Prekognicja to zdolność paranormalna, polegająca na rzekomym przewidywaniu przyszłych wydarzeń, które nie wynikają z logicznego wnioskowania ani analizy obecnych faktów. Nie ma dowodów naukowych na istnienie prekognicji i jest ona uznawana za pseudonaukę, jak podaje Wikipedia…
Tyle na ten temat w googlach. Zważywszy, że od dwudziestu kilku lat powyższa zdolność jest moim udziałem zastanawiam się, czy sama nie stanowię jedynie pseudonaukowego zjawiska.
Kiedy piszę, ważąc słowa – o swoich doświadczeniach z czwartym wymiarem – próbuję wyrazić poczucie osobliwego wyróżnienia, które, jak żaden inny doczesny sukces lub jego niedosyt – kształtuje moje zaufanie do samej siebie i uodpornia na trudy życia. Jednocześnie dźwigam tajemnicę, której nie da się ani wytłumaczyć, ani zanegować. Z pewnością nie jestem jedyna, podejrzewam, że wielu ludzi potrafi wyjść ołówkiem poza kartkę godząc się na pewien rodzaj osamotnienia, które to za sobą pociąga.
Kiedy pytamy o dowody na istnienie CZEGOŚ PONAD TO, co odbieramy zmysłami i obliczamy na liczydle -zawsze koronnym argumentem jest umiejętność przewidywania przyszłości. Tak zwane prognozowanie – począwszy od pogody a skończywszy na politycznych roszadach – jest obwarowane prawami logiki, fizyki, czy też natury i bywa zaskakująco dokładne, ale nie o taki rodzaj wiedzy tutaj chodzi. Chodzi o zagadkę czasu. Najnowsze rewelacje dotyczące złudności liniowego czasu pozostają w sferze skomplikowanych równań, ponoć prawdziwych, ale rzeczony czas się im opiera i płynie sobie najspokojniej, jak słońce po niebie. (Swoją drogą ono też nie płynie, to jeden z niewielu przypadków, kiedy wszyscy są zgodni co do tego, że widzą coś, czego nie ma).
Prekognicja nie jest tym samym co jasnowidzenie. Śpieszę wyjaśnić na przykładzie. Ot, choćby takim z wczoraj ( z wczoraja – jak to mówią). Budzę się rano z zapamiętanym obrazem wnętrza wielkiego kontenera pokrytego napisami, jakich pełno na różnych miejskich murach, ścianach, klatkach schodowych, windach, więziennych celach itp. Kontener ma jednak jedną ścianę wyciętą – można się z niego wydostać. Wieczorem tego samego dnia skaczę po serialach, bo żaden mnie nie wciąga. Po obejrzeniu trzech sezonów Teda Lasso tęsknię za Tedem. Patrzę na recenzje i wciskam tytuł „DPT” na Netfliksie. Matthew Goode pokazał co potrafi w „The Offer” i to przesądza o próbie wytrzymania pierwszego odcinka. I cóż jest osią zagadki kryminalnej? Kobieta porwana i uwięziona w kontenerze o ścianach pokrytych napisami…Wszystko wygląda identycznie.
Za każdym razem pytam siebie ze zdumieniem – jak to w ogóle jest możliwe?? Skąd wiedziałam? Coś, nie mam pojęcia co, może ja sama – to coś nieustannie oświetla mi drogę i ustawia na niej znaki, jak złamane gałązki na ścieżce pościgu. Daje odpowiedź na dręczące pytania, zwłaszcza kiedy jestem w tak zwanej czarnej dupie. I ona wtedy nie jest już taka czarna. Ludzie to nazywają optymizmem.
