Z literaturą jak z lasem, im dalej w niego, tym więcej drzew. Jak się zacznie czytać klasykę, to się człowiek coraz bardziej czuje ignorantem, zamiast, żeby się poczuł ekspertem. Każdy kto pisze, przede wszystkim czyta. A w Dziennikach, które czytam najchętniej, bo piszę najchętniej – połowa stron to wrażenia z lektur, zazwyczaj nie podlegających dyskusji. Czas mamy tutaj, na ziemi – ograniczony i tracić go na byle jaką prozę nie ma sensu, więc sięgamy do arcydzieł i sprawdzonych pozycji a tych okazuje się być w zasadzie nieskończona ilość. Idę tym tropem od wielu lat i lista rzeczy do przeczytania tylko rośnie. Pocieszające i dołujące zarazem.
Hen zamykający orszak żyjących pisarzy z jego rocznika (1923) – ukrywał się przede mną dość skutecznie, ale nie tylko przede mną się ukrywał. To autor pozostający w cieniu wielkich wydarzeń, zarówno na niwie literatury jak historii, chociaż w wolnej Polsce mógł już bez obaw zaistnieć. Ale w sumie nie zaistniał w takim wymiarze, na jaki zasługuje. Tu mnie zaintrygował. Nie wypowiem się na temat jego powieści, bo właśnie ich nie czytałam, dopiero zamierzam, ale Dziennik pachnie znakomitą formą, nie ma się do czego przyczepić. Dziesięć punktów na dziesięć. Od razu się wzięłam za jego opowieść o Boyu –„ Błazen – Wielki mąż”, i już od pierwszych stron wyczuwam mistrza, a ściślej – dwóch mistrzów, bo napisać dobrą biografię zachowując własną wielkość a nie odbierając wielkości temu, o kim się pisze – to spore wyzwanie i wielu na tym już poległo.
Hen napisał masę opowiadań, powieści i scenariuszy znanych filmów, z którymi niewielu go kojarzy, bo na „liście płac”, jak Maciek zawsze nazywał napisy końcowe – scenarzysta nie przyciąga należnej uwagi, całą skupia główny aktor i ewentualnie reżyser. Podczas swojego długiego życia Hen nie sprzeniewierzył się żadnemu systemowi, nie dostał nagrody Nike, chodził po ulicach nierozpoznany, wiele rzeczy wydawał za śmieszne pieniądze albo w ogóle nieodpłatnie, odmawiano mu publikacji ze względu na niepopularne tematy lub poglądy. Całe życie miał jedną żonę, codzienność oznaczała dla niego to samo, co dla wszystkich – kłopoty ze zdrowiem i opłaceniem rachunków, pisał na maszynie albo odręcznie, na spotkania autorskie docierał pociągami, nigdy się nie dorobił własnego samochodu. Jego życie to pełny przegląd dziejów polskiego inteligenta razem z jego, jakże często – żydowskim pochodzeniem. Od nocnej ucieczki przed gettem, gdzie stracił rodzinę, przez studia w Związku Radzieckim, nieudaną próbę wstąpienia do Armii Andersa i powrót z Ludowym Wojskiem do Polski, potem – proszę – współpraca z Kulturą Paryską, listy protestacyjne pisarzy w obronie wolności słowa, ale też wspieranie kampanii Kwaśniewskiego i obrona pomnika w Jedwabnem w postaci świetnej ponoć książki” Pingpongista”. W życiu bym o niej nie słyszała, gdyby nie lektura Dziennika. Ostatnio widziano Pana Józefa na wózku inwalidzkim zmierzającego do urny wyborczej, zapewne po to, by oddać głos na Rafała Trzaskowskiego. Sto lat to kawał historii, trzeba być człowiekiem prawym i niezłomnym, żeby przy zmieniających się okolicznościach, ustrojach, rządach, modach – zachować własne zdanie, twarz i siłę charakteru. Ale także, w sumie mimo chęci – uniknąć rozgłosu. Rozgłos to przyjemna opcja dla artysty, dlatego mimo chęci. Niemniej jestem skłonna przyznać, (też mimo chęci), że brak zasięgów, popularności i wszelkiej zadymy wokół siebie, czyli