizację. I kiedy nic już nie stało na przeszkodzie, by się nareszcie zatopić w książkach, intelektualnych poszukiwaniach i pisaniu, czyli rozpocząć żywot szczęśliwego pustelnika – wyskoczył rak. Klasyczny etap oczyszczenia. Czy po to się pojawił, żeby mnie zabić? Czy przyzwolenie na to, żeby się poddać chorobie, uczynienie z niej znaku firmowego, stworzenie wokół siebie specjalnego programu ulg i przywilejów nie byłoby największą w moim życiu zmarnowaną okazją do pełnego wtajemniczenia? Jaka jest w tym rola lekarzy? Czy są bogami czy aktorami w moim teatrze? Kto to w ogóle reżyseruje? Oni, koncerny farmaceutyczne, statystyka, system opieki zdrowotnej? Brzmi absurdalnie, ale „uchyl się przed tym” człowieku z diagnozą. Nikt nie ma takiej wiary w siebie, takiego do siebie zaufania, takiej w sobie świadomości własnej mocy, żeby się odwrócić na pięcie i potoczyć walizkę z powrotem do domu. Pozostaje połączyć przeciwstawne bieguny, nadać własne znaczenie lekarstwom, wynikom, wydarzeniom, wtedy zaczyna do nas docierać niewiarygodna synchroniczność ciała i ducha i to samo w sobie jest tak pasjonujące, że już nie ma wielkiego znaczenia do jakiego zmierza finału. Bo każdy ruch, każdy fakt, rozmowa, strona książki, zakończenie lub początek filmu, przeszkoda lub fart – jest tylko znakiem na drodze, światłem w ciemności, sygnałem połączenia.

Kiedy ostatnio dostałam steryd na zwiększenie odporności moje życie nabrało straszliwego tempa, ale był to bieg z przeszkodami. Wyjechałam do Warszawy a w aucie zaraz się zapaliły kontrolki ze znakiem hamulca. Pogoda jak ze złego snu. Tuż przed zjazdem z autostrady wcisnęłam w nawigacji nazwę ulicy, ale nie zauważyłam, że to była ulica w Ojrzanowie…Zanim odkryłam błąd wyniosło mnie z powrotem do Janek. Czterdzieści minut obsuwy. Nareszcie dotarłam. Zaplanowałyśmy pierwsze wyjście na spacer z moją nowonarodzoną wnuczką, ale było zbyt zimno, więc pojechałyśmy autem do galerii. Fotelik samochodowy zaklinował się na tylnym siedzeniu. Okazało się, że nie ma paliwa, musiałyśmy zatankować, mała się rozkrzyczała podczas postoju, w końcu znalazłyśmy parking i wtedy się okazało, że fotelik był na nią za ciasny, trzeba było wyjąć wkład usztywniający i to pomogło. Usiadłyśmy nareszcie na kawę, croissanta i mleko matki. Potem udało się pospacerować a także przewinąć bohaterkę dnia w specjalnym pomieszczeniu, z którego wypłoszyłyśmy dwóch podejrzanych typów absolutnie nie mających nic wspólnego ze zmianą pieluch. Wróciłam do domu wykończona, ale z poczuciem zwycięstwa. Nie spałam od dwóch dni, bo miałam wrażenie, że przeszkadza mi ból wyrastających skrzydeł. Niezwykła chęć do życia mieszała się z potwornym zmęczeniem oczu, głowę miałam jak wiadro z piachem. Świadoma sterydu w mojej krwi obserwowałam jak cała rzeczywistość podskakuje w wyniku jego działania. Nie gorzej niż moje neutrofile, one też nareszcie podskoczyły. Ot i synchroniczność w pełnej odsłonie.

Wyzdrowienie przestaje być powoli moim celem życia, bo życie nie ma celu. Odkryłam to po latach wyznaczania sobie celów w najróżniejszych dziedzinach. Istotą życia jest cud zamkniętego w czasie i przestrzeni wcielenia. Dostaliśmy nagle na własność najbardziej niezwykły przekaźnik jakim jest nasze ciało, nasz żywy organizm. I wszystko, co prowadzi do harmonii pomiędzy owym ciałem a duchem, ziemią a niebem, medycyną a umysłem pacjenta – wystarczy za spełnione życie.  Amen.

Leave a Comment


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.