Pewna młoda Hinduska – niejaka Anita Moorjani pracująca na dobrym stanowisku w korporacji, szczęśliwa żona, kobieta nowoczesna, wyzwolona z religijnych, rodzinnych obciążeń (przynajmniej tak jej się wydawało) nagle, w środku toczącego się życia usłyszała druzgocącą diagnozę – chłoniak. Książka o tym, jak po kilku latach szarpaniny pomiędzy rożnymi metodami leczenia, przywieziona do szpitala w stanie agonalnym, z ogromnymi guzami rozrywającymi jej skórę przeżyła śmierć kliniczną i wyzdrowiała dosłownie w kilka dni – ukazała się nakładem wydawnictwa z etykietką – ezoteryka, na co wskazuje koszmarna okładka – znak firmowy tego rodzaju produktów. Chyba ich nie stać na dobrych grafików, straszna szkoda. A więc – kolejna książka z okładką w złym stylu, jak wszystkie pozostałe tego rodzaju książki, poza pojedynczymi przypadkami – nie została potraktowana poważnie przez „poważną medycynę”. Zjawisko NDE – swoistego powrotu z zaświatów – jest znane, ale też nigdy nie wyszło poza ramy dziwacznych, niewytłumaczalnych a przede wszystkim niemożliwych do naukowego sklasyfikowania zjawisk z „pogranicza rzeczywistości”.
Nie przeżyłam śmierci klinicznej, ale przeżyłam coś w rodzaju duchowego objawienia w czasach, kiedy Klaudia Pingot chodziła do podstawówki, nie było ani you tuba ani kursów rozwoju osobistego a na Saharze trwał konkurs drwali. Czytając o przypadku Anity Moorjani doskonale wiedziałam, co ma na myśli pisząc o zmianach, jakie zaszły w jej umyśle i w związku z tym także w ciele. Kiedy prawda uderza w nas jak asteroida w królestwo dinozaurów wiadomo, że nic już nie będzie takie samo. Przez resztę życia człowiek szuka jej śladów w materialnym świecie. Potwierdzenia, a nie sposobu, by ją przywołać. Wszelakie szkoły i metody – chińskie, szwedzkie i norweskie, warsztaty, terapie, praktyki duchowe – nie stanowią już drogi poznania rzeczywistości pozazmysłowej, są tylko przypomnieniem tego, co się stało i co sprawia, że świat – jak to powiedział święty Franciszek – stanął na głowie. Wszystko jest odwrotnie. W tym kontekście rak jako sposób uzdrowienia a nie sposób na szybką śmierć – wydaje się klasycznym przykładem owej odwrotności.
Dowiedziawszy się, że mam złośliwego raka trzustki czułam, że ma to jakiś kosmiczny wydźwięk, że gdzieś mnie prowadzi, niekoniecznie tam, gdzie wskazują lekarze oznajmiając z powagą, że perspektywa ośmiu miesięcy życia, a w wyjątkowych wypadkach – pięciu lat to jedyna perspektywa. Ale – tu pojawia się uśmiech niosący pocieszenie – pięć lat to przecież całkiem długo! Przekopując się przez materię i oficjalne stanowiska w sprawie mojej choroby odkryłam drugie dno – całe mnóstwo książek, podkastów, opracowań i materiałów dotyczących ludzi uzdrowionych. Ścieżka wiedzie prosto w tak zwaną biologię totalną, której medycyna tradycyjna jest tylko jednym z elementów. Wszystkie zaś elementy- zarówno „baśniowe” jak i te potwierdzone pieczątką lekarza prowadzącego – podlegają mnie samej i ja decyduję, co jest dla mnie na danym etapie dobre, a co niekoniecznie. Ja także decyduję na co chcę umrzeć i kiedy. Mam do dyspozycji cały wachlarz metod mogących wesprzeć moją własną decyzję w tej kwestii. A więc afirmacje, medytacje, pozytywne myślenie, zaklinanie rzeczywistości, aktywacja czakr, kroplówki, chemia, zabiegi chirurgiczne, akupunktura, hipnoza, medycyna alternatywna, zastrzyki w brzuch, udrażnianie dróg żółciowych za pomocą stenta, dieta wątrobowa i sok z żuka. Ja muszę zadecydować co zastosuję, wiedzieć kiedy wezwać karetkę, a kiedy poczekać do rana i ja muszę zaufać lekarzowi, który przeprowadzi ośmiogodzinny zabieg, opisywany jako „najbardziej skomplikowana operacja brzucha” począwszy od tego, że nazwa tego zabiegu jest nie do wymówienia. Decyduję o tym w oparciu właśnie o kontakt z bazą, czyli moją jaźnią, jestestwem, polem potencjalnych możliwości czy jak go zwał, czymś będącym centrum wszechświata. Mojego rzecz jasna, ale wychodzącego poza cielesną powłokę i świadomy umysł. Mam silne przekonanie i tego akurat się nie pozbędę – że się nie kończę w miejscu, gdzie się kończą moje komórki. Także te rakowe. Co ciekawe – chwilowy brak połączenia też coś oznacza. Milczenie boga jest ważnym drogowskazem w podejmowaniu decyzji. Siedzi cicho, czyli na razie wszystko jest git.