tak zwanego bycia na fali – okazuje się zbawienny dla twórczości i dla spokojnej egzystencji. Pozwala na elastyczność wobec zmieniającego się świata w opozycji do przemożnej chęci utrzymania się na topie, czy też zatwardziałości w poglądach, z którymi jest się utożsamianym. Można ewoluować według własnego wyboru i nie ulegać społecznej presji. Sporo w tych Dziennikach przykładów ludzi uwikłanych w polityczne deklaracje, na czele zresztą z Iwaszkiewiczem. Także Putramentem, Andrzejewskim, Szczypiorskim, Żukrowskim – całą tą PRL- owską wierchuszką literacką, z której ostatecznie niewielu przetrwało jako „wielcy”, kiedy pękła komuna. Czytając dorobek polskich twórców lat powojennych widać, jak bardzo się wszyscy zmagali z niewolą i cenzurą, jak usiłowali dotrzeć do czytelnika, jak im się zdarzało popełniać utwory, za które się potem wstydzili – Szymborska, Brandys, Gałczyński…Jak się ich geniusz bronił i jednocześnie uwierzytelniał niezależnie od treści – taki Broniewski, Tuwim, Przyboś, Jastrun. I ci, którzy tworzyli poza Polską i ci, którzy tutaj, we własnym kraju znosili szykany – wszyscy trafili z życiem na bardzo ponure czasy. Ale jest taki punkt widzenia, z którego każde czasy są ponure. Więc może należałoby się bardziej skupić na tym, co ponadczasowe, a pieczątka z datą i tak się sama odciśnie gdzieś pomiędzy wierszami.
W różnych, otwieranych przeze mnie artykułach na temat polskiej literatury z okresu PRL Hena nie ma. Prawdziwy duch, drogi nieobecny. Nie ma Hena, nie ma problemu z kolejnym, który „rzucił legitymacją”, „zmienił poglądy”, „rozczarował się systemem” itp. I dlatego właśnie Hen mnie przekonuje. Podoba mi się takie pozostawanie trochę poza obiegiem, poza dominującym nurtem, to prawie jak poza ciałem. Bo literatura to ten rodzaj sztuki, która sama w sobie jest wcieleniem, żeby zaistnieć nie potrzebuje obecności twórcy. Dlatego nadmierne skupienie na doczesności ma mniejsze szanse przetrwania. Na przykład Grudziński – genialny literacko, ale wciąż zajęty roztrząsaniem sytuacji politycznej i przez jej pryzmat patrzący na ludzi. Trudno się dziwić, że go dojechała wojna, władza radziecka i socjalizm w Polsce, ale czasem szkoda talentu na nieustanny żal do życia o niesprawiedliwość czasów i władców.
Dożywszy nareszcie wolnej Polski, Polski europejskiej, Polski kapitalistycznej – niejeden zaiste mógł być zdumiony antysemityzmem, skalą upolitycznienia mediów, tym, jak szybko ludzie zapomnieli o okropieństwach okupacji i absurdzie PRL-u. Jednocześnie trudno nie docenić możliwości dyskusji pomiędzy wolnymi obywatelami, bo skończył się podział na kolaborantów i ofiary. Podział jest o wiele bardziej zróżnicowany, podziałów jest więcej, trzeba uważać w co się wdepnęło, czasem jednym zdaniem albo felietonem. Hen jednak gra czysto, chociaż nie brakuje goryczy w jego zapiskach wydanych pod nazwą Dziennik na Nowy Wiek. Swoją drogą pisarz nigdy nie jest zadowolony. Popularność, kiedy mu się przydarzy -budzi obawę, że został przeceniony i kiedyś ktoś to odkryje mówiąc – król jest nagi, a brak odzewu i anonimowość – potrafią zabić. No więc nigdy nie jest dobrze, nigdy nie jest satysfakcjonująco a ta huśtawka raz mobilizuje a innym razem dołuje. To są te emocje widoczne pod mikroskopem. W skali makro można autorów podzielić na znanych, mało znanych i jest jeszcze trzecia kategoria – kariera pośmiertna. Na to liczy większość niezauważonych, sama do nich należę.