Nie muszę dodawać, że znaczenie, jaki ma dany przekaz okazuje się oczywiste wyłącznie dla mnie i bywa wielorakie. Zazwyczaj chodzi o cały splot okoliczności, którego dana wizja stanowiła symbol – jak to się określa – ikonę. Czasem to się manifestuje po latach, czasem w ciągu kilku godzin, ale zawsze ma swoje odbicie w świecie rzeczywistym. Kiedy więc jakiś obraz, scena, lub cała historia z wnętrza głowy pozostaje mi w pamięci – wiem, że nie na darmo, ale jeszcze nie wiem, co zapowiada. Trudno to nazwać jasnowidzeniem – łatwo pseudonauką.
Ciekawe, że nauka o Bogu pseudonauką nie jest. Przeciwnie, nazywa się religią czy też teologią, obejmuje takie zjawiska jak wiatropylność, wskrzeszanie z martwych i całą gamę różnorakich olśnień i nawróceń oraz, co istotne – uzdrowień. W ramach tej nauki prowadzone są lekcje w szkołach i zupełnie na poważnie wystawiane oceny na świadectwach. Nie wiadomo tylko, czy Bóg istnieje i w jakiej formie.
Prócz doktryn obowiązujących w ramach studiowania teologii, z której można mieć doktorat i inne uczelniane tytuły – istnieją indywidualne drogi poznania Boga jako energii, wszechświata, podświadomości itd, ale one nauką już nie są. Biedny Bóg uwięziony w murach katolickich uczelni nie ma pojęcia, ile traci. Podobnie jak człowiek uwięziony w swoim zaprogramowanym przez środowisko i społeczeństwo umyśle – nie potrafi uruchomić ani docenić swoich zasięgów.
W związku z rosnącą konkurencją w dziedzinie duchowości i zmierzchem mody na palenie czarownic – pseudonauka pozostaje jedynym sposobem na wytłumaczenie wielu zjawisk niepopartych wiedzą oficjalną, w tym zdrowiejących poza medycyną tradycyjną pacjentów. Poza lub choćby równolegle.
Niezbadane są ścieżki, którymi kroczy ludzkość, bo kto by się w dwudziestym pierwszym wieku spodziewał cichego sojuszu najbardziej ortodoksyjnie pojmowanej doktryny katolickiej z nauką popartą dowodami, do której medycyna z pewnością się zalicza. A powodem jak zawsze są pieniądze, bo zarówno przemysł farmaceutyczny jak i majątek kościoła – mają tutaj zbyt wiele do stracenia.
Wracając do moich wizji, początkowo byłam autentycznie przerażona. Wychowana w kraju chrześcijańskim żywiłam przekonanie, że wszystko, co wykracza poza naukowe twierdzenia przynależy do katolickiego Boga. Inaczej jest czymś niedorzecznym i odbiegającym od normy, a więc chorobą. A skoro nie ma być chorobą, muszę się zgodzić z opcją -Bóg mnie wybrał a zaufanie zobowiązuje. Nawet jeśli ruch boskiego palca to była niefortunna pomyłka z uwagi na zbieżność nazwisk – musiałam być czujna. Wyciek danych w rodzaju listu do redakcji, spowiedzi świętej albo zwierzeń po pijanemu mógł mnie zakwalifikować albo do klasztoru albo do wariatkowa. Wolałam zostać sama z moim niecodziennym odkryciem. Przypomnę, że w tamtych czasach, czasach analogowych – nie było internetu załadowanego wiedzą o fizyce kwantowej na przemian z ezoteryką, medycyną holistyczną i psychoterapią. Doszłam tylko do wniosku, absolutnie autorskiego, że w przedziwny sposób informacja się materializuje a wiedza jest pochodną prawdy a nie odwrotnie, jak utrzymywał mój uczony tata ufając temu, co daje się udowodnić na podstawie doświadczeń. Dla niego świat był chemią, fizyką i biologią. Dla mnie filmem, który zanim trafi na ekran – musi powstać w zamyśle reżysera. Wszystko, czego doświadczałam zmysłami było w jakiś sposób wtórne do tego, o czym myślałam. Fascynacja tym odkryciem trwa u mnie do dzisiaj, poszerzona o całą masę lektur z najróżniejszych dziedzin, które razem stanowią o tym, że „prawda jest symfoniczna”.