Zjawisko NDE to nic innego, jak skomasowany kontakt z ową tajemniczą bazą, kontakt powalająco bezpośredni, istne wtargnięcie do namiotu króla, żeby sobie tam pobyć i zobaczyć z bliska każdy pilnie strzeżony klejnot. Żniwo takiej akcji jest porównywalne z lądowaniem na księżycu. Od tej pory księżyc, nawet widziany z Ziemi – będzie miał na sobie ślady moich butów. Co może przebić takie doświadczenie? Czułam się podobnie z moją oszalałą prekognicją, wizjami, synchronicznościami i innymi historiami, które mnie nagle dopadły, tyle że moje ciało chodziło po Krakowie i z zewnątrz wyglądało normalnie. Gotowałam dzieciom obiady a w mojej głowie wyświetlały się projekcje o jakich opowiadają mistycy różnych religii, niektórzy potem zapłacili za to życiem. Tego rodzaju stany są udziałem wielu i w różny sposób się ich doświadcza. Co z satysfakcją stwierdziłam przeczytawszy książkę o przypadku Anity M.
Przeczytałam tam wiele innych, ciekawych rzeczy, na przykład, że rak jest chorobą społeczeństw zachodnich – owładniętych dyktaturą firm farmaceutycznych a JEDNOCZEŚNIE wciąż uznanym za chorobę nieuleczalną. Zaraz zaraz -coś tu nie styka…Tyle lekarstw na nic? Poszukiwanie właściwego panaceum dotyczy czegoś, co go na pewien czas ZLIKWIDUJE ale mu nie zapobiegnie. Prawdopodobnie nie znajdziemy ostatecznego lekarstwa na raka, albowiem to lekarstwo już jest w nas.
Okazało się ostatnimi czasy, że mamy niewiele więcej genów niż nicień… Więc trochę przeszacowaliśmy ich ilość i znaczenie. Aktywność tych genów jest związana z pewnymi obszarami w mózgu, nie są więc, jak dotąd uważano – wyroczniami w sprawie dziedziczenia chorób. Można je wyłączyć. Tak zwany genetyczny determinizm jest passe!!
Według biologii totalnej guz, na który komórki rakowe pracują jak mrówki przy budowie kopca mrówek – ten guz to już FAZA NAPRAWCZA. Sic! Nie ma się o co gniewać na raka, bo to są nasze własne komórki i pomysł naszego organizmu na rozwiązanie konfliktu wewnętrznego. Powiększamy się – myśli rak i ma nadzieję, że to pomoże. Od tego, jakiego rodzaju i na jakim tle konflikt powstał – zależy, który organ komórki rakowe chcą powiększyć, a więc wzmocnić – w ich rakowym pojęciu. Pamiętaj mamo – komputer jest głupi – mówił Franek, kiedy się wściekałam na jakieś debilne, wyskakujące mi z pomocą ikonki. Organizm jest jak komputer – rozumuje prosto i logicznie, jest to tak zwana mentalność cepa. Kieruje tym wszystkim umysł zaprogramowany przez świat zewnętrzny. Jak procesor z wgranym systemem operacyjnym. Ale to ciągle nie jesteśmy my! Żeby się do siebie dokopać i przestawić umysł musimy sięgnąć do bazy. Droga do niej wiedzie przez podświadomość. Niby proste, w sumie naprawdę proste, ale pamiętamy co się działo, kiedy Neo z „Matrixa” chciał wyciszyć umysł i polecieć… Spadł z wieżowca.
Widok przepaści jest sugestywny, tak samo jak widok diagnozy i wszystko co google o tym piszą. Ikonki wyskakują jak szalone. Jesteśmy osaczeni.
