Człowiek, któremu udało się przeżyć do sześćdziesiątki (a nawet dłużej) czasem zupełnie bezwiednie zaczyna tak zwaną erę podsumowań. Ot, czysta wewnętrzna potrzeba, wolna od praktycznego zastosowania we własnym życiu i niekoniecznie podsycana nadzieją na to, że innym posłuży za drogowskaz. Raczej będą się oganiać. A jednak bez oglądania się na innych podsumowujemy na potęgę, bo weszliśmy na powrót w wiek do tego odpowiedni. Pierwszy i najlepszy wiek na wnioski przeleciał nam koło nosa we wczesnym dzieciństwie. Wielka szkoda. Dziecko wie więcej i wie lepiej zanim go nie ociosają, nie zakrzyczą, nie zaprogramują, nie rozczarują i nie poprawią, a wszystko po to, żeby wyrosło na mądego człowieka. I z ową nabytą mądrością społeczno – plemienno – narodowo – chrześcijańską wkraczamy w kilkadziesiąt lat „życia właściwego”, które się z perspektywy czasu okazuje przeraźliwie przewidywalne, ale słyszymy, że to wielka sztuka. A więc długo, długo nic nas nie zajmuje, tylko owa sztuka dojrzałego życia aż tu nagle pewnego razu przychodzi starość i wylatujemy z orbity. Trochę szok, ale jeśli jeszcze potrafimy sklecić zdanie i zapisać własną myśl mówimy jak ta baba co się spóźniła na pociąg – lepiej późno niż wcale. Duchowy powrót do stanu sprzed dojrzałości z tą wiedzą o życiu, jaka się zdążyła zebrać przez długie lata – potrafi być bolesny, dręczący i pełen upadków w przepaść, bo selekcja zakłada inne kryteria sukcesu, a więc inne rodzaje zwycięstw, niż można się było spodziewać. I tak po wielu odkrywczych frazach i sentencjach zapisanych w kajeciku, po całych wykładach upchanych pod czaszką, po zmaganiach z bezduszną literą, którą należy zmusić do wyrażenia ducha stwierdzam z całą stanowczością, że największym w życiu osiągnięciem, takim, które stanowi twardy dowód na właściwe odczytanie naszej misji, naszego posłannictwa i szczęśliwego potoczenia się losów niezależnie od tego czyśmy je według swojego wzoru ukuli, czy znaleźli odpowiednią koleinę – jest – uwaga – bycie zawsze wyspanym bez wspomagania.