Zakładając coraz odważniej, że świat się zaczyna w mojej głowie – zwróciłam się w stronę psychiki, jako kierownika budowy rzeczywistości. Jednak było w tym wszystkim ponure piętno katolickiej mantry. Nie uznawałam siebie za coś więcej, niż świadomy swojej roli przekaźnik informacji płynących „z góry”. A więc od czegoś doskonalszego i mądrzejszego niż ja sama. Bałam się myśli, że to ja i nikt poza mną, ja jestem sprawcą tego, jak wygląda moja rzeczywistość. To się zmieniło dopiero w chwili, kiedy zostałam przyparta do muru chorobą.
Tymczasem pomimo uznania psychologii i psychiatrii jako nauki – nie miesza się ich ani do tradycyjnej medycyny ani do religii. Przypisywanie im kierowniczego stanowiska w dziele kondycji ludzkiej stanowi spore zagrożenie dla sojuszu doktryn. Duchowość nie może kręcić światem, są granice dobrego smaku.
Nie mnie obalać święty porządek, ale teraz mam przeczucie, że albo go zakwestionuję, albo umrę na raka. Postanowiłam przejąć stery własnego życia i wziąć odpowiedzialność za wszystko, co mi się wydarza. Jako osoba prywatna mogę decydować o tym, w co wierzę ewentualnie odwrotnie – wierzyć w to, o czym decyduję. Mogę się nie spowiadać z moich wewnętrznych przekazów, ale mogę się nimi kierować. Mogę łączyć chemię, fizykę, ziołolecznictwo i medytację, mogę się na coś zgodzić a czegoś odmówić. Wszystko mogę. Mam ciało, duszę i umysł – wszystkie potrzebne narzędzia.
Okazuje się, że na potwierdzenie uzdrawiającej mocy ducha i umysłu jest masa przykładów w materialnym świecie, albowiem materialny świat jest pełen zdrowych ludzi, którym nie dawano żadnych szans! Żeby było jasne – chylę czoła przed zdobyczami współczesnej medycyny i żywię dozgonną – nomen omen – wdzięczność dla lekarzy, którzy mnie leczyli. W ogromnym stopniu jest zasługą ich wiedzy i umiejętności fakt, że wciąż żyję i mam się dobrze. Ale muszę mieć świadomość tego, że zawdzięczam to przede wszystkim sobie samej, bo bez tej świadomości nie wyzdrowieję. Wiara w wyzdrowienie na każdym etapie leczenia – decyduje o jego skuteczności. I odwrotnie, kiedy przestałam wierzyć w skuteczność – przerwałam leczenie. W podtrzymaniu tej wiary lekarze mi nie pomogli, przeciwnie – uznali, że jedyne, co mnie zmotywuje to strach przed śmiercią, cierpieniem i nawrotem. Teraz też mnie straszą w odpowiedzi na moją niesubordynację, którą powinni uszanować. O tym pisze Gabor Mate i wielu innych badaczy ludzkiej psychiki. O tym piszą i mówią wszyscy uzdrowieni z najróżniejszych chorób, których OBJAWY wyleczono, ale nie zbadano przyczyn. Znając przyczyny, można zapobiec nawrotom. Śmiertelność to nie jest ZAMIAR choroby, a nazywanie jej śmiertelną czyni spustoszenie w psychice pacjenta.