Jeśli ktoś jest przekonany, że umrze, to umrze. Pomogą mu w tym setki artykułów, pogadanek, spojrzeń ludzi, którzy patrzą, na jakim jesteśmy etapie, a przede wszystkim zrobi to strach i straszenie rakiem. Rozpętana jest cała machina zastraszania!!! Po co? Bo to nośny temat, dobrze się nakręca a wraz z nim się nakręca cały biznes farmaceutyczny, nie mówiąc już o Pudelku. Ten umarł, a ten właśnie dogorywa. U tego właśnie stwierdzono, patrzcie, jak schudł. A wszyscy oni wiecznie walczą. Bitwa pacjentów z nowotworami zapewnia dużą śmiertelność jak każda porządna bitwa. Chodzi o to, żeby walczyć, pokonywać, niszczyć tego raka , truć, brać leki, dużo leków, także leków na uboczne skutki innych leków, wsączać chemię, płacić za to lub mieć płacone. Trup tymczasem nadal ściele się gęsto. Studenci medycyny nieustannie są doszkalani w kwestii nowych, świetnych recept na rozmaite choroby a na raka zwłaszcza, bo rak jest złośliwy jak kurwa mać i leki są wciąż za słabe. Jeśli ktoś umrze pomimo leków – to w porządku, przynajmniej próbował, a jeśli bez leków – to dlatego, że nie brał leków. Jeśli nie umrze i nie brał leków, to jest przypadek pozamedyczny, z pogranicza, paranormalny i statystyka go nie widzi.
Jeśli ktoś natomiast nie jest przekonany, że umrze – to się zaczyna tango milonga, jak w moim przypadku. Kiedyś zapewne umrę, mam 68 lat i jest mi coraz bliżej do nieskończoności, ale nie jestem przekonana, że umrę na raka. Chcę umrzeć w miarę zdrowa, tak sobie założyłam.
Co do raka. Wyobraziłam go sobie, czy też raczej – zobaczyłam go w snach – w postaci bardzo wylęknionego, agresywnego psa. Reagującego agresją na konflikt, w jakim się nagle znalazł. Konflikt tymczasem narastał. Pomiędzy moim wyobrażeniem o życiu a życiem, które mnie zaatakowało ze wszystkich stron. Dzieci dawały popalić, despotyczna matka z demencją rujnowała mi psychikę, po domu biegało dwadzieścia fundacyjnych psów, kasy na lekarstwo. Byłam w trybie czujności przez kilka lat. Wiedziałam, że moje ciało jest wkurwione. Że nie wyrabia. Badałam serce, nic tam nie znaleźli a tymczasem dziki pies we mnie dziczał. Postanowił mnie bronić. Rzucał się na matkę, na całą moją rodzinę, na inne psy. Nic z tym nie robiłam, chociaż Bóg mi świadkiem, próbowałam coś zrobić. Trzymałam psa w zamknięciu. Pisałam, medytowałam, tańczyłam, słuchałam muzyki, ale generalnie nie podjęłam żadnej decyzji. Czekałam aż się samo rozwiąże. I rozwiązało się. A wtedy kojec się otworzył, pies wybiegł na wolność i zaczął świrować. Czy nikogo nie dziwi fakt, że ludzie zapadają na nowotwory, kiedy „właśnie wszystko zaczęło się pięknie układać?”
Pies jest mój, niczyj inny. Rak to moje komórki, nie mogę ich nienawidzić, walczyć z nimi, niszczyć z pozycji siły, bo są częścią mnie samej. Nic co jest moje nie namnaża się bez mojego udziału, rozkazu, decyzji. Nawet podświadomej, ale mojej. Pies nie jest winien postępującej agresji, coś, co ją spowodowało – jest moim autorskim zaniedbaniem. Zaniedbaniem siebie. Wypada wziąć odpowiedzialność za złego psa i znaleźć przyczynę takiego zachowania, bo przecież pies nie jest zły z założenia. (Nikt nie jest zły z założenia). Broni mnie tylko na swój pokręcony sposób. I tylko ja mogę to zmienić, być może będę musiała skorzystać z jakiejś pomocy, wyciąć mu jajka, zaaplikować środki uspokajające, opłacić behawiorystę, założyć obrożę elektryczną, kolczatkę i kaganiec, robić ćwiczenia, trzymać się nowych zasad. Będę miała przez jakiś czas przejebane, ale odpowiedzialność za te a nie inne decyzje spoczywa wyłącznie na mnie.