Bycie niezauważonym ma swoje plusy. Można sobie pisać dla tak zwanych potomnych bez obawy, że ktoś to skrytykuje, wyśmieje, zjedzie. Opublikuje, postawi na środku rynku, umieści otwarte w szklanej gablocie muzeum wywołując tym samym z niebytu przerażonego autora. Światłem po oczach i mierz się pan teraz z pełną salą. Dla kogoś, kto się przyzwyczaił do anonimowości taka opcja jawi się jako koszmar. Gdzieś we wnętrzu, na dnie serca nikt tego nie chce. Ego się domaga poklasku a dusza wolności. I to jest ta sytuacja, gdzie pewien rozsądny kompromis nie zaszkodzi. Hen to typowy przykład idealnej harmonii pomiędzy posiadaniem czytelnika a niezależnością od społecznych oczekiwań i ocen. Bo widać jak na dłoni, że nawet ten niewielki obszar dostępu, którego jest stróżem i zarządcą – potrafi mu dokuczyć. Nie na tyle jednak, żeby zrezygnował z tematu, zmienił narrację albo przyciął dialog. W tym sensie jego życie może być wzorem dla wielu pożartych mentalnie przez tak zwane zasięgi i szukających dróg dotarcia do odbiorcy za pomocą algorytmów.
Dzisiaj trudno być całkowicie poza obiegiem, jak Kafka albo Emily Dickinson. Kafka też by pękł mając możliwość założenia bloga a Emily Dickinson nie upilnowałaby swoich wierszy przed samą sobą. Gdzieś byśmy je zobaczyli, gdyby nas przyjęła do grona znajomych. Skończyła się prywatność, niektórzy jeszcze tego nie rozumieją, ale nie ma odwrotu. Skończyło się także powszechne czytanie książek i związane z tym emocje, bo coraz trudniej jest skupić uwagę na czymś takim, jak zapisana maczkiem strona.
W dobie sztucznej inteligencji, która sama pisze książki, zdawałoby się, że pora umierać. Ale nie to jest powodem mojej troski, tylko to, że przyjemność myślenia, kojarzenia, odkrywania prawdy zawartej w słowach ma straszliwą konkurencję w postaci konsumpcji. Materia nas dosłownie zalewa swoim natarczywym istnieniem, przestawia nam mózgi na kupowanie, posiadanie i pożądanie, by mieć jeszcze więcej, skoro istnieje więcej, drzwiami i oknami wdziera się nam do domów i już nie mamy siły się bronić. Zamiast książki zabieram do kibla telefon, scrolluję przecenione torebki i wściekam się, że mam słaby zasięg… Padła ostatnia czytelnicza twierdza. Osiągnęłam dno.
Jestem z pokolenia, które pamięta wieczory z Scherlockiem Holmesem przy lampie naftowej w naszym rodzinnym, wakacyjnym domu w Kościelisku, gdzie całe lata nie było prądu. Punktem honoru ciotki etnografki było zachowanie „przytulnego” nastroju, który tak zwana „elektryka” mogła zniweczyć. I siadaliśmy wszyscy wieczorem przy tej durnej lampie, a w ciemnych zakamarkach na półkach i na drewnianej ławie czekały wyszargane kryminały Joe Alexa i Agathy Christie przetykane tomami Mary Poppins, czekał Kubuś Puchatek, Puc, Bursztyn i Goście, ale także Wszystkie Dzieła – Conrada, Ballady i Romanse, Mniszkówna i Conan Doyle. Pamiętam każdy tytuł, każdą okładkę. Iście wakacyjny niezbędnik młodego inteligenta.
Dziwne to nasze pokolenie, zaczynaliśmy od czytania przy lampie naftowej a skończymy na scrollowaniu sezonowych wyprzedaży w kiblu. Pozostający poza pogonią za sukcesem, poza cyfrowym szaleństwem Hen może sobie pogratulować. Czego? W zasadzie wszystkiego. Życia, które go nie zdołało przemielić na swój użytek.