Nikt, nawet lekarz, a być może przede wszystkim lekarz – nie ma prawa nam mówić, ile mamy jeszcze życia przed sobą. Dlaczego? Ponieważ w ten sposób podkopuje w nas wiarę i odbiera nadzieję. Niweczy tak zwaną sprawczość i decyzyjność, przez psychologię i psychiatrię postrzegane jako fundament psychicznego zdrowia i siły – kluczowe w wychodzeniu z choroby. Poddając się wyrokowi oddajemy prowadzenie, polegamy na zewnętrznych okolicznościach, mamy związane ręce, rządzi nami strach przed tym, co nieuchronnie nastąpi. Mój pierwszy telefon od – skądinąd oddanych i życzliwych przyjaciół lekarzy – wprawił mnie w osłupienie. Dzwonili, żeby mi powiedzieć, że wcale nie muszę cierpieć umierając. Że obecnie są już na rynku plastry i leki całkowicie uśmierzające ból związany z rozprzestrzenieniem raka, żebym była spokojna. Zaiste kojąca perspektywa. Kiedy w gabinecie usłyszymy podobną „prawdę” jest oczywiste, że to nie jest prawda, która nas wyzwoli. Przeciwnie – sprawi, że będziemy się miotać pomiędzy bezradnością wobec medycznych parametrów a desperacką modlitwą o cud. Szukać powodów, dla których zostaliśmy w taki sposób „naznaczeni”, lub grzechów, za które zostaliśmy ukarani. A medycyna doda swoją listę przewin – niezdrowe odżywianie, papierosy itp. Ale – co znamienne – nikt nie zapyta o stres. O to, jak nas popieściło życie, że to może mieć ogromne znaczenie i co ważniejsze – da się zmienić! Wciąż nie jest za późno, żeby podjąć działania i odwrócić bieg wydarzeń, bo to nasz film, nasza projekcja. Projekcja zakrzyczanej świadomości, którą możemy przestawić na inne tory, jak tramwajarz wajchę. Wtedy dopiero można mówić o uzdrowieniu.
Uczyniliśmy z religii naukę a z nauki – religię. Żeby wyjść z choroby trzeba zakwestionować te dwie – zdawałoby się – nietykalne, niepodważalne i odporne na wszystko dziedziny programujące umysł od wczesnego dzieciństwa. Po wpisaniu w google słowa – uzdrowienie – widzimy Matkę Boską z Lourdes. Po wpisaniu – złośliwy nowotwór mamy wgląd w statystykę zgonów a wyraz „śmiertelność” pojawia się niemal w każdym zdaniu. Nie muszę dodawać, że w żadnym „szanującym się” artykule o raku nie ma słowa o alternatywnych sposobach leczenia ani o decydującej roli psychiki w procesie zdrowienia, jest za to sto reklam różnych oficjalnie uznanych suplementów dostępnych bez recepty. I przeciwbólowych plastrów.
A jeśli choroba w rzeczywistości nie jest niezmiennym bytem, lecz dynamicznym procesem odzwierciedlającym życiowe realia w konkretnych sytuacjach? Jakie nowe ( lub dawne) drogi do uzdrowienia, nie do pomyślenia w dominującym światopoglądzie medycznym, mogą wyniknąć z tej paradygmatycznej zmiany perspektywy? – Gabor Mate – Mit Normalności.
Gabor Mate to pikuś. Shejtowali go, bo konsekwentnie próbuje się przedrzeć do świata naukowego z rewolucyjną tezą o tym, że każde schorzenie ma swój początek w nadszarpniętej psychice. I on i wielu innych podkopuje ważność genów, dając człowiekowi nadzieję na to, że ma wpływ na własne oprogramowanie. To pachnie rewolucją, zwłaszcza, że wielu z nich poparło swoje tezy naukowymi badaniami, doświadczeniami własnej praktyki lekarskiej, swoim osobistym wyjściem z dołka. Pojawienie się w Polsce Gabora Mate jako poważnego autorytetu nie umknęło uwadze tych, którzy się zdali na sojusz doktryn i zabetonowali głowy w obawie przed bolesną trepanacją. Na wszelki wypadek kwestionują jego tytuł doktora.
Ale są rzeczy, o których się nie śniło filozofom. Pierwszym odruchem po odłożeniu słuchawki od przyjaciół lekarzy było sięgnięcie po Hawkinsa – Przywracanie Zdrowia. Jest tam cały rozdział o raku, w którym znalazłam masę wskazówek w rodzaju – „rak nie może się rozwijać w polu energii wyższym niż 200”. O polach energii towarzyszącym ludzkim emocjom na skali od wstydu, przez odwagę, akceptację, miłość aż do oświecenia – rzecz jasna już wiedziałam.