Pies ma mi powierzyć swoje istnienie, swoje bezpieczeństwo i wszelkie decyzje dotyczące psa.
Teraz to ja muszę urosnąć, nie tylko moja trzustka. Muszę uwierzyć w swoją sprawczość, żeby sobie z tym psem raz na zawsze poradzić, żeby był moim psem w takim formacie, w jakim będziemy dogadani i zadowoleni. Żadnych zamkniętych kojców, chociaż kenel od czasu do czasu, tak dla przypomnienia… no może.
Piszę to wszystko, bo jestem na etapie wyboru pomiędzy sobą a medycyną. Pomiędzy sobą a obrożą elektryczną dla mojego psa. Mogę go złamać, otępić i sprawić, że już nigdy nie będzie szczekał, dopóki obroża nagle nie zahaczy o gałąź i nie zleci. A wtedy od razu zagryzie listonosza.
Mogę także, i to właśnie zaryzykowałam – zakończyć siłowe metody i spróbować wzajemnego zaufania. Zawsze dawałam moim psom maximum wolności i dlatego nie dotrwałam do końca chemii. Ostatnie wlewki mnie mało nie zabiły. Czułam tę truciznę w sobie, odporność spadała do zera, psycha mi siadała i strach mnie oblewał razem z potem jak w windzie utkwionej pomiędzy piętrami a tymczasem wynik tomografii pokazywał, że jestem zdrowa. Nikt mi nie pogratulował. Nikt tego na głos nie powiedział. Pani doktor wskazała na moje mięśniaki sprzed trzydziestu lat i osteoporozę. Ma pani poważne schorzenia – powiedziała, żeby utrzymać klimat lodowcowy. Takie przerwy, jak pani sobie robiła w sesjach chemioterapii mogą spowodować, że nie będzie skuteczna.
Pani doktor – odrzekłam. Ja jestem zdrowa. Odpowiedzią było milczenie i dziesiąta chemia.
Jesteś zdrowa, ale wytrzymaj! – mówili mądrzy lekarze. Wypadałoby te dwa ostatnie razy jakoś przejść w rozsądnym terminie. Wypadałoby? A co to, imieniny cioci ? Nawet w tak dramatycznych okolicznościach należy odmówić ciastka z arszenikiem, chociaż wypadałoby go zjeść. Ciocia będzie niepocieszona, ale chuj z nią. Moje ciało mówi – nie. Sam widok walizki przyprawia mnie o mdłości, jaśniej się nie da. Nie spalę sobie procesora, mam go tylko przeprogramować.
Dlatego zadzwoniłam do szpitala i powiedziałam, że już nie będę brała chemii. Tyle w temacie. Być może zjebałam, być może zachowałam się wbrew logice, być może sobie odebrałam szansę. Ale niczego w życiu nie byłam tak pewna, jak tej decyzji. Ani ślubu, ani wyboru drogi życiowej, ani mojego miejsca na ziemi nie byłam tak pewna jak faktu, że kolejna chemia przeważy w stronę śmierci. Mam zrobić tomografię i przyjść pokazać wynik. Może jednak nie będzie taki dobry.
Mamy bardzo niepokojące wyniki biopsji – powiedział lekarz do Anity M dwa tygodnie po jej powrocie z bazy. Nie możemy znaleźć raka. A on musi gdzieś być.
No cóż. Napisałam to wszystko, bo jestem przekonana o swojej odpowiedzialności za dzikiego psa. Rzecz jasna mam masę wątpliwości i po ludzku się boję, że mnie dziabnie. Wtedy usłyszę – ostrzegaliśmy! Że pies to pies, może mu odwalić, jest nieprzewidywalny. Jest oczywistą manifestacją błędów wychowawczych właścicielki. Ale jest także moim obrońcą ! Już się nie wpakuję w wyniszczające zobowiązania, toksyczne relacje, zadania ponad siły. Nie będę pić, palić, jeść przetwarzanej żywności i nie będę mieć bogów cudzych przede mną. Mam raka i nie zawaham się go użyć!!! Pies żyje dłużej niż pięć lat, a mój ma dopiero rok. Przed nami kawał życia. Będziemy rozmawiać, będziemy się uczyć na błędach on i ja, tutaj, teraz, każdego dnia. Żadne z nas, póki co – nigdzie się nie wybiera.