Kalibracje poziomów świadomości Hawkinsa opierały się na kinezjologii stosowanej, która w świecie zawodowym jest uważana za pseudonaukę i nie da się jej potwierdzić naukowo – podaje internetowa wyrocznia, niezbyt zresztą dbając o styl wypowiedzi. Jeśli coś jest pseudonauką to dlatego, że nie da się jej potwierdzić naukowo.
W związku z tym, że pseudonauki nie da się potwierdzić naukowo google nie ujawnia ilości uzdrowień ludzi trapionych chorobami uznanymi za nieuleczalne. Na czele z samym Hawkinsem, którego życie było początkowo pasmem ciężkich schorzeń.
Joe Dispensa – guru od neuroplastyczności mózgu, podobnie jak Hawkins z nieuznanym przez wielu doktorów tytułem doktora – wyleczył się z paraliżu, który określono jako nieodwracalny. Po wypadku na rowerze doznał urazu kręgosłupa i leżał jak kłoda przez długie miesiące. Miał tak leżeć jeszcze całe lata, ale po roku wsiadł na rower. Odzyskał sprawność wyłącznie dzięki własnej mocy. Uwierzył w nią. Lekarze nie potrafili tego zrozumieć, a mogliby chociaż spróbować, skoro nie pił wody z Lourdes. To być może nie śniło się filozofom, ale co bardziej dociekliwi naukowcy badają powiązania pomiędzy umysłem a ciałem i wyciągają zaskakujące wnioski. Istnieje więc jakiś stan pośredni pomiędzy zesłaniem ducha świętego a wykupywaniem recept.
Jestem zdania, że żadna choroba nie pojawia się po to, by nas zabić. Żaden rak nie jest złośliwy. Organizm próbuje sobie radzić z tym, z czym my sobie nie radzimy. Robi to po swojemu, czasem opacznie i wbrew oczekiwaniom, ale nie przeciwko nam. W grę wchodzi wszystko – psychika, zbiorowa świadomość, przekonania, środowisko, traumy dzieciństwa, przepracowanie, zła dieta, brak snu albo wytchnienia, trwanie w życiowym potrzasku albo wyniszczającym związku. Coś poszło nie tak – jak mówi google i zaraz potem dodaje – pracujemy nad tym. Mądrość googla nie ma sobie równych.
Nie jest łatwo odgadnąć, co poszło nie tak ani samemu nad tym pracować, ale to jedyna droga. Trzeba uwierzyć, że jedyna i że skuteczna. Ale przecież wiara, jak nic innego na świecie – potrzebuje potwierdzenia. Wiara to w istocie osobista, prywatna pewność. Nie da się jej udowodnić na tablicy, ale przy odrobinie wysiłku można ją w sobie znaleźć, bo bezsprzecznie w nas mieszka. Nikt nie wierzy ślepo. Zyskuje prywatne podstawy wiary dzięki uważności na sygnały własnego ciała, umysłu i duszy w połączeniu z całą dostępną wiedzą. Ezoteryczną, alternatywną i oficjalną. Zapamiętując sny, wyłączając logiczny umysł, kwestionując sojusz doktryn – oddzielamy to, co nabyte od tego, co własne. I zgodnie z tym dobieramy lektury, terapie, leki i zabiegi. Nie zapominając ani przez chwilę o tym, że odpowiedzialność za nas samych spoczywa na nas samych.
Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum
Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem –
A czysty Rozum to upadek w Obłęd-
Lecz Większość – jak we Wszystkim-
Narzuca swoje Kategorie –
Przyjmij je -jesteś Normalny-
Odrzuć – czekają na Furiata
Kajdany i Kaftany
Emily Dickinson.